www.wyprawy21.cykloid.pl :: Wyprawy Rowerowe XXI wieku


Piotr Strzeżysz

Piotr
Strzeżysz

- autor relacji z podróży.

Zrealizował 3 samotne wyprawy rowerowe przez Himalaje, w tym jedną zimową przez góry Tybetu. Rowerem dotarł do Ladakhu i przejechał tybetańskie bezdroża. Każda z wypraw posiada bogatą dokumentację w postaci barwnej relacji oraz kolekcji znakomitych zdjęć.

Mapa Wyprawy

Fotogaleria

Fotogaleria :: Samotna wyprawa do Tybetu

Inne wyprawy tego podróżnika

Relacje z wypraw...

Samotna wyprawa rowerowa do Tybetu

Tekst i fotografie: Piotr Strzeżysz

Gościnność inaczej

Kiedy się obudziłem i wyjrzałem z namiotu, nad sobą ujrzałem twarz gospodyni. Na szczęście byłem już w bieliźnie. Poranne macanie rozpoczęte. Zarośnięte nogi jak zwykle w centrum zainteresowania. Wkrótce dołączył gospodarz. Widać było, że bardzo wpadała mu w oko pomarańczowa kurtka. Macał ją długo powtarzając 'gift, gift, gift' i wskazując palcem na siebie, a ja tak długo kręciłem głową, że aż mnie szyja rozbolała. Należy mi się medal za cierpliwość, pomyślałem. Na śniadanie zaprosili do środka. Wstałem i zacząłem zakładać swoje obcisłe, długie, kolarskie spodnie. Pan na migi pokazuje, abym mu je podał. Za moment pani gospodyni przystawia je do spódnicy, pytając, czy może je dostać jako gift. Było mi jednocześnie trochę głupio i wstyd odmawiać, ale z drugiej strony moje rozdrażnienie ciągle wzrastało. No bo jak im wytłumaczyć, że to jedyne moje spodnie i nie mogę ich im tak po prostu zostawić?

Na śniadanie campa i herbata. Czułem się trochę nieswojo, jak ktoś, komu okazano pomoc, a nie chce (nie może?) się odwdzięczyć. Oczywiście zamierzałem zapłacić za gościnę, ale jakie było moje zdziwienie, kiedy pan podał mi kartkę z wyraźnie napisaną sumą, jaką mam zapłacić za posiłek i nocleg. Za pieniądze, jakie próbował wyprosić ode mnie, mogłem mieć nocleg w ekskluzywnym hotelu w Lhasie, a nie we własnym namiocie obok góry nawozu. Nie dojadłem posiłku, zostawiłem i tak pokaźną sumę pieniędzy i wzburzony wyszedłem się spakować.

Najpierw zniosłem po drabinie dwie sakwy i namiot, potem wróciłem po resztę. I co widzę? Pan gospodarz otworzył jedną sakwę, wyjął pomarańczową kurtkę i założył na siebie, powtarzając z uśmiechem gift! Tego już było za wiele! Dość długo przekonywałem go, aby ją zdjął. Byłem już na krawędzi użycia specyfiku, który wiozłem ze sobą do odparcia ataku wściekłych psów. Wreszcie zdjął kurtkę, oddał i wskazał na polar, który miałem na sobie. O cierpliwości! Co oni sobie myślą? Że w każdej wiosce będę oddawać część garderoby? Niedługo jechałbym w samej bieliźnie.

Bez pożegnania schodzę na dół, mocuję sakwy i wychodzę na ulicę, gdzie czeka już na mnie banda umorusańców. 'Money, money, money', jednostajne prośby otaczają mnie na ulicy. Wydzieram się jak szalony i wykorzystując chwilowe dzieci przerażenie, lekkie zaskoczenie i szczere zdziwienie, wskakuję na rower i ruszam dalej. Droga prowadziła z górki, więc szybko się rozpędziłem. Całe szczęście - puk, puk - tylko dwa kamienie stuknęły w sakwy.

Samotna wyprawa rowerowa do Tybetu - Carina

Droga na Gyatso La

Bez żadnych złych przygód docieram do Lhatse. Odwiedzam supermarket i robię porządne zakupy, podczas których poznaję Niemkę Karinę i Chińczyka Jamesa. Oboje jadą na rowerach do Nepalu. Tzn. jadą tylko wtedy, kiedy jest ładna pogoda, dlatego większą część drogi do tej pory z Lhasy przejechali jeepami, albo autobusem.

Na obiad ryż ze szczypiorkiem i jajkiem. Dość długo siedzę w restauracji, wypijając przynajmniej dziesięć kubków herbaty. Około 17.00 ruszam w stronę przełęczy Gyatso. Około pięć kilometrów za miastem mijam punkt kontrolny, zaraz przed rozwidleniem dróg (droga na prawo prowadzi w okolice świętej góry Kailash). Przy lichej budce, z ponurą miną stali dwaj strażnicy, ale nawet nie odwzajemnili uśmiechu. Trochę szutru, trochę asfaltu, potem znów szutrowa droga, ale dość równa nawierzchnia, więc pomimo stromizny, podjazd mnie bardzo nie męczył.

Po drodze często mijałem robotników, ale większość zupełnie mnie ignorowała i nie odpowiadała na pozdrowienia. Może nie powinienem był się dziwić... Na wysokości 5.000 m. n.p.m. nosić ciężkie kamienie, tłuc w nie wielkim młotem, rękoma przerzucać grudy zmarzniętej ziemi, kopać doły, wozić taczki... Widziałem też pracujące dzieci. Te wyciągnięte ręce... te spojrzenia, jak przejeżdżasz... Okruch świata, fragment rzeczywistości, która pewnie nigdy nie będzie ich udziałem. Tak, za kilka tygodni wrócę w prosty sposób do swojego świata, a dziecko z zapadłej tybetańskiej wsi będzie marzło dalej, ubabrane w błocie, wysoko w górach łupiąc wielkie głazy, aby Chińczycy mieli lepsze drogi, czym będą się mogli pochwalić później przed światem. I aby takim jak ja lepiej i wygodniej się jeździło po Tybecie.

Zaczął padać deszcz i do jednego z namiotów robotników wszedłem, aby przeczekać ulewę. Zostałem bardzo serdecznie przyjęty. Młodsi chłopcy grali w kości, a starsi palili papierosy. Przyniosłem ciastka, które zniknęły błyskawicznie, a ja zostałem poczęstowany herbatą i campą. Jeden z panów tłumaczył mi, że na ciastkach daleko nie pojadę, za to na campie, to co innego! Dostaję na drogę dość duży woreczek mąki.

Nocuję na wysokości około 4800 metrów, przy wartko płynącym strumieniu. Przyjemnie zasypiać, gdy nikt nie wsadza głowy do namiotu, za kołysankę mając szum wody płynącego nieopodal wartkiego strumyka.

Niesmaczne batoniki

Następnego dnia od samego rana wiał bardzo silny wiatr, który tylko przybierał na sile, kiedy zbliżałem się do przełęczy. Ostatnie kilka kilometrów jechałem po otwartym płaskowyżu, gdzie wiało mi w twarz tak mocno, że chwilami musiałem schodzić z roweru, bo wiatr niemalże powalał mnie na ziemię. Wreszcie docieram do przełęczy, prosto w ramiona bandy małych, zziębniętych umorusańców. Co oni tam robili?? Oblepiali mnie natarczywie, dobierali się sprawnie do sakw, o pieniądze wołali, totalne zbratanie, uściski, podszczypywanie, kąsanie, krzywych zębów wystawianie, jakbyśmy znali się od lat, w końcu uległem i chcąc się ich pozbyć podarowałem dwa opakowania ciastek i batoników, ale to jeszcze bardziej rozbudziło ich rządzę i ciekawość. Sakwy niepotrzebnie odpiąłem, bo z ich wetkniętymi rękoma trudno je było zapiąć. Stałem się więc szorstki i grubiański, pokrzyczałem trochę, udając bardzo złego, co poniekąd było prawdą, ale tylko trochę, po prostu byłem zmęczony i chciałem jak najszybciej z przełęczy zjechać, bo było zimno, wiało i padało.

Jeden z łobuziaków miał zakrwawiony palec, który przecięty był wpół i wyglądał jakby mu miał zaraz odpaść. Wyjąłem plaster, ranę opatrzyłem, w tym czasie banda wchodziła na rower i próbowała na nim odjechać. Oczywiście zaraz się jeździec wywrócił, ale nie zniechęciło go to i za moment ruszył znowu, ciągnąc za sobą uczepionych do bagażnika i sakw swawolnych koleżków. Odjechali trochę za daleko i musiałem ich gonić. Dzieci zaczęły się robić coraz bardziej nieznośne, musiałem przybrać naprawdę groźną minę i rzucić parę bluźnierstw. Na moment zapanował względny spokój. Odjechałem kawałek, aby zrobić im z oddali zdjęcie, ale znów zaczęli do mnie biec. Ech, pomyślałem, droższy mi teraz ten na chwilę odzyskany spokój, niźli kolejne roweru wyrywanie i przekleństw rzucanie. Darowałem więc sobie fotki, pomachałem wesołej bandzie na pożegnanie i ruszyłem w dół. Pac, pac, kilka kamyków upadło obok roweru. Pewnie batoniki dzieciom nie smakowały.

Samotna wyprawa rowerowa do Tybetu - Przełęcz Gyantso

Co kraj, to obyczaj

Z przełęczy do wioski czekał mnie jeszcze pięćdziesięciokilometrowy, trudny odcinek w zacinającym mocno deszczu i bardzo silnie wiejącym wietrze. Wyziębiło mnie okropnie, choć miałem wszystkie ciepłe ubrania na sobie - razem sześć warstw. Przemarznięty do szpiku kości dojeżdżam wreszcie do Baipy. Wioska jest malutka, ale doliczyłem się ośmiu hoteli i kilkunastu restauracji.

Wybieram hotel o przydługiej nazwie: Szahwan Good Luch (pewnie miało być 'lunch') Restaurant Hotel. Dostaję za dwadzieścia juanów łóżko w pięcioosobowej sali. Niestety nie ma prysznica, ale jest ciepła woda. Można się umyć w misce.

Już prawie zasypiałem, kiedy drzwi gwałtownie się otworzyły i do środka pokoju weszli trzej starsi mężczyźni w towarzystwie właściciela hotelu. Nie mieli żadnych bagaży, pewnie byli to kierowcy ciężarówek. Przez jakieś pół godziny okropnie hałasowali, jakby mnie w ogóle nie było w pokoju. Prychali, charczeli, pluli, rozmawiając tak głośno, jakby wszyscy naraz mieli kłopoty ze słuchem. Ta niby rozmowa zresztą bardziej przypominała kłótnię, niż zwykłą rozmowę, ale do tego już zdołałem w Chinach przywyknąć, że nie wiadomo, kiedy się kłócą, a kiedy nie. Na koniec mężczyźni wyjęli zupki instant, zalali gorącą wodą z doniesionych przez właściciela wielkich termosów i zaczęli chlewną ucztę ciamkając, siorbiąc, prychając, bekając, charcząc i plując na podłogę. Na deser zapalili papierosy, nie pytając oczywiście o pozwolenie. W tym czasie pogrążyłem się cały w ćwiczeniu cierpliwości. Chyba do Polski wrócę joginem.

Wyprawa powiększa się o dwie osoby

W Qomolangma Travel Service kupiłem bilet wstępu do parku narodowego, w którym znajduje się Mount Everest. Bilet kosztuje sześćdziesiąt pięć juanów i jest ważny dziesięć dni.

Po południu przyjechali na rowerach Karina z Jamesem, który wyglądał na zupełnie wyczerpanego. Co za przypadek, że wybrali ten sam hotel, do tego ten sam pokój. Zresztą, pewnie i tak spotkałbym ich gdzieś wieczorem w malutkiej Baipie. Niemka wiozła ze sobą gitarę! Dla Jamesa, tak jak i dla niej, była to pierwsza dłuższa rowerowa wycieczka, ale Karina nie wydawała się aż tak zmęczona, jak współtowarzysz. James poszedł spać bardzo wcześnie, a ja z Kariną wybraliśmy się jeszcze na wycieczkę do pobliskiego Shekar. Wzbudzaliśmy dość duże zainteresowanie. Jadąc sam, byłem wystarczająco osobliwy dla tubylców, a co dopiero z kobietą, do tego jadącą w obcisłych kolarskich strojach i w kasku! Prawdziwi Marsjanie. Pozwiedzaliśmy okolicę, między innymi ciekawy, nieduży klasztor i ruiny dzongu w pobliżu. Fajna ta Karina.

Namawiam nowych współtowarzyszy podroży aby pojechali ze mną do bazy pod Everestem. Niestety, Niemka ma ważny powód, aby jak najszybciej znaleźć się w Katmandu, a James musi się dostosować. Karina z początku jechała sama (podróż zaczęła w Wietnamie!), ale miała kilka nieprzyjemnych sytuacji po drodze i w Lhasie postanowiła znaleźć sobie partnera. W hotelu, w którym mieszkała, namówiła Jamesa, aby kupił sobie rower i pojechał razem z nią do Nepalu. Służył jako przewodnik i dobry kompan do podróży. Chętnie do bazy by pojechał, ale nie chce się rozstawać z Kariną, a sam nie będzie kontynuować jazdy, bo nawet namiotu nie ma. Odkąd Karina jedzie z Jamesem nie wołają już tak często 'Hello, I love you' myśląc, ze może jedzie z chłopakiem, albo mężem.

Samotna wyprawa rowerowa do Tybetu - Carina, James i ja na posterunku na zachód od Baipy

Pokusa nie do odparcia

Rankiem doskonała pogoda. Wspaniała przejrzystość, niebieskie niebo, lekkie chmurki gromadzące się na dalekich szczytach. Po raz kolejny próbuję namówić sympatyczną parę na przejechanie się ze mną do bazy, ale bezskutecznie. Postanawiamy przejechać razem pierwsze kilkanaście kilometrów, a potem się pożegnać. Kilka kilometrów za miastem minęliśmy punkt kontrolny, na którym sympatyczny żołnierz sprawdził nam paszporty i przypomniał o konieczności posiadania biletów do parku, jeśli zamierzaliśmy jechać do bazy pod Everestem. James i Karina jechali prosto do Nepalu, więc nie potrzebowali tych biletów. Ale nikt z trzech żołnierzy spotkanych na posterunku nie wspomniał o Alien's Travel Permit! Jeden wielki mit. To jest po prostu śmieszne. Służbiści w PSB kłamią prosto w żywe oczy o konsekwencjach jechania bez pozwolenia, zdzierają z nieświadomych turystów za fikcyjne papierki, które potem można tylko zatrzymać jako pamiątkę i mamią koniecznością podróżowania w zorganizowanych grupach, twierdząc, że podróżowanie samemu jest zabronione i grozi karą.

Dwanaście kilometrów za Baipą zatrzymujemy się. Tutaj nasze drogi mają się rozdzielić. Widzę, że Karina ma ochotę jechać pod Mount Everest. Nie wspominając o Jamesie. Pewnie byłbym jej nie przekonał, gdyby rozmowa nie zeszła na jedzenie. Karina była głodna, zrobiliśmy więc sobie jeszcze piknik przy drodze. Kiedy Niemka zaczęła narzekać na paskudne żarcie, jakie jada od miesięcy (a był to już szósty miesiąc jej podróży), powiedziałem, że mogę jej przygotować coś innego. Wiozłem jeszcze ze sobą liofilizowany bigos, fasolkę po bretońsku, ziemniaki i kaszę gryczaną z mięsem.
 - Bigos? Ziemniaki? - zakrzyknęła - Jeśli zrobisz mi na obiad ziemniaki z bigosem, to jedziemy - dodała.
 - Oczywiście, jeszcze posypię wszystko koperkiem i zaparzę kawę - rzekłem.

Bigos z ziemniakami i wilgotna nocka

Więcej namawiać nie musiałem. Był jeszcze problem z biletami. Karina i James nie kupili w Baipie biletów wstępu do parku, a wracać nikomu się nie chciało. Zatrzymaliśmy przejeżdżającego jeepa z turystami i za moment wszystko było jasne. Kierowca powiedział, że bilety kupimy w Chay - wiosce, leżącej kilka kilometrów od głównej drogi, w której znajduje się kolejny punkt kontrolny.

W palącym, południowym słońcu, pokonując kilka kilometrów bardzo wyboistej drogi, dojechaliśmy do maleńkiej wioski. Tam Karina i James kupili bilety, ale udało się to tylko dzięki Jamesowi, bo był w stanie dogadać się ze służbistami po chińsku. Również dzięki niemu zostaliśmy zaproszeni do prywatnego domu na obiad. Co prawda nie był to bigos i ziemniaki, ale Karina była bardzo zadowolona, że może zjeść coś innego poza mąką z wodą, którą proponowałem wciągnąć przed czekającym nas podjazdem na przełęcz Pang.
 - Bigos i ziemniaki zostawimy sobie na kolację - powiedziała z uśmiechem Karina.
Godzinka odpoczynku po posiłku i przed nami ponad czterdzieści zakrętów, dzielących nas od przełęczy.

Około siedemnastej ostatnie metry i za kolejnym zakrętem, pokrytym widocznymi z oddali flagami modlitewnymi, otwiera się przed nami nieodległe pasmo Himalajów z Mount Everestem pośrodku. Zabawiamy chwilę na przełęczy i ruszamy w dół. Osobiście chciałem zjechać możliwie jak najniżej, dopóki było jeszcze coś widać, ale Karina chciała mieć nocleg z widokiem na Everest. Zatrzymaliśmy się zatem kilkanaście kilometrów za przełęczą na wysokości ok. 4500 m. n.p.m. i rozbiliśmy dwa namioty, mając fantastyczny widok na masyw Everestu, oświetlony purpurową barwą zachodzącego słońca.

Na kolację bigos z ziemniakami i świeża kawa ze śmietanką i z cukrem. Karina wniebowzięta. James też, powinien był podziękować bigosowi i ziemniakom, czyli poniekąd firmie ELENA, że jechał pod Everest. Był z siebie bardzo, bardzo dumny. Karina decyduje, że James spędzi noc w jej namiocie, a sama wprowadza się do mojego. Po kolacji długo nie mogliśmy zasnąć, pewnie po tej kawie. James też miał problemy z zaśnięciem, bo dużo spacerował wieczorem po obozowisku, pytając troskliwie, czy jest nam ciepło i wygodnie. W nocy rzeczywiście było dość ciepło, choć bardzo wilgotno.

Samotna wyprawa rowerowa do Tybetu - Uczta pod przełęczą Pang - bigos z ziemniakami i koperkiem firmy Elena

Droga do bazy

Pobudka około siódmej. Nawet jedna chmurka nie przesłaniała majestatycznej góry przed nami. Jedynie powoli przesuwające się słońce malowało na ścianach Everestu coraz to nowe barwy. Czekał nas wspaniały zjazd prawie do samej wioski Tashi Dzom, gdzie zatrzymujemy się na śniadanie. Kiedy byliśmy gotowi do dalszej drogi, było już po czternastej. A zamierzaliśmy jeszcze tego samego dnia dojechać do bazy.

Już prawie ruszaliśmy, kiedy nadjechał kolejny rowerzysta - Niemiec Sven, który od rana przebył ten sam odcinek, jaki my pokonaliśmy od wczoraj. Nie zatrzymuje się w wiosce, tylko rusza z nami. Spieszy mu się, bo jego wiza jest ważna jeszcze tylko pięć dni. Granicę nepalsko-tybetańską przekraczał w jeepie razem z grupą turystów jadących do Lhasy, od której później się oddzielił. Ruszył ze stolicy Tybetu na rowerze i teraz zmierzał do Katmandu.

Kolejny odcinek do wioski Chosang, który według przewodnika miał być przyjemną przejażdżką, bardzo nas wszystkich wymęczył. Droga była w fatalnym stanie, nieznacznie wznosząc się ku widniejącym szczytom na horyzoncie, ale najgorsze były poprzeczne muldy, które nie pozwalały na szybszą jazdę, jak 12-15 km/h. W Chosang zbieramy się wszyscy i pada propozycja zjedzenia kolacji. W 'restauracji' z ciepłych rzeczy mają tylko zupki w proszku.
 - To już lepiej zjeść swoje za wioską', mówię.

Zatrzymujemy się w jakimś pustym budynku obok drogi. Każdemu z nas potrzebny jest odpoczynek. Karina i Sven są za tym, aby zostać pod dachem na noc i ruszyć do bazy następnego dnia.
 - Ale zostało tylko dwadzieścia kilometrów! - protestuję. Poza tym tam jest restauracja w hotelu, w której na pewno zjemy coś dobrego, no i nocleg będzie o niebo przyjemniejszy.

Ostatecznie 'argument żywieniowy' przekonuje Karinę. Sven też chce jechać dalej, a James tradycyjnie na wszystko się zgadza. Za wsią droga ciągle paskudnie wyboista, do tego coraz bardziej pod górkę. Jedziemy w pewnym oddaleniu od siebie. Każdy własnym tempem. Po kilku kilometrach wjeżdżamy do wąwozu, gdzie droga prowadzi po prawej stronie rzeki po jeszcze większych wybojach. Wreszcie upragniony klasztor Rongpu, uważany za najwyżej położony na świecie, znajdujący się na wysokości 4830 m. n.p.m., w którym zamierzaliśmy zatrzymać się na noc.

Ciepły wieczór w hotelu

Czekam na resztę. Niemka dociera za kwadrans, potem Sven, na Jamesa musieliśmy czekać blisko pół godziny. Już nawet zamierzałem odpiąć sakwy i pojechać zobaczyć, co się z nim dzieje, ale wreszcie pojawił się za zakrętem, prowadząc rower. Absolutnie wyczerpany, ale niezmiernie szczęśliwy. Jestem za rozbiciem namiotu pod klasztorem, ale Karina i Sven wolą iść do hotelu. James też jest za tą drugą opcją. Decydujemy więc, że ja pójdę rozbić namiot i zostawię rzeczy, a potem dołączę do nich w hotelowej restauracji.

Na terenie klasztoru dwaj mnisi bez problemu pozwalają mi na rozstawienie namiotu za jedyne dziesięć juanów. Zapinam suwaki, zostawiam obok rower i wracam do hotelu na gorący posiłek. Całą trójkę znajduję w przestronnej, zadymionej okropnie i bardzo gwarnej sali, siedzących po szyję w śpiworach i popijających gorącą herbatę. Okazało się, że wszystkie pokoje w hotelu są zajęte, ale będzie można się przespać na podłodze jadalni za, bagatela, osiemdziesiąt juanów (około 35 zł). Do tego w hotelu nie ma bieżącej ciepłej wody, nie wspominając o prysznicu.
- Nie ważne - mówi Karina - Najważniejsze, że jest ciepło, a ja okropnie przemarzłam i nie ma mowy, abym spała dziś w namiocie.

Cóż, chyba za słabo grzałem poprzedniej nocy...

Po cenie, jaką mieli zapłacić za podłogę, można się było spodziewać, że porównywalnie wygórowane będą ceny za posiłek w hotelowej restauracji, a tu miła niespodzianka! Wielka micha ryżu z warzywami za dwanaście juanów, a gotowane ziemniaki z jajkami za dziesięć! Jajka były przyprawione imbirem. Po ciepłym i sytym posiłku nie chciało mi się wracać do zimnego namiotu...

Samotna wyprawa rowerowa do Tybetu - Mount Everest

Baza pod Everestem

Rano znów wspaniały widok na Everest. Około dziesiątej odwiedzili mnie pod klasztorem rowerzyści - jechali na lekko do bazy. Ja jeszcze nie zwinąłem namiotu, a chciałem poza tym zjeść śniadanie w hotelu, więc umówiliśmy się, że spotkamy się gdzieś po drodze. Oni zamierzali wracać jeszcze tego samego dnia, ja natomiast chciałem zostać w bazie dzień albo dwa. Zmówiłem naleśniki z miodem, ale zamiast miodu dostałem cały słoik dżemu. Prawda, miód zjedliśmy wczoraj na kolację, też przynieśli cały słoik, który przecież zostawiliśmy pusty. Do tego gotowane ziemniaki. Z okna restauracji doskonale widać masyw Everestu, który w międzyczasie przykryły szybko gromadzące się chmury. Trudno, pocieszałem się, przecież jeszcze stąd nie wyjeżdżam. 'Zrobię więcej zdjęć jutro', myślałem.

W drodze do bazy spotykam troje rowerzystów. Wracają... Trochę smutno, ale przecież ja i tak nie jechałbym z nimi do Nepalu. Kilka zdjęć na pożegnanie, uściski, trochę zamglony horyzont, życie toczy się dalej... Ileż to takich osób spotyka się po drodze, dodając każdemu do bagażu wspomnień odrobinę siebie...

Tzw. baza, do której wolno dotrzeć 'szarym' turystom, znajduje się na wysokości około 5050 metrów n.p.m. i poza sezonem składa się z porozrzucanych namiotów zaradnych Tybetańczyków, którzy zarabiają na turystach, oferując ciepłe posiłki, a nawet noclegi. Proszę bardzo, można nocować nawet w hotelu California Jest tu też poczta, tzn. miejsce, gdzie za astronomiczną sumę można kupić stempelek z napisem Mount Everest Base Camp, plus oczywiście osobno zapłacić za znaczek i pocztówkę. Do bazy nie można dojechać jeepem, ale niespełna dziesięciokilometrowy odcinek od klasztoru w Rongpu można przebyć pieszo, albo skorzystać z bryczki. Jak na Morskie Oko z Polany Palenicy w Zakopanem, tylko wysokość bezwzględna inna.

Jeszcze do niedawna można było dostać się wyżej drogą wzdłuż lodowca, na wysokość prawie 6000 metrów i pewnie udałoby mi się tam dojechać na rowerze, gdybym miał dodatkowe wolne dwieście dolarów, tyle bowiem należało zapłacić, aby być przepuszczonym za szlaban na końcu rzędów namiotów. Oczywiście mogłem spróbować gdzieś bokiem, ale nie chciałem ryzykować płacenia haraczu jakimś żołnierzom po drodze, o czym słyszałem od innych turystów. Może historie te powinienem był włożyć między bajki, tak jak te z pozwoleniami na podróż po Tybecie, ale koniec końców zostałem na wysokości 5050 z nadzieją, że się przejaśni, jeśli nie tego samego dnia, to następnego.

Contents copyright © 2001-2010, CYKLOiD. All rights reserved.
Zawartość oraz forma Kalendarza Wypraw Rowerowych XXI wieku podlegają ochronie praw autorskich. Kalendarz...XXI wieku nie może być powielany lub prezentowany w inny sposób jak tylko na stronie macierzystej projektu, to jest http://wyprawy21.cykloid.pl/.