www.wyprawy21.cykloid.pl :: Wyprawy Rowerowe XXI wieku

Relacje z wypraw...

Tafel w Tybecie

Tekst i fotografie: Radek Tafliński

5 listopada :: Mail nr 12 z Kathmandu, ale nie o Kthmandu

Oczyszczanie ryżu

Mamy sobotnią noc, a ja jestem ciągle jeszcze w Kathmandu. Co prawda jutro zamierzam wybrać się do Pokhary, ale póki co obracam się w okolicy stolicy Nepalu. Zwiedzam okolice tego miasta, choć wczoraj wypuściłem się trochę dalej. Może napiszę coś więcej o tym wypadzie do Namo Buddy.

Wczoraj rankiem na rozgrzewkę pojeździłem sobie po Thamelu, a później udałem się na wschód, tam gdzie mnie oczy poniosą. Po przejechaniu kilkunastu km wreszcie wyjechałem ze zwartej, miejskiej zabudowy i znalazłem się pośród pól, lasów i ośnieżonych gór w oddali. Jechało się nieźle, choć lekko pod górkę. Co chwila zatrzymywałem się, aby zrobić jakieś zdjęcia napotkanym przy drodze tubylcom. Na trochę dłużej zatrzymałem się przy grupce wieśniaków pracujących przy zbiorze ryżu. Oczywiście gdzie się nie zatrzymałem, tam zbierała się od razu spora grupka gapiów, a przede wszystkim dzieciaków, które chętnie pozowały do zdjęć - a ja im chętnie zdjęcia robiłem. W miejscowości Banepa myślałem, że uda mi się spełnić jedno ze swoich fotograficznych pragnień - sfotografować Nepalkę podczas czesania włosów. Była tam taka jedna nieprzeciętnej urody, ale jak wyjąłem aparat, to schowała się i na razie muszę szukać innej modelki. Ale co się odwlecze...

Po przejechaniu ponad 40 km opuściłem główną drogę wiodącą do Chin (Tybetu) i zacząłem jeździć po drogach gruntowych. Do Namo Buddy było jeszcze kawałek. Ile?: Jedni mówili, że 2 km inni 15 km - jak się okazało było 8 km do przejechania po wyboistych, kamienistych drogach i pół km niesienia roweru na samo wzgórze, gdzie znajduje się kompleks świątyń buddyjskich.

Same świątynie nie powaliły mnie na kolana, bardziej sama jazda i wnoszenie roweru. Generalnie więcej oczekiwałem od tego miejsca, ale test przed trekkingiem po okolicach Annapurny był całkiem niezły. A jeszcze trzeba było wrócić. Była 16:30 kiedy rozpocząłem odwrót. Miałem superowe widoki na oświetlone ostatnimi promieniami zachodzącego słońca himalajskie szczyty. Przed 18-a robi się już ciemno i wtedy jazda czy prowadzenie roweru po drogach gruntowych nie należy do prostych. Sprężyłem się mocno i przed zapadnięciem zmroku wjechałem na drogę asfaltową. Pierwotnie miałem zamiar wrócić inną droga, ale po zapadnięciu zmroku wolałem jechać trasą, którą już wcześniej znałem. Jazda nocą po Indiach czy Nepalu to też nie lada doświadczenie, przeżycie. Ci nieoświetleni rowerzyści, motocykliści, a niekiedy i samochody ...

Namo Budda

Dobrze, że ja miałem światła i miałem jeszcze jedną pomoc - GPS, bez którego na pewno bym się nie odważył wracać nocą do Kathmandu. Co prawda kilka osób, które spotkałem odradzały mi powrót, ale ...

Była obawa czy przepuszczą mnie przez SCP (security check pointy). Nadal w Nepalu przed każdym większym miastem, a nawet wioska są posterunki żołnierzy, którzy sprawdzają przejeżdżające osoby. Turystów przepuszczają bez sprawdzania, ale miejscowym nie przepuszczają. Jak się okazało nawet nocą wyglądałem na turystę i nie przyczepili się do mnie (nic dziwnego skoro jeszcze nie miałem okazji w Nepalu spotkać oświetlonego roweru). Kilka razy o mało nie dostałem zawału, gdy jakaś ciężarówka wyłaniając się z za zakrętu jechała wprost na mnie i nie było gdzie uciekać, bo z boku była kilkudziesięciometrowa przepaść. Wszystko jednak dobrze się skończyło i szczęśliwie około 21 wróciłem do hotelu.

Już w samym Kathmandu bardzo przydatny okazał się GPS, który doprowadził mnie do hotelu z dokładnością kilkunastu metrów. Mam dobrą orientację w terenie, ale nocą po labiryncie indyjskich, czy nepalskich miast ona całkowicie zawodzi.

Odnośnie GPS, to dodam jeszcze, że fajnie było jak go włączyłem w samolocie i wiedziałem, że teraz np. przelatujemy z prędkością 1020 km nad Kabulem... . Jedynie mam wrażenie, że wysokościomierz trochę zaniża wysokość, tak jakby działał na podstawie ciśnienia atmosferycznego (w samolocie pokazywał, że jesteśmy na wysokości 1740 m, a faktycznie byliśmy na ok. 10000m). Jak wróciłem do hotelu, to po raz pierwszy na tej wyprawie poczułem się totalnie wykończony - 120 km, łącznie ok. 3000 m podjazdów (łączna suma wysokości samych podjazdów), kilka km prowadzenia roweru i kilkaset metrów niesienia. Nawet nie chciało mi się umyć a tym bardziej zasiąść do napisania maili.

Dziś mam dzień odpoczynku (względnego). Towarzysko jest całkiem nieźle. Spotkałem dziś dwoje Polaków: chłopak ma rower i przyjechał z Polski przez Rosję koleją transsyberyjską, dalej przez Chiny, gdzie kupił rower i teraz jest w Kathmandu. Pokonał drogę z Lhasy do Kathmandu jeepem i chyba dobrze zrobiłem, że nie pojechałem do Tybetu - niektóre z dróg są tam totalnie zasypane śniegiem, musieli kilka dni czekać na poprawę pogody i jechać jakimiś objazdami. Generalnie pogoda tu sprawia figle: ulewne deszcze pod koniec października w północnych Indiach i południowym Nepalu to rzadkość, tak samo jak i śnieg na drodze z Lhasy do Kathmandu. Już kilka osób powiedziało mi, że o trekingu rowerowym dookoła Annapurny też mogę zapomnieć. Na najwyższej przełęczy (ponad 5400 m npm.) od kilku dni zalega spora warstwa śniegu. Obecnie przełęczy nie da się pokonać nawet pieszo o co dopiero z rowerem. To też anomalia pogodowa. Ostatni raz śnieg w listopadzie (pod koniec) był na tej przełęczy 7 lat temu. Zobaczymy co będzie za kilka dni. Druga osoba jest Polką z Krakowa. Mieszka nawet w tym samym hotelu.

Zastanawiam się nad nowym wariantem powrotu i wysłania roweru do domu. Może zrobię to z Kathmandu (może być taniej niż z Indii). Ale wtedy po wyjeździe do Pokhary musiałbym wrócić tutaj. Ma to rozwiązanie 2 zalety.

  1. Mogę sporo rzeczy zostawić w hotelu i wziąć tylko to co będzie mi niezbędne w górach;
  2. Kilka osób pisało mi abym przesłał inne zdjęcia "panienki z okienka".

Otóż, dziś odnalazłem ją i trochę sobie pogadaliśmy, zrobiłem jej kilkanaście fotek i powiedziała mi, że chętnie wybierze się ze mną na jakąś sesję zdjęciową. Mam też zaproszenie do jej domu. A tak w ogóle, to ma na imię Shina... i przysyłam kilka jej fotek...

No, następne dopiero powinny być fajowe...

6 listopada :: Mail nr 13 z Kathmandu - zdjęcia facetów do wzięcia

Jutro wyruszam do Pokhary aby wreszcie wjechać rowerem w góry. Ostatnie dwa dni spędziłem na fotografowaniu ludzi, choć nie tylko. No dobra, przyznam się bez bicia zrobiłem przez te dwa dni ponad 600 portretów. Fajnie było tak stanąć sobie na ulicy i za pomocą teleobiektywu ściągać co ciekawsze twarze.

Do tej pory sporo wysyłałem zdjęć kobiet, dziewcząt, to teraz dla odmiany będą faceci. Wśród adresatów tego maila są, jak mi wiadomo panny jeszcze - może któryś z nich wpadnie Wam w oko ;).

8 listopada :: mail nr 14 z Pokhary

Od wczoraj jestem już w Pokharze. Przyjechałem tutaj busem - na jazdę rowerem szkoda było czasu, lepiej te dni spędzić w okolicy Pokhary. Podroż jak zwykle miałem ciekawą. Znowu mam szczęście do zawierania znajomości z kobietami. Początkowo w busie siedziałem obok bardzo ładnej i sympatycznej Brazylijki z Sao Paulo, której babka była...Polką. Później miałem towarzystwo Australijki.

W Pokharze wreszcie trafiłem na super pogodę (dwa lata temu gór nie było widać a dziś, zresztą sami zobaczycie na zdjęciach). Przez ostatnie 2 tygodnie z widocznością było bardzo kiepsko, ale teraz od 3 dni jest super i oby tak było jeszcze z 5-6 dni.

Machhapuchhare - o zachodzie słońca

Pokhara trochę przypomina mi szwajcarskie Zermatt. Tu góruje nad miastem św. góra Machhapuchhare, w Zermatt - Matterhorn. Mam szczęście, że i jedną i drugą dane mi było w tym roku w pełnej okazałości zobaczyć. Pokhara w porównaniu z Kathmandu jest trochę takim sennym miasteczkiem. Jest o wiele bardziej spokojnie, mniej ludzi na ulicach...

W Pokharze częściej spotykam znajomych niż w Łodzi na Piotrkowskiej. Są to ludzie, z którymi spotkałem się już w Kathmandu. A więc znajomy Amerykanin z Kaliforni, który mieszkał w tym samym hotelu co ja, przy okazji raftingu pisałem o dwóch takich fajnych dziewczynach - to też amerykanki z Florydy, mieszkają w sąsiednim hotelu i jak się zgadaliśmy, to właśnie ich ponton mnie wyratował podczas raftingu - z wrażenia nawet ich nie zauważyłem, są jeszcze znajomi Niemcy (strasznie ich dużo tutaj) i Angielka.

Ciekawe, że teraz zawieram dużo znajomości z Amerykanami i co ciekawe, gdy ich się pytam skąd są, to odpowiadają: z Kaliforni, Florydy, Ilinoi... , jeszcze nikt mi nie odpowiedział, że ze Stanow Zjednoczonych. Ciekawe co by było, gdybym ja mówił, że jestem z łódzkiego, albo z łowickiego, ciekawe, kto by wiedział gdzie to jest, skoro sporo osób ma problem ze zlokalizowaniem samej Polski...

Planowałem dziś wjechać rowerem w góry, ale jak to w życiu bywa plany trzeba było zmienić i zrobię to jutro. Dziś sporo czasu zajęło mi załatwienie permitu (pozwolenia za 30 $) na wjazd w górskie rejony Annapurny. Bez tego świstka na pierwszym punkcie kontrolnym by mnie zawrócili (rowerem nie da się uniknąć tych punktów kontrolnych, których jest tu bardzo dużo).

Z otrzymaniem tego permitu były problemy, bo nie wiedzieli, za bardzo, jakie pozwolenie mi dać, ponoć na rower i w te rejony można uzyskać pozwolenie za 10$, ale po dwóch godzinach próbowania załatwienia sobie czegoś takiego straciłem cierpliwość i wiarę w to, że może się to udać i za pośrednictwem biura podroży wykupiłem takie na cały region na 3 tygodnie za 30$.

Masyw Annapurny po zachodzie słońca

Po południu zrobiłem sobie małą wycieczkę po obrzeżach jeziora Pewa nad, którym leży Pokhara. Znowu miałem sporo radochy z fotografowania miejscowej ludności pracującej przy zbiorach ryżu lub praniu... i oczywiście fotografowaniu dzieci, które bardzo chętnie pozują do zdjęć. Przed zachodem słońca zrobiłem sobie sesję z górami. Z dachu hotelu roztacza się wspaniały widok na Himalaje. No, zachód słońca był niesamowity. A co będzie się działo, jak wjadę w wyższe partie gór i pogoda się utrzyma (chyba skończą mi się wszystkie karty, klisze, akumulatory...). Szkoda tylko, że podczas transportu autobusowego statyw mi się popsuł...

Miejscowa pralnia

Tak więc dziś pakuję najpotrzebniejsze rzeczy, reszta zostaje w hotelu i wyruszam na podbój Himalajów.

Odezwę się teraz pewnie dopiero po niedzieli.

14 listopada :: Mail nr 15 - wrażenia po trekingu Cz 1

Wróciłem już z trekingu rowerowego wokół Annapurny. Jak było - ekstra, szkoda tylko, że tak krótko. Ale zacznijmy od początku.

Jak już Wam pisałem podroż do Pokhary miałem bardzo ciekawą, najpierw w towarzystwie Brazylijki, później Australijki. Na jednym z postojów spotkałem kilkunastoosobową grupę Polaków (wycieczkę zorganizowaną). Tak się zagadaliśmy, że o mało co, a by mnie autobus zostawił.

W Pokharze po załatwieniu Permitu (pozwolenia na wstęp w rejon Annapurny) wyruszyłem rowerem na kilkudniowy treking po Himalajach. Miałem problemy z wyjazdem z dzielnicy hotelowej leżącej nad jeziorem Pewa Like - co chwila spotykałem jakiś znajomych, a to Polaków, a to Amerykanina z Kalifornii..., w końcu jednak udało się wyjechać i z każdym kilometrem wspinałem się coraz wyżej i miałem coraz wspanialsze widoki na ośnieżone szczyty himalajskie. Interesujące było też to najbliższe otoczenie: wieśniacy pracujący w polu, dzieci bawiące się wokół domostw... . Wreszcie mogłem się w pełni wyżyć na aparatach (podczas 6 dniowego wypadu rowerowego po okolicy Pokhary zrobiłem ponad 2000 zdjęć, w tym ponad 10 rolek slajdów). Miejscowa ludność chętnie pozowała do zdjęć, choć może lepiej by było napisać, że zupełnie nie przeszkadzało im to, że robię im zdjęcia. Zachowywali się zupełnie naturalnie, robili swoje (no może oprócz dzieciaków). W takiej oto sielankowej atmosferze upłynął mi pierwszy dzień rowerowego trekingu.

a w oddali masyw Dhaulaghiri

Wieczorem przed zachodem słońca znalazłem się wśród tarasowych pól, z których roztaczał się jeden z najwspanialszych widoków jakie miałem okazję oglądać, a mianowicie na przepięknie oświetlone promieniami zachodzącego słońca himalajskie szczyty. Od dawna marzyłem aby w takim miejscu się przenocować i z namiotu mieć taki widok. Zjechałem więc z drogi znalazłem odosobniony kawałek płaskiego poletka, zdjąłem sakwy z roweru i zacząłem robić zdjęcia. Tak mnie ta czynność pochłonęła, że nawet nie zauważyłem, że gromadzi się nieopodal mnie grupka tubylców - a wydawało mi się, że jest to odosobnione miejsce...! Jak się okazało w pobliżu przebiegał szlak, którym miejscowa ludność wracała z pól położonych w górach do pobliskiej wioski. Nagle z tłumu podeszło do mnie dwóch małych chłopców i zaczęło oglądać rower, sprzęt fotograficzny... O dziwo znali trochę angielski i zaczęli wypytywać, o to gdzie mam zamiar spać. Wobec zaistniałej sytuacji stwierdziłem, że nocleg tutaj nie jest najlepszym pomysłem i powiedziałem, że jeszcze nie wiem gdzie będę nocował. Oni tylko na to czekali i zaraz zaoferowali się, że mnie zaprowadzą do pobliskiego hotelu. Ale oczywiście nie ma nic za darmo, będę musiał im za to zapłacić.

Kobieta, której opatrzyłem ranę

Spakowałem cały mój dobytek na rower i przez cala drogę targowaliśmy się o to ile mam im zapłacić. W końcu poddałem się i zgodziłem na proponowaną przez nich kwotę, nic nie udało mi się utargować i miałem im zapłacić po 5 rupii (dobrze, że nic nie utargowałem, bo miałbym nie lada problem, gdyż 5 rupii jest najniższym banknotem, a na monetach, to ja się zupełnie nie znam - są bowiem na nich tylko nepalskie cyfry i napisy, dodam jeszcze, że 1$ = około 70 rupii, czyli dostali po około 25 groszy). Jak się zgodziłem to proponowane przez nich warunki, to z tej radości nawet zaczęli mi pomagać pchać rower. Gdy dotarliśmy do hotelu dałem im 10 rupii. Dobrze, że współwłaścicielka hotelu rozmieniła ten banknot na dwa po 5 rupii i każdy miał swoja kasę. Dodatkowo dostali jeszcze po 10 polskich groszy - tak zadowolonych dzieciaków, to chyba jeszcze nigdy w życiu nie widziałem. Jak niewiele do szczecią potrzeba....

W hotelu było nawet całkiem nieźle, lepiej niż w Pokharze i nocka kosztowała 100 rupii (a więc około 5 zł). Następny dzień podobny był do poprzedniego. Dużo jazdy rowerkiem i fotografowania. Na uwagę zasługują dwa wydarzenia. Raz przystanąłem aby zrobić zdjęcie kobietom zbierającym jakieś rośliny. Bardzo się zdziwiłem, gdy jedna z nich podeszła do mnie i pokazała mi ropiejącą ranę na palcu. Początkowo nie wiedziałem co począć, ale po chwili sięgnąłem po moją apteczkę i zdezynfekowałem ranę. Nałożyłem jakąś maść z antybiotykiem i owinąłem plastrem. Dałem też trochę maści na później - tak to jest, jak w kraju na jednego pracownika służby zdrowia przypada około 100 szamanów... I znowu zobaczyłem radość i wdzięczność w oczach tej kobiety.

Drugim razem miałem zamiar skorzystać w jakimś ustronnym miejscu z toalety (jakiś przydrożnych krzaków). Postawiłem rower i zacząłem podążać ku temu miejscu, aż tu nagle patrzę, a tu jakiś gościu w wełnianej czapce pędzi na motocyklu i zatrzymuje się przy moim rowerze, poczym krzyczy po polsku do mnie. Okazało się, że był to jeden z tej grupy Polaków, którą spotkałem w drodze do Pokhary. Wypożyczył motor i udał się na wycieczkę po okolicy. Rozpoznał mój rower i zatrzymał się aby trochę pogadać. A że też nie miał kiedy.... Czasem w najdziwniejszych okolicznościach można spotkać rodaków i to niemalże na końcu świata.

Po przejechaniu ponad 60 km (od Pokhary) skończyła się droga asfaltowa, a zaczęła gruntowa. I tu dopiero zaczęła się jazda na całego. Jechałem w górę rzeki Kali Gandaki (jedna z większych rzek w Nepalu, ma duże znaczenie religijne, tak jak Ganges w Indiach, nadal praktykowany jest w tym rejonie proceder palenia zwłok i wrzucania prochów do rzeki).

dolina Kali Gandaki

Wieczorem drugiego dnia trekingu dotarłem do miejscowości Beni. Ale żeby tam się dostać trzeba było pokonać Security Check Point. Wjeżdżając do Beni jak zwykle miałem zamiar minąć SCP bez zatrzymywania się, a tu nagle wyskoczył przede mnie jakiś żołnierz z karabinem w ręku i nie pozwolił dalej jechać. Okazało się, że był to punkt, gdzie należało okazać się Permitem. Po okazaniu tego dokumentu, wpisaniu się do wielkiego zeszytu, odpowiedzi na kilka pytań dotyczących przebiegu podróży: czy nie miałem żadnych problemów itp. (generalnie chodziło im o to czy nie spotkałem czasem Maoistow, którzy ponoć zaczęli w tym rejonie grasować) zostałem wpuszczony do wioski. Panowie żołnierze okazali się na tyle uprzejmi, że dali sobie zrobić zdjęcie i nawet zrobili sobie zdjęcie ze mną (szkoda tylko, że akurat wiatr zawiał i w powietrzu było dużo piachu).

Ciąg dalszy w następnym mailu.

Contents copyright © 2001-2009, CYKLOiD. All rights reserved.
Zawartość oraz forma Kalendarza Wypraw Rowerowych XXI wieku podlegają ochronie praw autorskich. Kalendarz...XXI wieku nie może być powielany lub prezentowany w inny sposób jak tylko na stronie macierzystej projektu, to jest http://wyprawy21.cykloid.pl/.