www.wyprawy21.cykloid.pl :: Wyprawy Rowerowe XXI wieku


Piotr Strzeżysz

Piotr
Strzeżysz

- autor relacji z podróży.

Zrealizował 3 samotne wyprawy rowerowe przez Himalaje, w tym jedną zimową przez góry Tybetu. Rowerem dotarł do Ladakhu i przejechał tybetańskie bezdroża. Każda z wypraw posiada bogatą dokumentację w postaci barwnej relacji oraz kolekcji znakomitych zdjęć.

Mapa Wyprawy

Fotogaleria

Fotogaleria :: Samotna wyprawa do Tybetu

Inne wyprawy tego podróżnika

Relacje z wypraw...

Samotna wyprawa rowerowa do Tybetu

Tekst i fotografie: Piotr Strzeżysz

Niespodziewani goście

Na nocleg zatrzymałem się przy małym strumyku, aby mieć wodę do umycia się i przygotowania posiłku. Kiedy po wieczornym spacerze wracałem do namiotu, w zapadającym zmroku dostrzegłem z oddali trzy ciemne sylwetki. Zapewne tubylcy, ale skąd się oni tam wzięli? Mężczyźni byli bardzo zainteresowani wszystkim, co było w namiocie, a jeden miał już na sobie moją kurtkę! Trochę zajęło mi czasu i wysiłku tłumaczenie, że nie mogę dać mu tej kurtki, gdyż to moje jedyne ciepłe okrycie i będzie mi potrzebne na dalszą jazdę.

Obmacali wszystko, co było w zasięgu ręki, prawie wchodząc do namiotu. Aby 'obłaskawić' niespodziewanych gości, poczęstowałem ich karmelkami. Choć kubki smakowe mają zapewne inne, co wnioskuję po zawartości przypraw w ich posiłkach, mleczne karmelki zdecydowanie przypadły im do gustu. Z pomocą mini słownika i języka gestów, dowiedziałem się, że byli tu po jakieś zioła, których część mi zostawili. Ale co ja miałem z nimi zrobić? Zagotować? Zjeść? Zapalić?
 - Tak, jestem sam, jadę do Gyantze, jestem z Polski - odpowiadałem na zadawane pytania. Równie dobrze mogłem powiedzieć, że jestem z Pacanowa albo z Burkiny Faso, jedno i drugie stanowiłoby dla nich zupełną abstrakcję.

Kangari (rower po tybetańsku) wzbudził bardzo duże zainteresowanie moich niespodziewanych gości. Podobnie jak spotykane po drodze dzieci, bawili się przerzutkami i z ciekawością naciskali dźwignie hamulców. Wracali do Nagartze i czekali na przejeżdżającą ciężarówkę. Było już zupełnie ciemno, kiedy w oddali zobaczyliśmy światła zbliżającego się pojazdu. Zerwali się szybko, pozdrowili po tybetańsku i pomknęli w stronę drogi. Wreszcie mogłem iść się umyć. W poświacie księżyca pluskałem się w wartkim strumieniu rzeczki. Woda co prawda zimna, ale wspaniale orzeźwiająca.

Wizyta w wiosce Sasuma

Następnego dnia pokonuję przełęcz Karo i kieruję się na północny-zachód w stronę Gyantze. Co kilka kilometrów mijam namioty robotników drogowych. Przy jednym z obozów zostaję zaproszony na posiłek. Ryż, ryba i jakieś warzywa z jednej misce, wszystko niemiłosiernie ostro przyprawione. Robotnicy wydawali się być zdziwieni, że rezygnuję z ryby i zajadam sam ryż. Wśród wzajemnego ciamkania, pobekiwania, chrząkania i spluwania uśmiechamy się do siebie. Pełna symbioza. Nawet nieznajomość języka nie jest przeszkodą w wyrażaniu uczuć wdzięczności. Dziękuję za posiłek i w dół po ostrych kamieniach.

Zjazd zdaje się nie mieć końca. Wreszcie wyjeżdżam z wąwozu na otwartą przestrzeń, z cichą nadzieją, że nawierzchnia się poprawi. Niestety, ciągle doły, muldy, kamienie i objazdy. Pomimo dużego spadku nie mogę rozpędzić roweru, bo ciągle muszę hamować. Po kolejnej godzinie jazdy, droga wyrównała się nieco i późnym popołudniem docieram do wioski Sasuma.

Wioska jest położona nieznacznie powyżej budowanej drogi i aby dotrzeć do pierwszych zabudowań, musiałem jeszcze pokonać krótki, ale bardzo stromy podjazd. Pierwszy napotkany tubylec na moje pytanie o restaurację, albo o sklep w wiosce, rozkłada bezradnie ręce. Przybiegają dzieci, jest kilkoro starszych, próbuję więc z nimi. W czasie kiedy walczyłem z natarczywością małych łobuzów, próbujących otworzyć tylne sakwy, nadszedł starszy mężczyzna i wyraźnie dał mi do zrozumienia, abym poszedł za nim. Zrozumiałem, że pyta mnie, czy nie chcę zostać na noc w jego domu. Decyduję się bez wahania. Wciągam rower przez bardzo wysoki próg na nieduże podwórko, na którym biegają rachityczne kury, a dwie wychudzone krowy zajadają suchą paszę.

Zostaję zaprowadzony do maleńkiego, ciemnego pokoju. Mała szafka i łóżko pod oknem stanowiły całe wyposażenie. Wielka kupa rzuconych pod ścianą starych koców, płaszczy, pledów i przeróżnych tkanin wydzielała specyficzny zapach lekkiej zgnilizny. Witam się z żoną gospodarza i dwójką małych dzieci. Wszyscy bacznie obserwują, kiedy rozpakowuję sakwy i wykładam rzeczy na łóżko. Z reklamówki rozsypały się lekarstwa, które natychmiast są z uwagą obmacywane. Te pigułki są do uzdatniania wody, tłumaczę, te na bolące gardło, tamte to witaminki, a te na biegunkę. W końcu ciekawość domowników została zaspokojona i zostawili mnie samego w pokoju.

Samotna wyprawa rowerowa do Tybetu - Wioska Sasuma.

Czy tu jest jakiś sklep? Głoooodny!

Nie zanosiło się na to, abym dostał coś do jedzenia, a byłem coraz bardziej głodny. Postanowiłem więc pójść i poszukać sklepu. Jako przewodnika dostałem starszego syna, który miał mnie do wioskowego sklepu zaprowadzić. Moja osoba wzbudzała wielkie zainteresowanie każdego mijanego mieszkańca wioski. Zatrzymaliśmy się przed jakąś zamkniętą na wielką kłódkę budą, która w niczym sklepu nie przypominała. 'Może sprzedawca zrobił sobie przerwę?', pomyślałem. Chłopiec krzyknął kilka razy głośno w stronę pobliskich zabudowań, ale nikt nie odpowiedział. Poszliśmy dalej. Druga buda, podobna do poprzedniej również była zamknięta. Tym razem chłopiec wykrzykiwał dobre pięć minut. W końcu przyszedł do niego jakiś kolega i chłopcy zaczęli się bawić strzelaniem z procy do gołębi. Trochę zirytowany powtarzałem po tybetańsku: sklep, sklep. Ruszamy dalej, tym razem w górę wioski. Po nierównych kamieniach chłopcy skaczą jak kozice, ledwo na nimi nadążam.

Po drodze spotykamy grupkę kobiet. Mogłem się domyślić, jak przebiegała rozmowa między nimi, a 'moimi przewodnikami'.
 - Dokąd idziecie?
 - Do sklepu.
 - Ale przecież na górze nie ma sklepu, musicie wrócić do wioski - powiedziały kobiety.
I rzeczywiście. W tył zwrot i schodzimy tą samą drogą, która kosztowała mnie tyle wysiłku, aby po niej wejść.

Zza którymś z zakrętów chłopiec pokazuje widoczny z oddali namiot robotników, powtarzając, 'sklep', 'sklep'. Niemiłosiernie złorzecząc, wracam po rower z zamiarem wyjechania stamtąd jak najszybciej. Domownicy powitali mnie pytającym spojrzeniem, a ja na migi wyjaśniłem, jak to zrobiliśmy sobie spacer po okolicy, że jestem bardzo głodny i zmęczony i że mam dość tego miejsca i jadę dalej. Podziałało. Za chwilę dostaję campę i tybetańską herbatę. Humor od razu się poprawia. Wraca syn i jest mocno zrugany przez tatę, Z tego co rozumiem, ma mnie jeszcze raz zaprowadzić do sklepu. Nie mam ochoty na kolejny spacer dookoła wioski, ale tata nalega abym z synem poszedł. Za moment znów jesteśmy przed pierwszą budą, która rzeczywiście okazuje się być sklepem, ale bardzo marnie zaopatrzonym. Kupuję chińskie zupki, napoje, ciastka i batoniki dla latorośli gospodarza. Batoniki dałem im przed sklepem, co było trochę niemądre z mojej strony, bowiem za moment obskoczyła mnie wataha dzieciaków, które także chciały coś dostać.

Zupki zjadłem na kolację i miałem się już kłaść spać, kiedy to wszedł pan gospodarz ze świeczką i na migi pokazał, że zaprasza mnie na kolację. W drugim pokoju służącym za kuchnię, sypialnię i jadalnię tliło się nikłe światło. Zanim podano główne danie, wypiłem chyba z dziesięć filiżanek herbaty. Zresztą nie sposób wypić mało, bowiem jak tylko siorbniesz odrobinę z naczynia, czy szklanki, zaraz ktoś dolewa z termosu do pełna. Trzeba bardzo mocno protestować, aby nie dostać dolewki. Wreszcie podano do stołu. Z wielkiego gara, pani domu wielką chochlą nałożyła ryż i ziemniaki pokrojone w cienkie plasterki. Te ostatnie były prawie surowe, ale i tak smakowały pysznie, szczególnie po chińskich zupkach i mące, którą zajadałem od kilku dni. Dzieci wciągały jedzenie, jakby nie jadły od tygodni, ale w rzeczy samej, nie widziałem, odkąd przyjechałem, aby cokolwiek jadły, poza batonikami, które dostały ode mnie. Trochę poopowiadałem o sobie, pokazałem zdjęcia, polskie pieniądze, trochę się powygłupiałem z maluchami, wypiłem kolejne dziesięć filiżanek herbaty i z pełnym brzuchem udałem się do mojego ciemnego pokoju na spoczynek. Spałem błogo.

Samotna wyprawa rowerowa do Tybetu - Na północ od przełęczy Simi. Droga ciągle w budowie, ale wkrótce powstanie tu piękna, równa  nawierzchnia

Wizyta w Gyantse

Następnego dnia czekał mnie jeszcze kilkukilometrowy podjazd na przełęcz Simi, wzdłuż brzegu turkusowego jeziora, w którego tafli cudownie odbijały się otaczające go szczyty. Za przełęczą ciąg dalszy morderczych wybojów, przeszkód i objazdów, aż po kilku godzinach jazdy moim oczom ukazała się wreszcie upragniona dolina, która miała mnie doprowadzić do Gyantse. Miał się tam odbyć festiwal tybetański, którego największe atrakcje zaplanowano na późny wieczór. Na placu pod Pomnikiem Bohaterów, przy jednym z głównych skrzyżowań, ustawiono wielkie ogniska, wokół których zaczęły się tańce. Tybetańczycy poubierani w ludowe stroje tańczyli w kręgach dookoła ognisk, a na koniec, po zmroku, obejrzałem najwspanialszy pokaz ogni sztucznych, jaki dany mi było w życiu oglądać. Po pokazie, ogniska zaczęły się dopalać i ludzie powoli zaczęli opuszczać plac, choć impreza pod pomnikiem trwała do białego rana. Kiedy wróciłem do hotelu, zza okna ciągle dobiegały mnie głośne dźwięki. Dyskotekowy, jednostajny łomot zakończył tybetański festiwal w Gyantze.

Moja podróż jest nielegalna!

Późnym popołudniem następnego dnia dojeżdżam do Shigatse. W mieście najpierw udaję się do biura PSB (Biura Bezpieczeństwa Publicznego). Przed drzwiami na tablicy kilka ogłoszeń, w tym jedno adresowane do indywidualnych turystów. 'Czyli i do mnie' - myślę i czytam z zaciekawieniem. Piszą, że w PSB nie otrzymam żadnego pozwolenia na dalszą podróż, a można je dostać tylko w hotelu Tenzin. Chcąc się samemu przekonać, czy to rzeczywiście prawda, wchodzę do budynku i udaję się na pierwsze piętro, gdzie poznaję grupkę holenderskich turystów. Czekają na pozwolenie na podróż do Gyantse i Lhasy, a które to pozwolenie załatwia im piętro wyżej przewodnik. 'Ale przecież do Lhasy nie jest potrzebne żadne pozwolenie!' mówię. 'Ale my jesteśmy grupą i przewodnik powiedział nam, że bez pozwolenia nie możemy jechać', odpowiedział jeden z turystów. 'Co za bzdura' - pomyślałem, nie próbując ich przekonywać, że nie mają racji. Jak chcą, to niech płacą.

Pani przy okienku na razie zajęta. Oprócz nas jest na piętrze jeszcze troje tubylców. Po kwadransie pani zwraca się do mnie całkiem niezłym angielskim pytając, co mnie tu sprowadza.
 - Chciałbym kupić pozwolenie - mówię.
 - Jakie pozwolenie? - pani wygląda na zdziwioną.
 - No... Alien's Travel Permit - dodaję, tym razem ja okazując zdziwienie.
 - Ale my nie wydajemy żadnych zezwoleń, pani na to.
Oho, zaczęło się, pomyślałem.
 - No to gdzie mam pójść, aby je dostać? Chciałbym pojechać do bazy pod Everestem i może do Kathmandu - tłumaczę. O rowerze oczywiście nie wspominam, ale stojąc w spodenkach-kolarkach, z rękawiczkami na dłoniach i z prędkościomierzem na blacie okienka, chyba nie wyglądam na podróżującego autobusem.

Pani mówi o jakichś departamentach i policji, w końcu jej niegrzecznie przerywam i mówię, że chcę pozwolenie kupić tutaj.
 - Musisz pojechać do Lhasy.
 - Ale ja przecież przyjechałem właśnie z Lhasy i tam turyści mówili, że pozwolenie kupię w Shigatse.
 - To niemożliwe - kwituje pani i dodaje - Musisz pojechać do Lhasy i tam dostaniesz pozwolenie.
 - Ale ja byłem w Lhasie w PSB i oni nie chcieli mi dać pozwolenia nawet na podróż do Shigatse! - tłumaczę najłagodniej, że nie będę się teraz wracać do Lhasy po pozwolenie, którego i tak nie dostanę i chcę go kupić tutaj.
Wyciągam anglojęzyczny przewodnik i podtykam pani pod nos pokazując, gdzie jest napisane, że pozwolenie można dostać w Shigatse.
 - To jest niemożliwe - słyszę w odpowiedzi.
Tłumaczę raz jeszcze, że przyjechałem na rowerze z Lhasy przez przełęcze Karo i Kampa i nie będę się tam teraz wracać, bo droga jest długa i ciężka, zresztą jadę w drugą stronę.
 - Co, pan jedzie na rowerze?! Nie wolno, nie można na rowerze i w dodatku samemu jeździć po Tybecie! Pańska podróż jest nielegalna! - pani wygląda na lekko przestraszoną.
 - Dobrze, więc pojadę jeepem, czy wtedy dostanę pozwolenie?
 - Tak, ale musisz iść do FIT.
 - Ale po co mam iść do FIT, przecież to wy wydajecie pozwolenia?
 - Nie wydajemy samotnym turystom, musisz iść do FIT, dołączyć do jakiejś grupy i jutro przyjść tutaj.
Dalsza rozmowa nie miała sensu. Pomyślałem, że może jednak pójdę do tego hotelu Tenzin, jak sugerowała ulotka na dole, a jeśli i to nie pomoże, to jeszcze jutro przyjdę tutaj pomęczyć panią. Kropla drąży skałę nie siłą, lecz ciągłym padaniem.

Samotna wyprawa rowerowa do Tybetu - Wioska Shalu

Klasztor Shalu

W hotelu okazało się, że pozwolenie można załatwić niemal od ręki. Biegle władająca angielskim pani o imieniu Dicki inkasuje sto pięćdziesiąt juanów (około 65 zł) i jeszcze tego samego dnia można dostać upragniony papierek. Już go prawie od niej kupiłem, ale w trakcie rozmowy okazało się, że jest ważny tylko dziesięć dni, a ja zamierzałem jeszcze spędzić dwa dni w mieście i okolicy. Umówiłem się więc z Dicki na poniedziałek rano, a następnie udałem się na porządny obiad.

Nie zostałem w mieście na noc. Wróciłem kilkanaście kilometrów na południe do wioski Shalu. Pod klasztorem w wiosce zostawiłem rower, a sam wszedłem do środka. Nie mogłem zapukać, bo zamiast drzwi w wejściu zawieszono kolorową tkaninę, a na moje nawoływania odpowiadały tylko groźnie warczące psy. W środku natknąłem się na mnicha, który wystraszył się nie mniej niż ja. Za moment wszystko było jasne i serdeczni mnisi pozwolili mi rozbić namiot obok klasztoru, wewnątrz murów odgradzających obszerny dziedziniec od drogi.

Rano obudził mnie jeden z mnichów, śpiewając mantrę obok mojego namiotu. Hmm, dziwne wybrał sobie miejsce, pomyślałem. Skinieniem ręki wskazał mi klasztor i dotknął ust, dodając jedzenie. Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. Wszedłem do środka gompy. Poczęstowano mnie herbatą i campą. Było jeszcze dość wcześnie, kilka minut po ósmej, ale wydawało się, że mnisi zdążyli już posprzątać dziedziniec, pomodlić się, zjeść śniadanie, uporządkować ołtarze, napalić w piecu i potem czekali tylko na przybycie gości, którzy zaczęli pojawiać się w coraz liczniejszych grupach. Wszyscy odświętnie ubrani, z nabożeństwem i czcią wchodzili na teren dziedzińca, by tam pokłonić się najpierw przed ołtarzami, dosypując dymiącego się od rana kadzidła, a potem wejść do środka świątyni i pokłonić Buddzie.

Wszyscy mężczyźni przed wejściem ściągali czapki z głów, ale wchodzili w butach, co dziwiło mnie trochę, bo zwiedzając niektóre klasztory, byłem czasem proszony o zdjęcie obuwia. Po modlitwie, często w towarzystwie któregoś z mnichów, rodziny rozkładały duży koc na dziedzińcu w cieniu drzew i urządzali sobie piknik, wyjmując termosy z herbatą i miseczki na campę.

Ludzi podpatrywanie

Cały prawie dzień włóczę się bez celu po wiosce. Niby nic się nie dzieje, ale ciągle się na kogoś natykam. Kobieta nabiera wodę ze studni do wielgachnych naczyń. Dziecko na jej plecach zwisa bezwiednie z worka przewiązanego przez ramiona. Mała dziewczynka bawi się kołem od wozu. Starszy pan siedzi pod ścianą i ćmi papierosa. Ktoś przejeżdża na prymitywnym wozie ciągniętym przez osła. Po nocnych harcach, wychudłe, zabiedzone psy leżą w cieniu jakby zdechłe, nieruchome. Kobieta na rozłożonej folii rozrzuca ziarna. Mężczyzna w drewnianej konwie ugniata zioła, które potem wysuszy i użyje jako kadzidła. Przemyślne świecące talerze, wyłożone metalowymi płytkami, ogrzewają ustawiony na metalowym pałąku czajnik z wodą. A może z ryżem? Słońca pod dostatkiem, trzeba tylko pamiętać o przekręcaniu talerza, tak aby odbite promienie słoneczne ogniskowały się na naczyniu. Ktoś przepędza krowę. Wyciągnięte ręce dzieci. Czy kiedy odmówi im się po raz trzeci, setny, przestaną żebrać? Jakieś dziecko przystaje obok i bacznie mi się przygląda. Nie podbiega jak inne, nie ciągnie za rękaw bluzy. Podchodzę, ale ucieka. Zostawiam paczkę ciastek na drodze. Wraca, schyla się, bierze pudełko, ucieka.

Słońce ciągle niemiłosiernie praży. Idę od cienia do cienia. Za wioską już tylko słońce i przestrzeń i góry i niebieskie niebo i pola. Pochylone postacie zbierają zboże, na plechach znosząc do wioski. Cisza i spokój. Przy drodze w strumyku kobiety robią pranie, inne płuczą zboże. Rozrzucone na połaciach folii mienią się ziarna w słońcu kasztanową barwą. Chwila rozmowy, za moment irytacja. Chcą pieniędzy. Dlatego, bo jestem biały, bo mam fajny aparat, bo mam kolorowe ciuchy i na pewno wypchane pieniędzmi kieszenie. Dlaczego więc nie chcę się podzielić? 'Money, money, money', melodyjnie powtarzane jak refren piosenki.

Wieczorem kolejny raz zaproszony zostałem na posiłek. Ciągle jeszcze zjeżdżali się ludzie, aby się pomodlić i porozmawiać z mnichami. Od samego rana widziałem ich ciągle czymś zajętych, nawet obiad ze mną jedli w pośpiechu, by za moment powrócić do swoich zajęć. Ciągle zamiatali, dokładali kadzidła do ołtarzy, rozmawiali z przyjezdnymi, modlili się, przenosili ciężkie wory z wozów do spichlerzy, kręcili się tu i tam, ani na moment nie stojąc bezczynnie w miejscu. Dopiero wieczorem usiedli na ganku, wyciągnęli nogi i trwali tak bez ruchu, dopóki następny przyjezdny nie budził ich z letargu. A może z modlitwy?

Trzy psy, które wylegiwały się w cieniu w ciągu dnia, leżąc plackiem pod murem świątyni, w nocy dostawały nagłego przypływu energii, zamieniając się w bryzgające pianą z pyska krwiożercze bestie. O wyjściu z namiotu nocą za potrzebą mogłem zapomnieć. Przynajmniej nie na darmo wiozłem zapasową plastykową butelkę.

Samotna wyprawa rowerowa do Tybetu - Okolice wioski Shalu. Na pierwszym planie płukanie ziarna, na drugim pranie

Sakja

W poniedziałek rano o 10.00 Dicki, jak zapowiedziała w piątek, przybyła z pozwoleniem na dalszą jazdę. Kiedy jednak zobaczyła, że mam rower, doradziła, abym kupił specjalne pozwolenie dla rowerzystów, które kosztuje trzysta juanów. Podziękowałem grzecznie, choć Dicki powtarzała, że bez specjalnego papierka nie przepuszczą mnie na punktach kontrolnych. Z pobłażaniem przytakiwałem, ale nowego pozwolenia nie kupiłem. I jak się miało później okazać, była to dobra decyzja.

Droga za miastem wznosi się jednostajnie w pustynnej niemal scenerii przez kilkadziesiąt kilometrów aż do przełęczy Tra. Suchy krajobraz i wypalona ziemia ciągną się aż po horyzont. Po pokonaniu kolejnej przełęczy skręcam na południe z zamiarem odwiedzenia klasztoru w Sakja. Mam pozwolenie, cieszę się w duchu i niestraszne mi są żadne patrole i punkty kontrolne. W przewodniku ostrzegali, aby pod żadnym pozorem nie zapuszczać się w te okolice bez odpowiedniego papierka. Wspaniała nawierzchnia i piękna pogoda pozwalały w pełni cieszyć się jazdą. Dwadzieścia pięć kilometrów pokonuję szybko i późnym popołudniem docieram do wioski. Żadnej kontroli, nawet śladu po jakimkolwiek punkcie kontrolnym.

Świątynia w Sakji naprawdę jest imponująca. Rozmachem architektonicznym, przestrzenią, atmosferą panującą w środku. Ogromne posągi Buddów patrzące z góry od kilku stuleci w przepychu szat i bogactwie zdobień. Dobrze mi się samotnie spacerowało po tym wyciszonym, pozostającym w półmroku, przesiąkniętym wonią aromatycznych kadzideł, magicznym rzekłbym miejscu.

Wychodzę na dziedziniec jakby rażony obuchem, oszołomiony światłem i krzykiem. Przyjechała wycieczka... swoją 'nadobecnością' zawłaszczając cały dziedziniec. Niektórzy prawie przytykają obiektywy aparatów i kamer do modlących się mnichów. A może właśnie tak ma być? I vice versa. My przytykamy obiektywy, wchodzimy nie pytani, dotykamy, nieodpowiednio się zachowujemy, ostatecznie zwalając każde faux pas na ignorancję, niewiedzę. Oni dotykają, macają, wchodzą do namiotu, biorą. Inność pociąga. Innego albo się boimy, albo próbujemy zawłaszczyć.

Samotna wyprawa rowerowa do Tybetu - Klasztor w Sakji

Kolejny nocleg w tybetańskiej wiosce

Za Sakją szukam noclegu. Późnym wieczorem zatrzymuję się przy grupie zabudowań. Najpierw otacza mnie chmara dzieciaków. Potem pojawia się starowinka, ale nie daje mi szans na wysłowienie się i znika za ogrodzeniem. Już mam zamiar pojechać szukać szczęścia dalej, ale starowinka pojawia się ponownie w towarzystwie koleżanki. Druga odważniejsza zbliża się do intruza. W mig pojęła, o co pytam. Skinęła, abym poszedł za nią. Namiot rozbiłem obok jej chałupki, do której trzeba się było wdrapać po dwóch rzędach schodów, a następnie dwóch drabinach. Rower został na dole, ale już za ogrodzeniem. I proszę - jednak znają pojęcie prywatności.

Rozstawiłem namiot i wszedłem do środka. Nie byłem głodny, chciałem jak najszybciej zakopać się w ciepłym śpiworze i zasnąć. Po drabinie wspinał się jednak ktoś jeszcze. Nadszedł mężczyzna w średnim wieku, zapewne syn tej staruszki. Próbowałem zapytać, czy mieszkają tylko we dwoje, ale chyba mnie nie zrozumieli.

Oczywiście, nie obyło się bez macania wszystkiego dookoła i oglądania zawartości sakw z żywym zaciekawieniem i nieukrywanym przejęciem. Prawdziwa szkoła cierpliwości i opanowania. Uparli się, abym wszedł do środka izby. W śpiworze sypiam raczej bez ubrań, więc delikatnie próbowałem im wytłumaczyć, aby sobie poszli i abym mógł się z powrotem ubrać. W końcu bezceremonialnie zamknąłem suwak namiotu przed nosem gospodarzy i szybko się ubrałem. Na ścianie w środku chaty standardowo plakat z pałacem Potala, a obok portret Mao Tse Tunga. Dostałem jakąś blaszkę na pamiątkę, dałem w zamian polską monetę, a wtedy gospodarz zabrał mi blaszkę. Hmm, pewne rzeczy pozostaną dla mnie nie do przeskoczenia.

Contents copyright © 2001-2010, CYKLOiD. All rights reserved.
Zawartość oraz forma Kalendarza Wypraw Rowerowych XXI wieku podlegają ochronie praw autorskich. Kalendarz...XXI wieku nie może być powielany lub prezentowany w inny sposób jak tylko na stronie macierzystej projektu, to jest http://wyprawy21.cykloid.pl/.