www.wyprawy21.cykloid.pl :: Wyprawy Rowerowe XXI wieku


Piotr Strzeżysz

Piotr
Strzeżysz

- autor relacji z podróży.

Zrealizował 3 samotne wyprawy rowerowe przez Himalaje, w tym jedną zimową przez góry Tybetu. Rowerem dotarł do Ladakhu i przejechał tybetańskie bezdroża. Każda z wypraw posiada bogatą dokumentację w postaci barwnej relacji oraz kolekcji znakomitych zdjęć.

Mapa Wyprawy

Fotogaleria

Fotogaleria :: Samotna wyprawa do Tybetu

Inne wyprawy tego podróżnika

Relacje z wypraw...

Samotna wyprawa rowerowa do Tybetu

Tekst i fotografie: Piotr Strzeżysz

Samotna wyprawa rowerowa do Tybetu - Piotr Strzeżysz

Samolot Rosyjskich Linii Lotniczych wylądował na lotnisku w Pekinie punktualnie o 6.00. Odebrałem rower i bagaż, spakowałem sakwy i ruszyłem w stronę wyjścia. Z pobłażliwym uśmiechem powitałem taksówkarzy oferujących podwiezienie do centrum. Mam rower. Jestem niezależny, myślę i z pewną miną ruszam w stronę najbliższego skrzyżowania. Chińskie niezrozumiałe znaczki na wielkich drogowskazach osłabiły trochę mój entuzjazm.

Przepraszam, czy może mi pan pomóc?

Zaczepiam najbliższego przechodnia, pytając najprostszym angielskim, jak dojechać do centrum. Przechodzień ów nie tylko nie odpowiedział na moje pytanie, ale zupełnie mnie zignorował, przechodząc obok, jakby mnie wcale nie zauważył. Zgoda, pomyślałem, mógł nie znać języka, ale wyraz mojej twarzy 'czy-może-mi-pan-pomóc?', był chyba aż nadto czytelny. Opieram rower o ścianę i czyham na następną ofiarę. Wolnym krokiem zbliża się staruszek. Prawie zaszedłem mu drogę i pytam o drogę do centrum. Dziadek uśmiechnął się, dotknął ręką ucha a potem ust i z niegasnącym uśmiechem poszedł dalej w swoją stronę. Niemowa, czy co? Jeszcze kilka osób podobnie ignorujących moją osobę i wsiadam na rower, decydując się na skręt w lewo. Dobra decyzja, za kilka kilometrów, na ruchliwej drodze pojawiają się dające się odczytać litery.

Po około godzinie spokojnej jazdy docieram do centrum. Wszędzie chińskie znaki! Stojąc prawie na środku skrzyżowania, rozglądając się na wszystkie strony ze stropioną miną i rozłożoną, powiewającą przede mną mapą, musiałem wyglądać jak ktoś, kto chciałby się zapytać o drogę. Niestety, Chińczycy okazali się zupełnymi ignorantami w dziedzinie odczytywania pozawerbalnej mowy ciała. Z całego tłumu ruszających na zielonym świetle rowerzystów i motocyklistów jedynie kilka osób rzuca mi ukradkowe, puste, bezbarwne spojrzenie. Muszę wskazać kogoś palcem, zapytać konkretną osobę, pomyślałem.
 - Hello, sir, can you help me? - pytam stojącego obok rowerzystę.
 - Heh... - uśmiecha się.
To nic, że jeszcze pali się czerwone światło. Rusza do przodu, a za nim rozpędza się reszta dwukołowej masy. Pani z gwizdkiem na skrzyżowaniu wyraźnie ponagla, aby ruszać. Naciskam na pedały i próbuję szczęścia po drugiej stronie ulicy.

Schodzę na chodnik. Pieszy tak łatwo nie ucieknie. Pierwsza pani nawet na mnie nie spojrzała. Druga ominęła podejrzliwie, wreszcie trzecia zatrzymała się i z uwagą spojrzała na mapę. Podtykam pod nos nazwę ulicy i na migi pytam, czy to ta, na której stoimy. Kiwa potakująco głową. Mieszam się z setkami rowerzystów. Na kolejnym skrzyżowaniu pojawiły się 'normalne' litery. No, wreszcie wiem, gdzie jestem. Poczułem się, jakbym odnalazł ślad drogi na pustyni.

Czy ktoś tu mówi po angielsku?

Przed budynkiem dworca kolejowego kłębowisko ludzi. Zostawiam rower pod ścianą i ruszam na poszukiwanie kas. Owszem, znalazłem je bez trudu, ale na ścianach dworca, nad okienkami i na wszystkich bez wyjątku tablicach informacyjnych napisy tylko po chińsku! Podchodzę do stolika, przy którym siedzi troje umundurowanych Chińczyków. Pytam o pociąg do Lanzhou. Znów bariera komunikacyjna. Mężczyzna, do którego skierowałem pytanie, rozejrzał się nerwowo, napisał coś na kartce i podał mi ją bez słowa. Patrzę na kartkę, potem na pana, który wskazuje na ustawioną niedaleko tablicę, mówiąc '- train number'. O, to już coś, odszukam na tablicy numer pociągu i będę wiedział... no właśnie, co?, Skoro tablica pokryta jest chińskimi znaczkami, więc i tak nic z niej nie odczytam.

Przed tablicą stała dość duża grupa Chińczyków, ale moje pytania albo zupełnie ignorowali, albo kwitowali je wzruszeniem ramion. OK., spróbuję przy kasie. Ustawiam się w dość długiej kolejce i czekam na swoją kolej. Hura, kasjer mówi po angielsku! Niestety, dowiaduję się, że nie ma już biletów na dziś i na jutro i najwcześniej mogę wyruszyć pojutrze. Pytam o cenę. 2100 juanów! To przecież więcej, niż samolot, myślę i mówię, że chcę bilet najtańszy.
 - Nie ma najtańszych - odpowiada kasjer.
Za sobą słyszę coraz głośniejsze pomruki, chyba Chińczycy w kolejce zaczęli się niecierpliwić. Wycofuję się powoli, przeciskając do wyjścia. Nie ma rady, muszę znaleźć kogoś mówiącego po angielsku, przecież chcę kupić bilet bez miejscówki, więc dlaczego kasjer nie chciał mi go sprzedać?

Nieoczekiwana pomoc i dworcowe imponderabilia

Po kilkukrotnych niepowodzeniach wreszcie natrafiam na dwóch chętnych do pomocy chłopaków. Zdziwili się bardzo, że chcę kupić bilet bez miejscówki, czyli 'no seat'. Tłumaczyli, że podróż jest długa, a w pociągu będzie na pewno bardzo ciasno. Zawsze będę mógł rozłożyć karimatę i położyć się na podłodze, ja z kolei tłumaczyłem swój punkt widzenia. Oczywiście, tym razem bez problemów kupiliśmy bilet do Lanzhou, który kosztował jedną dziesiątą tego, co proponował kasjer, czyli 210 juanów. Jeden z chłopców wkrótce odjechał i zostałem sam z Joe, który zobowiązał się zostać ze mną aż do odjazdu pociągu.

Po nadaniu roweru i sakw jako bagaż, wróciliśmy na dworzec i plątaniną korytarzy dotarliśmy na poczekalnię. Wszystkie plastykowe krzesła i ławy były zajęte, zresztą na podłodze też nie zostało wiele miejsca i z trudem znaleźliśmy kawałek, na którym dało się rozłożyć karimatę.

Oczywiście tak ogromnej masie ludzi w Chinach należy zapewnić jakieś zatrudnienie, choćby dla obcego jak ja, wydawałoby się to zupełnie absurdalne. Tak więc, aby dostać się na peron, należy przejść przez bramki, przypominające te w warszawskim metrze. I tu rzecz ciekawa - każdej z bramek pilnowały cztery osoby, do tego były jeszcze osoby odpowiedzialne za ustawianie kolejki (chyba po to, aby równo stała i sprawnie się przesuwała) i sprawdzanie, czy wszyscy w kolejkach mają dobry bilet. Na peron pasażerowie są wpuszczani dopiero po przyjeździe pociągu, czyli jakieś dwadzieścia minut przed odjazdem. Kolejka do bramek zaczyna się tworzyć jakąś godzinę przed ich otwarciem. W międzyczasie panie i panowie od ustawiania kolejki sprawdzają bilety stojącym cierpliwie podróżnym. Potem zresztą bilety te są sprawdzane raz jeszcze przy bramkach i przed wejściem do pociągu. Ciężko byłoby pojechać na gapę. Kolejka była imponująco długa, ale przechodzenie przez bramki odbywało się niezwykle sprawnie.

Samotna wyprawa rowerowa do Tybetu - Gyantse

Nowe znajomości

Joe odprowadził mnie na sam peron. Mógł tam wejść, bo miał specjalny bilet wejściówkowy. Pociąg był niemiłosiernie zatłoczony u wejścia, ale w środku było więcej miejsca. Przecisnąłem się do środka wagonu, co łatwo mi nie przyszło. Pociąg ruszył bezgłośnie, a ja nie zdążyłem dopchać się do okna, aby pomachać przyjacielskiemu Joe. Dookoła mnie grupa dziesięciolatków ubranych w jednakowe, żółte podkoszulki przyglądała mi się z zaciekawieniem. Zaczęły się pierwsze zaczepki.
 - Hello!
 - Hello, how are you? - odpowiedziałem pierwszej, siedzącej najbliżej mnie parze, co wzbudziło niesamowity entuzjazm reszty.
Piskliwe Hello, hello! osaczyło mnie ze wszystkich stron, połączone z nieopisanym chichotem, wrzawą i ogólnym poruszeniem w całym wagonie. Było bardzo ciasno, o rozłożeniu karimaty nie było mowy, zapowiadała się rzeczywiście ciężka podróż.

Moim celem nadrzędnym stało się teraz przesunięcie łokciami i barkami stojącego obok pana, tak, abym mógł oprzeć się o siedzenie, albo nawet spróbować usiąść na podłodze. Po kolejnym mocniejszym hamowaniu naparłem całym ciałem, zrobiłem krok do przodu i błyskawicznym ruchem usiadłem na czerwonym dywanie, krzyżując jednocześnie nogi. Oczywiście, pan za moment na mnie nadepnął, ale spojrzawszy w dół, mruknął coś tylko z niesmakiem. Jeszcze tylko karimata pod tyłek, ramiona na kolana i mogłem próbować zasnąć. Niestety, przysypiałem na moment, by za chwilę być deptanym przez współtowarzyszy podróży. Po jakiejś godzinie takiego przysypiania dziewczęta zaprosiły mnie do siebie. Warto było się z grupką zaprzyjaźnić, gdyż wciśnięty pomiędzy chude ciałka, mogłem jako tako przespać noc na wygodnym fotelu.

Droga do Golmud i 'wyjątkowa' oferta

Około 15.00 byliśmy w Lanzhou. Zapobiegliwy Joe napisał mi na kartce nazwę miejsca, do którego miałem się udać po bagaż i rower, więc ze znalezieniem nie miałem większych problemów. Wszedłem do budynku wyglądającego jak wielki garaż i ustawiłem się w jednej z czterech kolejek. Wydawanie bagażu przez pracujących w hali pracowników niemiłosiernie się przeciągało. Wreszcie mogłem podać swój kwitek i za moment zobaczyłem wychodzącego z hali mężczyznę z moim rowerem. Za chwilę następny tragarz doniósł wór z resztą bagażu. Przed halą przepakowałem rzeczy i ruszyłem do hotelu. Umyłem się, przebrałem, rozłożyłem na łóżku. Momentalnie zasnąłem. Obudziło mnie krzątanie się pokojówki, która przyniosła termos z herbatą i szklanką. Zza okna dobiegał mnie hałas z ulicy. Wyjrzałem przez okno. Zielone taksówki, riksze, ciężarówki, tłumy ludzi. Jakoś nie miałem ochoty na spacer.

Kolejne dwa dni upłynęły mi na podróży autobusem do Golmud, skąd miałem się następnie udać do Lhasy, stolicy Tybetu. Na dalszą drogę potrzebne jednak było specjalne pozwolenie. Na pierwszym piętrze hotelu Golmud, mieszczącym biuro CITP dowiedziałem się, że samego pozwolenia kupić nie mogę. Muszę wykupić udział w wycieczce w Lhasie i bilet na autobus, całość za jedyne tysiąc siedemset juanów (równowartość około siedmiuset złotych). Po pertraktacjach, w drodze wyjątku, dowiedziałem się, że mogę kupić bilet za tysiąc sto, bez konieczności wykupywania udziału w wycieczce. Nie pozostawało mi nic innego, jak przystać na tą 'wyjątkową' ofertę...

Samotna wyprawa rowerowa do Tybetu - Pałac Potala

Rowerem po Tybecie?! - zabronione!

Po bardzo męczącej, trwającej prawie dwadzieścia trzy godziny podróży, dotarłem wreszcie do Lhasy, gdzie w siedmioosobowej sali hotelu Snowland dostałem łóżko za dwadzieścia pięć juanów (około dziesięć złotych). Kilka kolejnych dni spędziłem na aklimatyzacji i zwiedzaniu miasta i okolic. Czekała mnie jeszcze wizyta w PSB (Biurze Bezpieczeństwa Publicznego), gdzie chciałem zaczerpnąć informacji o możliwościach podróżowania po Tybecie rowerem. Dowiedziałem się, że nigdzie z Lhasy nie wolno się samemu ruszyć, a już nie daj boże na rowerze! Muszę wykupić udział w zorganizowanej wycieczce, a o żadnym pozwoleniu na podróż nie ma mowy. Zostałem jeszcze poczęstowany jakimiś niewiarygodnymi historiami o przyłapanych turystach, podróżujących bez zezwolenia, którzy to musieli potem płacić jakieś horrendalnie wysokie sumy. Cóż, pomyślałem, będę to musiał sprawdzić na własnej skórze...

Czas tam się zatrzymał...

Lhasa jest niesamowitym miejscem, które ciągle jeszcze pozostaje tybetańskim miastem, choć z roku na rok, zapewne coraz bardziej będzie się upodabniać do innych chińskich miast. Ludzie, zapachy, kolory, słowa, gesty, uśmiechy. Świątynie, z których najświętsza, Jokhang, jest bezustannie otaczana przez tłumy pielgrzymów. W środku zupełnie inna rzeczywistość. Czas się jakby zatrzymał. Chrobotanie obracanych młynków, rozłożone na ziemi nie postacie, ale ich pogrążone w modlitwie cienie, półmrok, zapachy, klimat czegoś podniosłego, jakby uroczystość bez konferansjera, przechodzące cienie, popychające, ponaglające, jakby w transie błądzące, w jedną stronę zmierzające, czasem uśmiech, czasem ktoś cię szarpnie za rękaw i szepnie Dalajlama, uniesione dłonie, rytmicznie opadające i wznoszące się ciała, rozpostarte, zgniecione, ocierające się o siebie, przygarbione, zasępione, w modlitwie zatopione, zamyślone, i znów zapachy, oddechy, dym kadzideł, płomyki prześlizgujące się pomiędzy przezroczystą, lekko zamgloną zasłoną oddechów świec, lampek maślanych, naprędce zapalanych, dokładanych, kolorowymi ciałami otaczanych i jeśli jest gdziekolwiek coś, czego Chińczykom nie udało się jeszcze zniszczyć, zbrukać, zmienić, ośmieszyć, to jest właśnie tutaj, w tych ludziach, w tych zapachach, w ludzkich spojrzeniach, w modlitwach, w półmroku tego miejsca i czymś jeszcze, na co nie ma słów.

Tybetańska gościnność

Samotna wyprawa rowerowa do Tybetu - modlitwa

Po trzech dniach pobytu w Lhasie rozpocząłem wreszcie podróż na rowerze, kierując się tzw. południową drogą przez przełęcze Karo i Kampa do Gyantze. Za Dagar przejeżdżam most, strzeżony po obu stronach przez uzbrojonych, stojących na baczność strażników. Nie zatrzymują mnie, odprowadzają tylko wzrokiem, a ja obdarzam ich szerokim uśmiechem. Za mostem skręcam w prawo, kierując się w stronę przełęczy Kampa. Wieczorem dojeżdżam do wioski Kongar, gdzie zostaję zaproszony przez przyjaznych Tybetańczyków na nocleg. Poczęstowano mnie tybetańską herbatą - z solą i dodatkiem masła z mleka jaka. W małą miseczkę wsypano jęczmienną mąkę. Wymieszana z herbatą, tworzy campę - narodowe danie Tybetańczyków. Kobieta przyniosła wielką kość, z której odkroiła kawałek mięsa i dodała do ciasta. Choć bardzo się starałem i przeżuwałem mięso dobre kilka minut, nie mogłem pozbawić go konsystencji i smaku starej podeszwy. Głupio też było mi wypluwać cenny dodatek, więc zmieszałem w ustach mdławą, mączną papkę i jakoś ją połknąłem. Widziałem, że kobieta ma ochotę dołożyć mi mięsa, ale stanowczo zaprotestowałem, tłumacząc, że mam już dość.

Dostałem również ryż z mlekiem na kolację, podczas której trochę 'pogawędziliśmy' - tyle, na ile pozwalał zasób słownictwa i zwrotów z przewodnika. Nawet proste zdania, typu: 'Ile masz lat, Ile masz dzieci, Skąd jesteś, Lubię Tybet', sprawiają, że nawiązuje się nić sympatii i łatwiej zjednać sobie zupełnie obcych przecież ludzi. Pokazywałem zdjęcia z Polski i mojej rodziny, pokazywałem zdjęcia z przewodnika i z moich poprzednich podróży.

Pierwszy nocleg z tybetańską rodziną

Duży pokój, w którym siedzieliśmy, zdawał się być jedynym zamieszkanym. Dwa pozostałe, sądząc po sprzętach i po tym, co w nich się znajdowało, służyły za przechowalnię narzędzi i spiżarnię. Pokój był bardzo skromny; drewniany stół, gliniane ławy, przykryte derkami i duży, bardzo kolorowy regał stanowiły całe wyposażenie. Na jednej ze ścian wisiał obraz Buddy Maitreji, a obok portret Mao Tze Tonga, na tle pałacu Potala w Lhasie.

Poszedłem spać wcześniej, niż domownicy, rozkładając karimatę w kącie na glinianej podłodze i zagrzebując się szczelnie w ciepły, puchowy śpiwór. Wydawało mi się, że czekali, aż się położę, gdyż wtedy zaczęli zachowywać się jakby swobodniej. A może mi się tylko zdawało? Wszyscy spali razem na jednej, pokrytej deską, glinianej ławie, przykryci mnóstwem nie pierwszej czystości koców i szmat. Kiedy leżałem już w ciepłym posłaniu, tata opowiadał coś dzieciom na dobranoc, głosem miękkim, ciepłym, aksamitnym. Kojąca melodia języka, którego nie znałem, dochodziła do mnie cicho, łagodnie, prawie szeptem.

Samotna wyprawa rowerowa do Tybetu - Wioska Kongar. Nocleg wśród mieszkańców wioski

Kiedy rankiem zostałem obudzony, na zewnątrz jeszcze panował półmrok. Chyba jednak nie wyglądałem na kogoś, kto zamierza wstać, bo gospodarz wykonał gest ręką, który odebrałem jako 'śpij dalej'. Zresztą i tak już zasnąć nie mogłem, bo obsiadały mnie bardzo upierdliwe muchy i chcąc nie chcąc, przed siódmą wygrzebałem się ze śpiwora. Na śniadanie to, co na kolację, czyli ryż z mlekiem i campa. Na pożegnanie zostawiłem kilka zdjęć z Polski, gliniane figurki, jeszcze jedne opakowanie herbatników i polski grosik. Czy zostawiłem coś jeszcze? Mam nadzieję, że tak...

Bariery komunikacyjnej ciąg dalszy

W południe następnego dnia wjeżdżam na przełęcz Kampa, skąd roztacza się wspaniały widok na jezioro Yamdrock i odbijające się w nim szczyty Himalajów. Jadąc wzdłuż zachodnich brzegów jeziora, docieram wieczorem do wioski Yarsik. Pierwsze kroki skierowałem do restauracji. W przeokropnie zadymionym pomieszczeniu próbowałem zamówić posiłek. Ryż z warzywami najbezpieczniej. Przysiadł się do mnie jakiś młody chłopak, ale rozmowa szła ciężko. Cóż z tego, że potrafiłem sklecić kilka pytań po tybetańsku, kiedy nie rozumiałem udzielanej na nie odpowiedzi! Próbowałem od niego wyciągnąć informacje, gdzie ewentualnie mógłbym się przespać, licząc, że może zaproponuje mi nocleg u siebie.

Po skończonym posiłku zaprowadził mnie w pobliże jakiejś rudery i na migi pokazał, że mogę w niej spać. Przynajmniej powinienem być tu bezpieczny, pomyślałem. Do środka jednak ostatecznie nie wszedłem, głównie z powodu panującego tam smrodu i obawy przed nieznanym robactwem, a namiotu nie chciałem tam rozstawiać. Położyłem się pod ścianą, na ziemi, w miejscu częściowo zadaszonym i osłoniętym od wiatru. Zasnąłem jak kamień.

W stronę przełęczy Karo

Rano nie mogłem otworzyć lewego oka. Jakieś paskudztwo musiało mnie w nocy ugryźć i mocno spuchła mi powieka. Spojrzałem w lusterko - hehe - mogłem straszyć dzieci. Doskonały, naturalny środek prewencyjny przed natarczywością i atakiem maluchów! Kiedy już byłem prawie gotowy do odjazdu, zza rogu budynku pojawiły się dwie dziewczynki ze szczoteczkami do zębów w rękach! Byłem chyba równie zaskoczony, jak one. Dziewczynki ze zdziwienia nie mogły wykrztusić słowa. Stały tak i patrzyły, jak znoszę rower po schodach ganku i machnąwszy ręką na pożegnanie znikam za obdrapanym murem. Za moment dobiegł mnie długi pisk i przeciągłe 'Hello! Hello! Goodbye!'

Późnym popołudniem nieoczekiwana przeszkoda- szlaban wzdłuż drogi, który widziałem już z daleka. Obok mała budka, z której wyglądała zaciekawiona postać. Obdarzam umundurowanego mężczyznę szerokim uśmiechem i płytkim rowem omijam przeszkodę. Na wszelki wypadek naciskam mocniej na pedały, gdyby żołnierzowi przyszło do głowy mnie zatrzymać i sprawdzić jeszcze jakieś pozwolenia. Według pracowników PSB z Lhasy, na podróż tutaj powinienem mieć specjalny 'permit'. Obejrzałem się za siebie po chwili, ale nikt mnie nie wołał, ani nie gonił.

Samotna wyprawa rowerowa do Tybetu - Przełęcz Kampa

Kilka kilometrów dalej skończył się asfalt, ale droga była w dość dobrym stanie, wysypana drobnym żwirkiem, po którym gładko sunęły grube opony. Chwilami miejsca między ścianą urwiska a stokiem opadającym do doliny były tak wąskie, że ledwo mogłem przejść z rowerem. To dlatego zapewne był ten szlaban na drodze za Nagartze i prawdę mówili poznani turyści w Lhasie, że nie można samochodem dojechać do Gyantse przez przełęcz Karo.

Contents copyright © 2001-2009, CYKLOiD. All rights reserved.
Zawartość oraz forma Kalendarza Wypraw Rowerowych XXI wieku podlegają ochronie praw autorskich. Kalendarz...XXI wieku nie może być powielany lub prezentowany w inny sposób jak tylko na stronie macierzystej projektu, to jest http://wyprawy21.cykloid.pl/.