www.wyprawy21.cykloid.pl :: Wyprawy Rowerowe XXI wieku
- autor relacji z podróży.
Zrealizował 3 samotne wyprawy rowerowe przez Himalaje, w tym jedną zimową przez góry Tybetu. Rowerem dotarł do Ladakhu i przejechał tybetańskie bezdroża. Każda z wypraw posiada bogatą dokumentację w postaci barwnej relacji oraz kolekcji znakomitych zdjęć.
Tekst i fotografie: Piotr Strzeżysz
Rozbiłem namiot i dzień spędziłem na włóczeniu się po okolicznych wzgórzach, siedzeniu w namiocie, jedzeniu, uzupełnianiu notatek w zeszycie i generalnie nicnierobieniu. Wieczorem padał bardzo gruby grad, a potem śnieg. Zrobiło się trochę chłodno. W przewodniku napisali, że jeśli ktoś zamierza nocować w okolicach bazy powinien zabrać ze sobą wodę. Niekoniecznie. Obok miejsca, gdzie rozbiłem namiot, tryskało małe źródełko, z którego miałem czystą wodę do zagotowania posiłku. Wieczorem kupiłem za dwa juany trzy garście ryżu, dodałem fasolkę po bretońsku i miałem mega-wypaśny posiłek. Reszta na śniadanie.
Następnego dnia zdecydowałem się na powrót do Baipy, w czym utwierdziły mnie gęstniejące chmury, przeraźliwie zimno i bardzo silnie wiejący wiatr. Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów z górki pokonuję bezboleśnie, ale tego dnia nie udało mi się dojechać do wioski. Nocowałem pod samą przełęczą, na wysokości około 5000 m. n.p.m., mając z namiotu widok na lśniący w promieniach słońca Mount Everest. Widok nie do opisania. To na pożegnanie. Obiecuję sobie, że jeszcze tam wrócę. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że za kilka miesięcy, w zimowej scenerii, będę tam znów na rowerze.
Ranek bardzo pochmurny i prawie bezwietrzny, zaczął mżyć lekki deszcz. Everestu w ogóle nie było widać, mogłem tylko współczuć turystom, którzy w jeepach zmierzali w stronę schowanego w chmurach masywu. Wycieczka z Lhasy dla czterech osób kosztuje około 4500 juanów (około 2000 zł), do tego należy doliczyć opłaty za noclegi i jedzenie plus pozwolenia i bilety po drodze. I przecież kierowca nie daje gwarancji, że zobaczą Everest, bowiem pod górą spędzają zwykle kilka godzin i zaraz potem wracają do Lhasy. Jak dotąd, ciągle uważam, że rower jest najlepszym środkiem lokomocji w takich odosobnionych i dzikich miejscach, jak Tybet. Przecież to tylko ode mnie zależy, jak długo zostanę w miejscu, które mi się podoba, nie muszę się z nikim dogadywać, uzgadniać dnia i godziny, decydować co zobaczyć i jak długo zwiedzać, co jeść i gdzie spać.
Na przełęczy są dwie prymitywne restauracje, jak widać przedsiębiorczy Tybetańczycy i takie miejsce wykorzystali na zarobienie kilku groszy. Zatrzymałem się w jednej z nich, zachęcany ochoczo przez dwie starsze panie, abym skorzystał z gościny. W środku była jeszcze kobieta karmiąca dziecko piersią i kilkoro małych brudasków. Siedzieli cały czas z namiocie, ożywiając się tylko, kiedy do przełęczy zbliżał się samochód. Nie był to dobry dzień, gdyż z powodu zachmurzenia i deszczu nie zatrzymał się żaden z kilku przejeżdżających samochodów, jakie minęły przełęcz przez czas, kiedy jadłem posiłek. Zamówiłem ryż z jakimś zielskiem i ćwiczyłem cierpliwość oblepiany dosłownie przez ciekawskie dzieciaki.
Jest to pewna frajda na początku wyjazdu do egzotycznego kraju, kiedy swoją obecnością, po prostu samą obecnością wywołujesz takie poruszenie, kiedy jesteś w centrum zainteresowania, kiedy pokazujesz mapę, zdjęcia, przedmioty i obserwujesz proste reakcje, przejęte twarze, uśmiechy i wpatrzone w ciebie zasmarkane buzie. Ale ile razy? Pięć, dziesięć, dwadzieścia? Po pewnym, wcale niezbyt długim czasie, robi się to potwornie irytujące, męczące i naprawdę ma się dość ich ciągłej obecności, i marzy się o odrobinie spokoju, chwili odosobnienia, intymności.
Po posiłku, dwóch litrach herbaty i lekkiej drzemce, ruszyłem w dół. Wiał bardzo silny wiatr i warunki do jazdy były okropne. Jechałem w krótkich rękawiczkach i bardzo marzły mi palce podczas zjazdu; co jakiś czas zatrzymywałem się więc, aby je rozgrzać. Do wioski Chay dojeżdżam zupełnie wyziębiony. Przebieram się w przydrożnej chacie, trochę przysiadów i podskoków, kubek gorącej herbaty i od razu poczułem się lepiej. Bardzo wymęczyły mnie ostatnie kilometry, dzielące mnie od głównej drogi. Miękki żwirek, w którym zapadały się koła, i ostre, nierówne kamienie, które groziły przebiciem dętki, jeszcze bardziej pogłębiały moje zmęczenie.
Wreszcie asfalt, cóż za odmiana po kilku dniach jazdy po wybojach i muldach! Na punkcie kontrolnym przed Baipą strażnik sprawdza tylko paszport, nie wspominając o żadnym pozwoleniu. Wydawał się być wyraźnie zadowolony, że może ze mną porozmawiać. W Baipie nocleg w znajomym Szahwan Good Luch Restaurant Hotel. Tym razem pusty pokój - żadnych turystów. Zagrzebuję się pod dwie kołdry i smacznie zasypiam.
Po dwóch dniach odpoczynku w Baipie ruszam na południe w stronę Tingche Xian. Zamierzam odwiedzić tereny, o których nie wspomina żaden ze znanych mi przewodników po Tybecie. Ruszam wczesnym przedpołudniem drogą prowadzącą w stronę granicy w Buthanem. Po dwudziestu pięciu kilometrach dojeżdżam do wioski Quluo, gdzie znajduje się most na rzece Bum Chu, który był zaznaczony na jednej z trzech map tego rejonu, jakie posiadałem. Trudno było mi się zdecydować, czy przejechać rzekę i jechać dalej, czy też kontynuować jazdę po tej samej stronie rzeki. Z tubylcami nie mogłem się za nic dogadać, czytanie mapy to dla nich podobne zajęcie, jak dla mnie chińskiego pisma. Zdecydowałem się na przekroczenie rzeki, co dalej okazało się być decyzją błędną, ale po kolei. Na mapie 'z mostem', droga, którą teraz jechałem, kończyła się za kilkadziesiąt kilometrów w wiosce Cuoguo (Tsogo), ale na dwóch pozostałych mapach był tam most. Pomyślałem, że nawet jak mostu nie ma, to jakoś może uda mi się przez rzekę przeprawić, a skoro jest tam jakaś wioska, może ktoś mnie przewiezie łódką? Tak czy inaczej, postawiłem sobie za cel do wioski owej dojechanie jeszcze tego samego dnia.
Kilka kilometrów przed wioską roztoczył się przede mną wspaniały widok na rozlewisko Bum Czu. Aż dziwne, że o tym przepięknym miejscu nie wspominają przewodniki. Choć z drugiej strony, przy całej atrakcyjności tego miejsca i pobliskiej wioski, po co mieliby tu turyści przyjeżdżać? Jest tu spokój, cisza, można poobserwować jak na co dzień żyją Tybetańczycy, ale nie ma ani gompy, ani hotelu, ani nawet najlichszego sklepu! Zatrzymuję się przy pierwszej chacie w wiosce. Od razu ogromne zbiegowisko. Gospodarz pozwala rozbić namiot. Potem odgrzewam sobie makaron, który dodaję do przyniesionej mi campy i jem w towarzystwie kilkudziesięciu wpatrzonych we mnie nieruchomych twarzy. Czy w tym jak jem, jest coś osobliwego? Kiedy skończyłem, nadal patrzyli, może bardziej ośmieleni, ale nie wchodzili do namiotu i nie macali rzeczy.
Według dwóch map w wiosce powinien być most, może gdzieś poza zabudowaniami, myślałem. Kiedy pytałem o most i drogę tubylców mówiłem 'sampa' - i wymieniałem nazwę wioski, do której chciałem dojechać: na jednej mapie napisane miałem Qudang, co tubylcy wymawiali jako Czudang, na trzeciej Kharta. Nazwa Kharta nic nikomu nie mówiła, za to Czudang widziałem, że znają. Szkopuł w tym, że wszyscy na migi pokazywali, że do Czudang na rowerze nie dojadę, zataczając przy tym duży łuk ręką, pokazując jednocześnie na przeciwległy brzeg. Wyglądało na to, że powinienem był trzymać się tamtej strony rzeki. Kiedy ja mówiłem Czudang, oni powtarzali Tashi Dzom.
Decyduję się więc na powrót do Czulo i potem kontynuowanie jazdy po drugiej stronie rzeki. Droga była tam w dużo lepszym stanie. Po kilku kilometrach odbija ona na północny-wschód, dokładnie tak, jak na 'mapie z mostem'. Droga wzdłuż rzeki na pozostałych mapach istnieje chyba tylko w wyobraźni autorów.
Późnym wieczorem docieram do wioski Chang Suo i zatrzymuję się przy pierwszych zabudowaniach. Proszę o rozbicie namiotu za ogrodzeniem, ale gospodarze nalegają abym spał w domu. Zabieram makaron i puszkę z mięsem i pokazuję na migi, że chciałbym to ugotować. Rezolutna staruszka rozpala w piecu i za moment makaron ugotowany w wielkim garze jest gotowy. Rodzina składająca się z sześciu osób chętnie spędza ze mną wieczór. Pani, która według mnie wyglądała na siedemdziesiąt pięć lat - ma pięćdziesiąt pięć. Tacie spokojnie mógłbym dać osiemdziesiąt - sześćdziesiąt cztery. Tyle mi pan-tata wytłumaczył i wyliczył rozcapierzając szeroko palce i wymawiając powoli i dokładnie tybetańskie liczebniki. Po raz pierwszy zauważyłem, że niektóre tybetańskie liczebniki w wymowie są bardzo podobne do japońskich!
Zostawiam na pamiątkę kilka drobiazgów: małą latarkę, kalendarzyk, polskie monety. W samej wiosce spędzam jeszcze pół dnia na fotografowaniu dzieci. Za wioską trochę się gubię i wyjeżdżam w pole, kierując się bezdrożami prosto do jakichś zabudowań widocznych z oddali. Była to albo jednostka wojskowa, albo więzienie... Leniwemu strażnikowi wspartemu na balustradzie małej wieżyczki nawet się nie chce odpowiedzieć na pytanie, czy ta droga prowadzi do Sakja. Wzruszył w końcu kilka razy ramionami, a ja wolałem się oddalić, bo jeszcze przyszłoby mu do głowy sprawdzać jakieś pozwolenia, albo doczepić się do tego, co ja tam robię. Z drugiej strony siedzi tam człowiek cały dzień w upale, nic nie robiąc i kiedy pojawia się nieznajomy na rowerze (a zapewne nie zdarza się to tam często, jeśli kiedykolwiek zdarzyło), to nie robi nic poza wzruszeniem ramion i ruchem typu - spieprzajnatrętnamucho.
Wreszcie dojechałem do szerokiej ścieżki i wśród bardzo rzadkich, niskich traw kontynuowałem jazdę w stronę rzeki Bum. Zgodnie z jej biegiem skręciłem nieznacznie na wschód, by potem odbić lekko na północ. Jechałem po bardzo suchym terenie wśród wysokich na kilkanaście metrów wydm. Jedynie na 'mapie z mostem' zaznaczona była droga, którą jechałem. Według mapy, powinna doprowadzić mnie do wioski NieXia. Do wieczora nie wyminął mnie, ani nie wyprzedził żaden samochód, do wioski ciągle było daleko, a według mapy już dawno powinienem był do niej dojechać. Myślałem nawet, że może ją minąłem, trudno było wywnioskować z mapy, czy wioska była przy drodze. Wieczorem wypiłem ostatnie łyki wody z bidonu, a od śniadania nic nie jadłem, poza suchym makaronem i kilkoma herbatnikami. Raz po raz ryłem w zaspach piachu, do tego wiał silny wiatr i piasek wciskał się we wszystkie zakamarki ciała - czułem go już nawet pod bielizną.
Następnego dnia na śniadanie zjadam dwa ostatnie ciastka. Bardzo chce mi się pić, w ustach nie mam już zupełnie śliny. Chciałem jak najszybciej ruszyć i dojechać do jakiejś wioski. Na mapy już nie mogłem liczyć, bowiem ta najbardziej wiarygodna nie obejmowała terenu, po którym teraz jechałem, a na dwóch pozostałych już się wystarczająco zawiodłem.
Po godzinie jazdy na południe w oddali na horyzoncie dostrzegam powiększający się obłoczek kurzu. Wreszcie jacyś ludzie, myślę, zasięgnę jakichś informacji, czy daleko do najbliższego wodopoju. Powoli zbliżał się ciągnik z grupą Tybetańczyków. W wielkich kapeluszach mknąc przez pustkowie, wzniecając za sobą ogromne tumany kurzu, wyglądali jak prawdziwi kowboje. Z tyłu ciągnika łopotała flaga Tajlandii. Czyżby ich wioskę odwiedziła wycieczka młodych Tajek? Zsiadam z roweru i czekam na wybawców. Zatrzymują się obok mnie, kierowca podchodzi do mnie i czego chce?: 'money, money, money!' Wody nie mieli. Nie wiem, czy zrozumieli moje pytanie o wioskę, ale pomyślałem, że jeśli oni się tutaj znaleźli wczesnym przedpołudniem, to i ja wreszcie dojadę do jakichś zabudowań. Byłem coraz bardziej zmęczony.
Wreszcie dostrzegam jakieś budynki! Stromym zjazdem dojeżdżam do zadbanych, otynkowanych na biało zabudowań. Oho! Frontier Station, czytam na tablicy przed bramą, żeby tylko nie było kłopotów. Ale wycofać się już nie mogłem, bo zauważył mnie młody żołnierz i podchodził do mnie niemrawo, podejrzliwie, ciężko stąpając po betonowym chodniku. Pytam z uśmiechem po angielsku, pomagając sobie gestami, bo widzę, że Chińczyk niewiele rozumie, czy mogę tu kupić coś do jedzenia i do picia. Żołnierz wydawał się być bardzo sympatyczny i chętny do pomocy, najważniejsze, że zrozumiał moje pytanie. Weszliśmy do środka budynku, gdzie poczęstowano mnie herbatą i kazano czekać. Za moment zjawili się trzej oficerowie i zaczęło się wypytywanie. Co ja tu robię, gdzie jadę, skąd jestem itp. Całkiem nieźle mówili po angielsku. Bałem się, że doczepią się o jakieś pozwolenia, ale oni tylko sprawdzili paszport i wizę, dane przepisali do swoich kajecików, i poza tym, że byli bardzo oficjalni i poważni, wydawali się zachwyceni możliwością poćwiczenia angielskiego i generalnie porozmawiania. Nie ma się co dziwić. Tkwić w takim odosobnionym miejscu tygodniami, albo miesiącami, brr.
Wkrótce kucharz przyniósł dwie michy ryżu z mięsem i talerz zupy pomidorowej, która ani trochę nie była ostra! Może curry, które miało być użyte do zupy, dodali do ryżu, ten bowiem był niesamowicie ostry. Mapa jak zwykle w centrum zainteresowania. Pokazałem, że chciałem dojechać do Chudang, ale oni twierdzili, że tą drogą na południe do Chudang nie dojadę. Którędy więc mogę dojechać do Chudang? Pokazywali na Bum Chu i wskazywali na drugą stronę rzeki. Ale przecież za Tsogo nie było mostu! Bardzo osobliwe. Może innym razem rozwiążę tę zagadkę.
Wieczorem zapakowano mnie i rower na wielką ciężarówkę i dowieziono do drogi prowadzącej do Sakji. Wreszcie wiedziałem, gdzie jestem! Od strony południowej dojeżdżam do miasta, zakreślając w ten sposób własną, tybetańską pętlę. Nocuję za miastem w namiocie obok drogi, a rankiem spotyka mnie jedna z najdziwniejszych rzeczy podczas całej podróży. Otóż zaraz po moim przebudzeniu, ale zanim jeszcze wygrzebałem się w namiotu, dostrzegłem przez przezroczystą zasłonę stojącego nieopodal tubylca na koniu, trzymającego łopoczącą na wietrze kolorową flagę. Zanim doszedł do mnie, zapiąłem szybko suwak i udałem, że śpię. Nie powiedział ani słowa. Pokręcił się wokół, poskubał za tropik, poszurał, zacharczał, splunął kilka razy i wreszcie wrócił do pozostawionego przy drodze wierzchowca. Tam zwinął kolorową flagę, rozsunął i zasunął kilkakrotnie suwak kurtki, spluwając do taktu i charcząc, po czym poprawił kapelusz i odjechał. Niespodzianka czekała mnie po wyjściu z namiotu. Otóż obok roweru, pod niedużym kamieniem leżało... dwadzieścia juanów plus jakaś wizytówka. Niestety, zapisana pismem chińskim. Być może była to zachęta do skorzystania z jakiegoś hotelu, ale żeby jeszcze dorzucać pieniądze?
Ostatnie kilkaset kilometrów na odcinku Shigatse-Lhasa miały być przyjemną przejażdżką po równym asfalcie i płaskim w miarę terenie. Niestety, jechałem pod bardzo silny, przeciwny wiatr, który potrafi odebrać wszystkie siły, do tego musiałem pokonywać niezliczoną ilość krótkich, ale bardzo stromych podjazdów, które nawet dla nieobciążonego bagażem roweru byłyby wyzwaniem. Przeciwny wiatr i podjazdy zupełnie odebrały mi siły. Do południa od rana przejechałem tylko sześćdziesiąt kilometrów i nie miałem ochoty na choćby jeden więcej.
Zatrzymałem się zupełnie wyczerpany w wiosce, której nie było na mapie, nie wspominali o niej również w przewodniku i w jednej z restauracji (były cztery) zamawiam ryż z warzywami. Właściwie nie była to żadna wioska, tylko zlepek kilku restauracji, ot, przystanek dla kierowców na drodze Lhasa-Shigatse. Kucharka przysiada się bezceremonialnie i ogląda z zainteresowaniem przewodnik. Ilekroć pokazuję go tubylcom, pytają, czy na zdjęciu na okładce (na której zamieszczone jest zdjęcie autora z dwoma rowerami na tle pałacu Potala) jestem ja.
- Nie - mówię - to przyjaciel, a ja robię zdjęcie!
Jedzenie wcale nie zaspokoiło mojego apetytu, więc zamawiam drugą porcję, tym razem kluski w zupie i dwa jajka. Pycha.
Nie miałem ochoty tego dnia na dalszą jazdę, ale jakoś się przemogłem i ruszyłem dalej. Droga ciągle bardzo ciężka, bardzo strome podjazdy, czasem kilkusetmetrowe, potem krótkie, szybkie zjazdy, potem znów podjazd i tak aż do wioski Same, gdzie droga nieznacznie odbiegała od rzeki i prowadziła doliną, już bez tych wyczerpujących stromych podjazdów. Do tego bardzo duży ruch i ogłuszające dźwięki klaksonów przejeżdżających ciężarówek i autobusów. Czasem wydawało mi się, że robią to specjalnie. Straszliwie im złorzeczyłem.
Około dwudziestej pierwszej decyduję się poszukać miejsca na nocleg. W zapadającym zmroku wypatruję jakąś boczną drogę prowadzącą do rzeki i tam się właśnie kieruję. Zostawiam rower na maleńkiej łączce, otoczonej polami dojrzewającego jęczmienia. Rozglądam się za dobrym miejscem na rozstawienie namiotu i kiedy schylam się, aby odrzucić kilka dużych kamieni, z przerażeniem odkrywam, że wokół jest pełno ostrej trawy, z kolcami ostrymi jak szpilki. Sprawdzam opony. No tak, wyjmuję kilkanaście kolców. Słyszę jak z jednej dętki powoli schodzi powietrze. Trudno, obok jest rzeka, łataniem zajmę się jutro, myślę. Na kolację zjadam konserwę i zasypiam przeklinając swoją nieostrożność.
Rankiem miałem dużo pracy. W jednym kole dziewięć dziur, w drugim trzy. Jedną dętkę wyrzucam i zakładam nową, drugą zalepiam łatkami. Jeszcze tylko dwieście, albo i trzysta pchnięć miniaturową pompką i w drogę, śniadanie zjem po drodze. Ech, machając tak swoją miniaturową pompką, pomyślałem o tybetańskiej mosiężnej, wielkiej pompie, którą tubylcy mają zwyczaj wozić na bagażniku. Pchnąłbym taką dziesięć razy i byłyby koła twarde jak kamień.
W Lhasie dostaję miejsce w znajomym hotelu Snowland i ostatnie dwa tygodnie, jakie zostały mi do powrotu, spędzam na zwiedzaniu okolicznych wiosek i klasztorów. Musiałem jeszcze kupić bilet na pociąg do Pekinu, co okazało się sprawą wcale niełatwą.
Aby mieć pewność, że dostanę bilet, pojechałem na dworzec już o czwartej nad ranem. Rzecz ciekawa, bilety można było kupić jedynie z dziesięciodniowym wyprzedzeniem. Przed dworcem stało już mnóstwo ludzi, ale drzwi wejściowe były zamknięte, a zamiast kolejki powoli przesuwała się bezwładna ludzka masa. Ustawiłem się blisko wejścia, czekając na rozwój wypadków. Stałem pod ścianą, ściskany przez coraz mocniej napierający tłum. Około 6.45 otworzono drzwi wejściowe. Niestety nie te, przy których stałem. Kiedy wpadłem na halę, kolejki były już dość długie, a i tak ciągle się rozrastały i po kwadransie znów byłem poza dworcem.
Punktualnie o ósmej otworzyli kasy. Przez półtorej godziny kolejka albo stała, albo nawet nieznacznie przesuwała się do tyłu. Około 9.30 wreszcie powoli zacząłem przybliżać się w stronę kas. Około 11.00 pan stojący przede mną poinformował mnie, że nie ma już miejsc leżących. Kilkanaście osób opuściło kolejkę i byłem już bardzo blisko. Za kilka minut dał się jednak odczuć wyraźny rozgardiasz, ludzie zaczęli się niespokojnie kręcić, podając sobie z ust do ust jakieś informacje, niektórzy wyglądali jakby protestowali, a co poniektórzy zaczęli bezpardonowo przepychać się do kas. Nagle podszedł do mnie policjant i mówi 'come with me'. Zaciąga mnie pod kasę. Nikt nie protestuje.
- Jeden bilet do Pekinu, twarda leżanka - mówię. Pani w okienku na to:
- No tickets.
Cóż, było dla mnie oczywiste, że nie ma już twardych leżanek, ale ostatecznie zamierzałem kupić miękkie.
- Softbed - mówię więc. Ale pani na to, że tych też już nie ma. No nieźle, myślę, trudno, kupię tylko bilet na siedzenie, a w pociągu już się coś wymyśli, ostatecznie po drodze zwolni się jakieś miejsce.
- Poproszę więc seat - mówię.
Pani wystukuje coś na klawiaturze i mówi:
- No tickets, no seats.
- Jak to nie ma? - powtarzam - nie ma żadnych biletów?
- Nie ma biletów - odpowiada pani.
- Nawet jednego siedzenia, choćby jednego biletu? - z tyłu już słyszę gniewne szmery i pomruki.
Pani jeszcze raz wystukuje ciąg chińskich znaczków. Chwila czekania, coś pojawia się na monitorze.
- Jest jeden bilet - mówi pani, z tym samym obojętnym wyrazem twarzy, tak jakby właśnie nie uratowała mnie przed przerażającą perspektywą powrotu na raty autobusami i pociągami przez Golmud i Xinning do Pekinu.
Zgodnie z zasadą, że bilety na tą trasę kupuje się z dziesięciodniowym wyprzedzeniem, kupiony bilet był ważny na następny piątek. Podróż do Pekinu trwa czterdzieści osiem godzin, a w poniedziałek rano miałem samolot powrotny do Polski. Tak więc gdybym był nie kupił tego dnia biletu, nie zdążyłbym dojechać na czas, bowiem jutro mogłem kupić bilet dopiero na następną sobotę. Jak to zazwyczaj mam w niezbyt mądrym swoim zwyczaju, wszystko na ostatnią chwilę i na styk. A jednak znów się udało.
Ostatnie dziesięć dni spędziłem na wycieczce do Nam Tso, przepięknie położonego jeziora, leżącego na wysokości 4700 m. n.p.m., otoczonego przez ośnieżone, niebotyczne szczyty. Aby do niego dojechać, trzeba jeszcze pokonać potwornie wyczerpujący, bardzo stromy podjazd na przełęcz Largen, położoną na wysokości 5190 m. n.p.m. Nad jeziorem nocuję w jurcie pasterzy - koczowniczych hodowców jaków. Żałowałem bardzo, że nie znam języka na tyle, aby móc się swobodnie porozumieć. Wspólnie z pasterzami zjedliśmy wieczorem campę, w małych miseczkach ugniatając rękoma papkę z mąki i słonej herbaty. A kiedy z pełnym brzuchem, przy dogasającym ogniu zasypiałem na twardej ławie, wciśnięty pomiędzy zawinięte w koce ciała, wydawało mi się, choć może tylko iluzorycznie, że wreszcie znalazłem swoją własną chwilę prawdy. Szkoda, że na tak krótko...
Wyprawa nie zakończyła się w sierpniu. Miała swój dalszy ciąg w styczniu i lutym. Dlaczego? Kiedy kupowałem bilet kolejowy do Pekinu, zapewniono mnie, że nie będzie żadnych problemów z przewiezieniem roweru pociągiem. Jakież więc było moje zdziwienie w dniu odjazdu, kiedy to nie tylko nie pozwolono mi wejść do pociągu, ale nawet nie mogłem wnieść bagażu na teren dworca. Na nic zdawały się tłumaczenia i prośby i byłbym pewnie zostawił rower pod ścianą, a sam wsiadł do pociągu z sakwami pod pachą, gdybym w porę nie spostrzegł był poznanej kilka dni wcześniej Chinki Song Lee. Jednak nawet jej nie udało się przekonać upartych służbistów, szybko więc postanowiłem, że zostawię rower w Lhasie, a sam wrócę po niego w następnym roku. Song Lee obiecała, że się nim zaopiekuje. Dotrzymała słowa.
Ale o perypetiach podczas zimowej podróży z Lhasy do Katmandu opowiem w następnej relacji. Do przeczytania zatem.
:: koniec relacji ::
Garść informacji praktycznych. czytaj dalej »»
Contents copyright © 2001-2010, CYKLOiD. All rights reserved.
Zawartość oraz forma Kalendarza Wypraw Rowerowych XXI wieku podlegają ochronie praw autorskich. Kalendarz...XXI wieku nie może być powielany lub prezentowany w inny sposób jak tylko na stronie macierzystej projektu, to jest http://wyprawy21.cykloid.pl/.