www.wyprawy21.cykloid.pl :: Wyprawy Rowerowe XXI wieku

Relacje z wypraw...

Tafel w Tybecie

Tekst i fotografie: Radek Tafliński

15 listopada :: Mail_nr_16_-_Totalna_klapa..._(z_Kathmandu)

Totalna klapa... jeśli chodzi o kobiety, w innych kwestiach zresztą też nie lepiej...

No dziś to się trochę, delikatnie mówiąc, podenerwowałem. Wszystko nie idzie mi tak jakbym tego chciał. Cały czas jakieś przeszkody...

Jestem w Kathmandu i organizuje sobie wysyłkę roweru. Niby prosta sprawa, ale jak dochodzi do szczegółów, to zaczynają się komplikacje. W hotelu polecono mi biuro jakiegoś kuzyna jednego z pracowników. Dla mnie ma być super tanio i prosto. I rzeczywiście, jak wstępnie mi powiedziano 1 kg kosztuje poniżej 4$, ale jak to zwykle bywa diabeł tkwi w szczegółach. Jak się dowiedziałem w tym przypadku istotne są wymiary paczki - oplata jest nalicza od objętości paczki. Stwierdziłem, że paczka 120 x 80 x 30 cm będzie w sam raz na rower i bagaż. Dla takiej paczki opłata wyszła coś około 180$ i co najważniejsze mogę załadować łącznie do 48 kg (do tej wagi, cena ta sama). Do tego dochodzi jeszcze opłata za pudlo i za obsługę (załatwienie formalności, zawiezienie bagażu na lotnisko...). Łącznie całość miała kosztować ok. 240 $, a więc trochę więcej niż proponowało inne biuro za 25 kg. Pomyślałem sobie czemu nie. Właduję większość rzeczy do pudla i z leciutkim plecakiem wrócę do Delhi. Zgodziłem się, zapłaciłem zaliczkę i przed chwilą wróciłem z biura, gdzie miałem okazję zobaczyć pudło na rower. No dosłownie ręce mi opadły - to nie pudło, tylko, że się tak wyrażę "drewniana trumna" ważąca ponad 20 kg. A ja myślałem, że będzie to jakieś tekturowe pudełko ważące może ze 3, max 5 kg. Przy tych założeniach myślałem, że będę mógł przewieść ze 40 kg bagażu i na to konto kupiłem kilka cięższych, większych rzeczy. Ciekawe ile teraz mi policzą za te dodatkowe (ponad 48 kg) kg?

Swoja drogą, to nigdy bym nie przypuszczał, że dla ważącego 16kg roweru potrzebna do przewozu będzie skrzynia ważąca o kilka kg więcej niż sam rower. W Nepalu jednak wszystko jest możliwe. Jutro mam wysłać rower to wszystko się okaże.

W oczekiwaniu na autobus

Dziś złapałem pierwszą gumę i pewnie nie będzie mi się chciało łatać dętki (zresztą mam tylko dwie łatki). Nie pisałem Wam o tym (wiedziała o tym tylko jedna osoba) ale moje wszystkie części zapasowe od roweru zostały w Polsce. Mam przy sobie tylko 2 łatki i 7 szprych, które zawieruszyły się z innymi rzeczami. Może nawet ten fakt przechylił szalę, że nie wyruszyłem do Tybetu. Nie pisałem też Wam o tym, że gdybym zdecydował się na ten Tybet za 600$, to miałbym towarzystwo dwóch gości i przewodnika (musiałbym jeszcze coś dopłacić), ale co to za wyprawa z przewodnikiem. Ale jak się dowiedziałem ekipie tej nie udało się na rowerach przyjechać do Kathmandu. Gdzieś na trasie trochę mocniej posypało śniegiem i musieli wracać jeepami jakąś inną, okrężną drogą. Zresztą, podobno i w wyższych partiach rejonu Annapurny też sypnęło. Dobrze, że ja wstrzeliłem się idealnie w okres dobrej pogody.

Kolejna porażka to Shina. Byłem dziś u niej w sprawie tej sesji na Durbar Squerze - coś zaczyna kręcić, ma się spytać brata czy może pójść ze mną na odległy o 150 m plac zrobić kilkadziesiąt zdjęć. A moja siostra o nic nie pyta się mnie o pozwolenie....

A jeśli chodzi o ten plac, to znowu mnie wkurzyli. Teoretycznie, aby na niego wejść trzeba wykupić bilet za 200 rupii. Jeśli chce się więcej niż raz być na tym placu, to teoretycznie trzeba pójść do jakiegoś biura ze zdjęciem oraz tym biletem i wydadzą długoterminową wejściówkę. Ja kilkanaście razy byłem na tym placu bez okazywania tego biletu, raz czy dwa razy chcieli ode mnie bilet, to pokazałem im ten stary i było wszystko OK. Dziś jeden ze strażników do mnie się przyczepił, że powinienem mieć wejściówkę ze zdjęciem - ja zacząłem z nim dyskutować, że po co ta wejściówka skoro można bez problemu wejść bez żadnego biletu bocznymi ulicami. Skoro tak, to zabrał mi ten stary bilet i powiedział, żebym spróbował wejść na Durbar Square. I co się okazało, że na znanych mi wjazdach wystawili strażników i udowodnili mi, że jednak nie jest tak łatwo (innych turystów nie kontrolowali, tylko mnie).

A tak w ogóle, to dziś przez pół dnia pół miasta nie miało prądu, a jak był prąd, to nie można było korzystać z Internetu. Teraz jest i jedno i drugie. Co za szczęście...

Kobiety wracające z pól

Muszę przyznać, że zaczyna mnie to wszystko już trochę męczyć, irytować. Chyba wynika to z faktu, że już w zasadzie rowerowa część wyprawy się zakończyła a pozostało wysłanie roweru i powrót do Polski. Jeszcze może jeden ciekawszy dzień w Waranasi.

Nie mam dziś nastroju na dokończenie opisu trekingu wokół Annapurny. Zrobię to jutro, może będę w lepszym nastroju.

16 listopada :: Mail nr 17 dokończenie trekingu

Trochę boli mnie lewa kostka, mam trochę poobijaną głowę i kilka siniaków na udach, a dlaczego, nawet pewnie się nie domyślacie.

A teraz dokończę może jak było na trekingu w rejonie Annapurny i wszystko się wyjaśni. Skończyłem na tym jak dotarłem do SCP w Beni. Trochę się dziwnie poczułem, gdy żołnierze zaczęli mnie dotykać i mówić, że jak taki duży, silny, że im przydali by się tacy żołnierze. Trochę mniej wkurzające było, gdy dzieciaki być może pierwszy raz w życiu widziały gościa w spodenkach kolarskich z lycry. Prawie każde z nich chciało dotknąć spodenek a przy okazji niektóre z nich szczypały mnie. Stąd te siniaki na udach.

Guzy na głowie, to przez moja nieuwagę. Zarówno w hotelach, w których spałem, jak i innych obiektach, w których bywałem wszelkie drzwi były na gościa, może 170 cm wzrostu i często zawadzałem głową o futryny.

W Beni nocowałem w hotelu za 2$ - standard celi więziennej i do tego brakło jeszcze wody, a ja cały brudny i oblepiony kurzem byłem. Z racji braku jakichkolwiek rozrywek w hotelu udałem się wieczorem na zwiedzenie wioseczki. Szczerze powiedziawszy to nie było za bardzo co zwiedzać i podziwiać. Było za to sporo ciekawych twarzy do fotografowania, szczególnie dzieciaków. Chodziłem sobie tak bez celu i robiłem zdjęcia dzieciakom - niezła frajda. Oczywiście po zrobieniu zdjęcia pokazywałem je modelowi. Takie fajne nepalskie dzieciaki. Nim się spostrzegłem a zaczęła mnie otaczać coraz większa grupka dzieciaków.

Fotografowanie stało się coraz trudniejsze. Gdy tylko zwróciłem obiektyw w stronę jakiegoś dzieciaka, to od razu zamiast jego twarzy widziałem ręce, nogi, kije czy cały tłum innych dzieciaków. Szczególnie zaczął denerwować mnie jeden chłopiec, który cały czas wymachiwał mi przed obiektywem kijem. Po kwadransie spaceru otaczało mnie już ze 30 bachorów. Nie mogłem swobodnie już się przemieszczać. Te małe potworki były dosłownie wszędzie. Gdy wróciłem biegiem do hotelu snuło się za mną może z 50 małych potworków. Kobieta z hotelu musiała przepędzać je miotłą. Jeszcze w pół godziny po powrocie do hotelu przed jego wejściem koczowało kilkanaście małych potworków. Byłem więc uziemiony i nie mogłem wyjść z hotelu.

Z Beni udałem się dalej w górę biegu Kali Gandaki. Na tym odcinku praktycznie już zanikł ruch samochodowy, a zaroiło się od karawan mułów. Doczepiłem się nawet do jednej z nich na trochę. Jazda stawała się coraz trudniejsza. Miejscami trzeba było prowadzić rower. Sporą frajdę sprawiało mi pokonywanie strumieni, które przecinały drogę. Niekiedy miały one nawet ze 3 czy 4 metry szerokości i woda dochodziła do sakw. Zawsze po takiej przeprawie miałem wodę w butach (Shimanowskie z SDP, choć w górach sporadycznie wpinałem się w pedały). Im dalej, a co za tym idzie i wyżej, tym coraz więcej było trudnych odcinków. Miejscami trzeba było nieść rower.

Im bardziej oddalałem się od przyczółków cywilizacji, tym spotykałem bardziej zadumanych, zamyślonych ludzi. Coraz więcej też było chorych, kalek. Ludzie rzadko się uśmiechali.

Zadumana dziewczynka

Dojeżdżając do pierwszego dłuższego odcinka, gdzie trzeba było nieść rower spotkałem bardzo zamyśloną dziewczynkę. Zrobiłem jej kilka zdjęć. Zdawała się mnie zupełnie nie dostrzegać. Dopiero po pokazaniu jej zdjęcia zaczęła zwracać na mnie uwagę. Po zniesieniu roweru zerknąłem na kamienne schody, które pokonałem. Pomyślałem sobie fajnie by było gdyby ta dziewczynka na nich usiadła. Podszedłem do roweru i jeszcze raz obejrzałem się za siebie - siedziała tam, gdzie bym sobie tego życzył. Rzuciłem rower i wdrapałem się po schodach aby zrobić jej kilka zdjęć. Znowu zdawała się mnie nie zauważać. Znowu zszedłem do roweru i wróciłem do niej z paczką ciastek. No dopiero teraz mnie zauważyła i w jej oczach zawitała radość. Po pokonaniu, może 200 metrów, natknąłem się na samotną chatkę, w której bawiło się czworo dzieci. Jedna z dziewczynek była pewnie chora - jej twarz, oczy były bardzo spuchnięte.

Raz spotkałem dwie "postrzelone" dziewczyny na motorze. Chciały spróbować jak się jeździ na moim rowerze, ale za bardzo im to nie wychodziło, bo stroje im przeszkadzały. W drodze powrotnej spotkałem je w swoim domu. Ale się ucieszyły. Pokazałem ich matce ich zdjęcia. Bardzo chciały abym im wysłał te zdjęcia, więc wymieniliśmy się adresami. Ja dałem im jedną z widokówek z moich poprzednich wypraw - gdy jedna z nich zobaczyła moje zdjęcie aż westchnęła z zachwytu - nie mogła uwierzyć, że to ja. Teraz już wiem dlaczego przestałem mieć powodzenie u kobiet - bo przestałem się golić. Ot tak sobie postanowiłem, że do końca wyprawy nie będę się już golił.

Kolejną nockę spędziłem znowu w hotelu i znowu byłem jedynym gościem. O tej nocy to długo nie zapomnę. A wszystko rozpoczęło się tak niewinnie. Podjechałem do jakiegoś domku z napisem ghest house i spytałem się czy mogę się przenocować. Kobieta odpowiedziała, że tak ale nie w tym hotelu, tylko w lepszym i zaprowadziła mnie do niego.

Bardzo sympatyczna kobitka, cały czas się śmiała. Jak się okazało, była nauczycielką w pobliskiej szkole. Trochę mnie zdziwiło, że nigdy nie słyszała o takim kraju jak Polska (może akurat nie uczyła geografii?). Bardzo ją bawił fakt, że ja jestem taki duży, gruby..., cały czas się z tego śmiała. Mówiła, że trudno spotkać Nepalczyka takiej postury jak ja. Zamówiłem sobie jakąś kolacyjkę, ale ona zamiast mi zacząć ją przygotowywać, to cały czas rozmawiała ze mną i się śmiała. W końcu wzięła się do roboty. Po godzinie jedzonko było gotowe i gdy zostało podane do stołu, to akurat zgasło światło. Zaczęła się robić atmosfera iście jak z dobrego horroru. Sprawiająca wrażenie opustoszałej wioska, pusty hotel, a obok niego szwęda się jakiś upośledzony, kaleki starszy gościu z kijem, wydający tylko nieartykułowane odgłosy. Gaśnie światło, i jeszcze ta nauczycielka ciągle śmiejąca się i zadowolona z tego że jestem taki duży. Gdzieś kiedyś wyczytałem, że ponoć zdarzają się jeszcze przypadki składania bogini Kali ofiar z ludzi, najczęściej z samotnie podróżujących turystów - czyżby mnie miał spotkać taki los...

Kolacje zjadłem przy blasku świec i świetle księżyca (była na dodatek pełnia i jutro ma być 13 listopada i ta 13 z kolei wyprawa - co za dziwny zbieg okoliczności...). Znowu nie dane mi też było się umyć. Poszedłem więc spać, a nauczycielka życzyła mi słodkich snów. Ale nie mogłem, mimo silnego zmęczenia, zasnąć. I jeszcze co chwila przechodzący pod moimi oknami, ten wydający dziwne odgłosy gościu z kijem - jego cień padający na moje okna wyglądał przeraźliwie.

Zacząłem słuchać muzyki i w końcu usnąłem. Nagle znalazłem się w Łodzi, tak jakby naprzeciw Teatru Wielkiego. Zobaczyłem moich kumpli i zacząłem iść do nich. Nagle podbiegło do nich kilku gości z bejzbolami i porządnie ich skatowało. Chciałem im pomóc, ale nagle znalazłem się wewnątrz hotelu. Bejsbolowcy zaczęli mnie gonić. Wyszedłem bocznym wyjściem i znalazłem się gdzieś wśród pól. Nie wiedziałem gdzie jestem (i GPSa też nie miałem). Stwierdziłem jednak, że trzeba iść na północny wschód. W końcu doszedłem do domu, w którym kiedyś mieszkałem. Wszedłem do niego i zobaczyłem prawie 2 lata temu zmarłą moją babcie. Była jak we mgle, ciało jakby już trochę rozłożone. Powiedziała mi, żebym niczego się nie obawiał, że wszystko będzie dobrze i że myśli o nas (czyli rodzinie). Wyciągnęła rękę aby mi coś dać i w tym momencie ...(do drzwi załomotała nauczycielka - chciała mi powiedzieć, że włączyli światło). Uf dobrze, że to był tylko sen...

Ale znowu nie mogłem zasnąć. Ciekawe, że podczas wypraw bardzo często mam sny i je pamiętam. O innych snach nie będę już pisał.

Tutaj już samochód nie wjedzie

Rankiem przywitała mnie znowu ta cały czas śmiejąca się nauczycielka. Zrobiła śniadanie, trochę znowu pogadaliśmy. Po raz pierwszy spotkałem się z tym, że nie chciała ode mnie pieniędzy za nocleg, a tylko za jedzenie. Zostawiłem jej mniej więcej taką kwotę jaką bym musiał zapłacić na nocleg. Wymieniliśmy się adresami i pojechałem dalej. Droga stawała się coraz trudniejsza. Coraz częściej musiałem nieść rower. Pogoda coraz bardziej się pogarszała. Ale to dobrze się składało, bo mniej szkoda było opuszczać te przepiękne strony. Góry zostały skryte w chmurach. W końcu postanowiłem zostawić w jakimś domku moje bagaże i tak sobie pojeździć bez obciążenia (nawet bez aparatów). To zupełnie inna jazda. I nawet niesienie roweru nie sprawia zbyt dużej trudności. Zboczyłem z drogi do Jomoson (nie dojechałem do tej miejscowości ale byłem już niedaleko) i starałem wjechać jak najwyżej. Udało mi się osiągnąć wysokość ok. 3200 m npm (a miało być ponad 5300) i zawróciłem spowrotem. Muszę przyznać, że do Beni z biegiem Kali Gandaki jechało się całkiem nieźle. Z Beni do Pokhary wróciłem już autobusem. Tym razem obok mnie siedział jakiś staruszek.

Zdziwiło mnie też to, że kazano mi wysiąść z autobusu na SCP - musiałem udać się do Panów policjantów i wojskowych okazać paszport, pozwolenie, wpisać się w zeszyt i dopiero mogłem wrócić do autobusu.

Podsumowując mój 6 dniowy rowerowy treking wokół Annapurny: Zrobiłem ponad 100 km z liczącej 240 km trasy i to ten najłatwiejszy odcinek. Kupiona przeze mnie mapa rowerowa zakłada, że cały treking można zrobić w 9 dni. Może i bez żadnych bagaży jest to możliwe, ale bardzo trudne do wykonania. Może gdybym nie miał sakw i aparatów (nie traciłbym czasu na robienie zdjęć) może w tym czasie bym się zmieścił. Z sakwami (jeszcze z takim obciążeniem jakie ja miałem - ok. 30 kg) wydaje mi się po obejrzeniu zdjęć tego najtrudniejszego odcinka prawie niewykonalne - objechanie rowerem Annapurny (pomijając fakt, że kiedy ja byłem w tym rejonie przełęcz była zaśnieżona i niedostępna nawet dla ruchu pieszego.

A jak wygląda podejście na sama przełęcz: na stoku o nachyleniu ok 45 stopni jest prowadzona trawersem trasa po kamieniach o szerokości ok 20 cm. Tak więc człowiek się na niej zmieści ale na rower nie ma już miejsca i trzeba go cały czas nieść (w moim przypadku byłoby to ok 50 kg). Z całą pewnością taki treking rowerowy wokół Annapurny jest o wiele większym wyzwaniem niż pokonanie odcinka Lhasa - Kathmandu. Co ciekawe podczas tych 6 dni nie spotkałem ani jednego rowerzysty (nawet bez sakw), choć wokół jeziorka Pewa jeździło ich bardzo dużo. Może następnym razem....

Z Pokhary do Kathmandu wróciłem autobusem. Obok mnie siedział wysuszony Nepalczyk. Góry skryte były w chmurach. Miałem niezłego farta, że idealnie wstrzeliłem się w okres super pogody.

A jutro napiszę jakie przygody miałem z wysłaniem roweru.

18 listopada :: Mail nr 18 z Kathmandu

Dziś za godzinę wyruszam autobusem do Delhi. Powinienem tam dotrzeć w niedzielę rano. W nocy z poniedziałku na wtorek wylatuję przez Moskwę do Warszawy.

Napiszę jak odbyło się wysłanie roweru. Jak się okazało, to nie jest taka prosta sprawa. We wtorek wieczorem zrobiono trumnę na rower. No, trochę mnie wkurzyli tą skrzynią - była mowa o jakiejś lekkiej skrzyni ze sklejki, a nie o takim gruchmole, ważącym ponad 20 kg (może nawet i 25). Nie zmierzyłem dokładnie jej i przez noc zastanawiałem się czy rower się do niej zmieści. W tekturowe pudło, gdy wkładałem rower, to boczne ścianki można było odginać - w trumnie te numery już nie przechodzą.

Pakowanie roweru

Rano w środę zaprowadziłem rower z bagażami do biura i przez niecałą godzinę rozłożyłem go na części i spakowałem do trumny. Okazało się, że trumnę zrobili trochę szerszą niż chciałem i nie było problemów z upakowaniem wszystkiego. Zamiast 30 cm miała ponad 36. Okazało się, że według tych wymiarów mogę załadować do pudła 60 kg (łącznie z trumną). Ile załadowałem tego się nie dowiedziałem, bo ich waga kończyła się na 50 kg.

Napiszę teraz jak się wylicza to wszystko i ile to kosztuje:

  1. Wariant 1 (mój) - skrzynia o określonych wymiarach)
    Na podstawie wymiarów oblicza się nominalną wagę skrzyni - czyli wysokość x szerokość x grubość (w cm) i to dzieli się przez 6000
    Otrzymuje się liczbę, która oznacza ile kg może zawierać skrzynia i za każdy kg płaci się 3,5$.
  2. Wariant 2 - kształt nieokreślony - jakieś worki...
    Tu płaci się za wagę - coś ponad 5$ za 1kg

Do tego dochodzi jeszcze oplata za wykonanie skrzyni, opłata dla firmy, ubezpieczenie, opłaty na lotnisku (ew. łapówki)

Miało mi wyjść, według ich wyliczeń, coś koło 20000 rupii (pierwotnie miało wyjść max 17000)

Teraz pozostało zawieść skrzynie i wysłać. Okazało się to trudne, bo na lotnisku był strajk. Może wieczorem zaczną pracować. Po południu poszedłem do biura, powiedzieli mi, że jest szansa na to, aby wysłać paczkę. Pojechaliśmy na lotnisko. Przy wjeździe kontrola policji i wojska.

Cargo Office - Airport Kathmandu

Miejsce wysyłania paczek przypominało mi dawne GS, czy może jakieś punkty skupu produktów rolnych. Pełno skrzyń, paczek, worków, jeden wielki chaos, ludzie chodzą po paczkach, workach (może dobrze, że mam skrzynię). Aby wysłać rower bez kolejki, a była duża przez ten strajk, trzeba było dać w łapę. Otworzono skrzynie, sprawdzono co w niej jest, zamknięto i zaplombowano. Okazało się, że waży 65 kg czyli wysyłka kosztowała mnie prawie 24000 rupii (około 70 rupii 1$) - czyli całkiem nieźle. Oby tylko doszła, bo w tym bałaganie, to mam co do tego wątpliwości. Ma być na Okęciu 25-26 listopada.

Miałem zamiar rano w czwartek wyjechać z Kathmandu do Waranasi, ale przez to wysyłanie roweru zmieniłem plany. Powiedzieli mi, że lepiej żebym został ten jeden dzień. Wtedy będą już wiedzieli jaki nr będzie miała paczka i czy wszystko jest OK, bo przez ten strajk...

Tak więc nie pojadę do Waranasi, a jadę do Delhi.

Czekamy na zakończenie.

Contents copyright © 2001-2009, CYKLOiD. All rights reserved.
Zawartość oraz forma Kalendarza Wypraw Rowerowych XXI wieku podlegają ochronie praw autorskich. Kalendarz...XXI wieku nie może być powielany lub prezentowany w inny sposób jak tylko na stronie macierzystej projektu, to jest http://wyprawy21.cykloid.pl/.