www.wyprawy21.cykloid.pl :: Wyprawy Rowerowe XXI wieku

Relacje z wypraw...

Tafel w Tybecie

Tekst i fotografie: Radek Tafliński

30 października :: Mail nr 8 wrażenia po Raftingu - epopeja (Kathmandu)

Wróciłem już z raftingu i safari po Chitawanie (takim fajowym parku narodowym w Nepalu). Jak było - czadersko...

Po tej wyprawie zdobyłem nowy przydomek - Extreme Man. Dlaczego? - czytając tego maila wszystkiego się dowiecie.

Napiszę tylko, że na początku o mały włos, a pożegnałbym się z życiem - później natomiast napięcie i emocje ciągle rosły...

A więc w środę rano pobudkę miałem o godz. 5:00, szybko spakowałem się, pozostawiłem większość moich rzeczy i rower w hotelu: http://www.encounternepal.com/ - możecie zobaczyć gdzie mieszkam w Kathmandu i wraz z Rosjankami udaliśmy się do biura, gdzie wykupiliśmy rafting i safari. Dwie minuty po naszym przybyciu zjawił się pracownik biura i zaprowadził nas do miejsca, gdzie czekał już autobus. Po załadowaniu bagażu na dach wsiedliśmy do środka. Podróż minęła dość szybko i przyjemnie z przerwą na śniadanko. Po 10-ej byliśmy już na miejscu. Dostaliśmy po wiośle, kasku i kamizelce ratunkowej (znaczy się oni dostali, bo na mnie takich dużych nie było). Nasz przewodnik miał postarać się o sprzęt dla mnie. My czekaliśmy na resztę ekipy, która miała przyjechać z różnych miejsc, łącznie około 20 osób, 3 pontony. Powoli zaczęli się zjeżdżać inne ekipy, a więc Skandynawowie, Estończycy, Amerykanie... (no dwie Amerykanki - niczego sobie były), Chińczycy. Zastanawiałem się kogo dołożą nam do 7-osobowej załogi pontonu. Ja, Irina i Nadja, no te dwie niczego sobie amerykanki i ze dwóch jakiś wypasionych wyspiarzy (coby wiedzieli o co chodzi w tym sporcie i mieli siłę wiosłować) - to byłby skład idealny.

Po godzinie oczekiwania dowiedziałem się, że będziemy mieli w ekipie parę bardzo zamorzonych Chińczyków. Jak zobaczyłem, że prowadzą nam jeszcze jakiegoś dziadka z babcią (tak mniej więcej pod 80 lat każde z nich), to mi się nogi ugięły.

Niezła ekipa: dwoje staruszków, dwoje zamorzonych Chińczyków mało rozumiejących po angielsku, dwie Rosjanki także z angielskim na bakier i ja, który pierwszy raz w życiu trzymam wiosło... - tylko cud może nas uratować od utonięcia...

W końcu wszystkie ekipy były w komplecie i tylko ja nie miałem kamizelki. W końcu znaleźli coś odpowiedniego dla mnie i postarali się jeszcze o jedną miłą niespodziankę - nastąpiły roszady w składzie. Zamiast pary staruszków dostaliśmy dwóch Nowo Zelandczyków - no, to w końcu wyspiarze, więc dobrze będzie, pomyślałem sobie. Jeden z nich trochę taki playbojowaty - fryzura, tatuaże, widać, że na siłowni sporo czasu przebywał, drugi taki koło 50-tki - widać stary wilk morski z niego. Myślę sobie, jest OK (nawet zapomniałem o tych dwóch amerykankach...).

Po zejściu na brzeg rzeki zobaczyliśmy trzy pontony, dwa takie ładne, niebieskie i jeden taki w gorszym stanie - oczywiście moja ekipa dostała ten ponton. Nasz przewodnik cięgle coś w nim poprawiał, pompował - z tego też powodu nazwałem nasz ponton Titanikiem.

Po krótkim instruktażu (czyli co mamy na jaką komendę robić) wsiedliśmy do pontonów. Był problem kogo obsadzić jako szlakowego (tego gościa, co siedzi na początku łodzi i nadaje ton wiosłowania). Z reguły tam siada największy i najsilniejszy gościu - czyli powinienem być to ja - mnie jednak do zajęcia tego miejsca się nie spieszyło i w efekcie zajął je playbojowaty Nowo Zelandczyk, obok niego jego kumpel. Za nimi siedział zamorzony Chińczyk i ja, za nami Irina i Nadja i jako ostatnia zamorzona Chinka. Czyli po lewej stronie byli: Playbojowaty NZ, Zamorzony Chińczyk, Irina, zamorzona Chinka, po prawej stronie: drugi NZ, ja, Nadja i to wystarczyło aby wagowo była równowaga - ja robiłem za dwie osoby. Z tyłu po środku pontonu siedział nasz przewodnik.

Na raftingu

Nawet udało nam się bez problemu wypłynąć na środek rzeki - Trisuli, po kilku kalecznie wykonanych manewrach:

  • follow - szybko (wiosłujemy aby płynąć do przodu)
  • faster - szybciej
  • all back - czyli płyniemy do tyłu
  • right back - czyli Ci co siedzą po prawej stronie wiosłują do tyłu, Ci z lewej do przodu
  • left back - czyli Ci co siedzą po lewej stronie wiosłują do tyłu, Ci z prawej do przodu
  • stop

Wyruszyliśmy ku spotkaniu z wielką przygodą.
Po kilku minutach wypłynęliśmy na szybciej płynącą wodę. Zaczęło fajnie pontonem kołysać, kilka razy fale zalały nas wszystkich. No musze przyznać, że coraz bardziej mi się ten sport podobał.
Tylko trochę zaczął mnie wkurzać ten Nowo Zelandczyk, co siedział przede de mną; okazało się, że ma problemy ze słuchem. Pierwsza komenda dla niego znaczyła Follow (wiosłować), następna stop obojętnie co by nie powiedział nasz kapitan. Stwierdziłem, że to jest właśnie to i że jak pojadę do Pokhary, to jeszcze raz się wybiorę na rafting. Zapragnąłem większych wyzwań, trudniejszych rzek.

Jak wpływaliśmy na łagodniejszą wodę i nie musieliśmy wiosłować Nowo Zelandczycy uderzali rękami w ponton, wydawali także takie fajowe okrzyki - ekipy z innych pontonów pewnie nam zazdrościły.... Jak się okazało, to inni wylewali co kawałek wodę z pontonów a my nie, bo nasz Titanik miał dziury w podłodze i woda sama uciekała...

Było superowo, aż w pewnym momencie dotarliśmy do najtrudniejszego odcinka (6 klasa trudności, czy szybkości przepływu wody). Nasz kapitan zaczął wydawać nam komendy: Follow, Faster, ... Do tej chwili jeszcze nam jakoś szło. W pewnym momencie niebezpiecznie zbliżyliśmy się do skalistego brzegu. Nasz kapitan zaczął krzyczeć ALL BACK!!!. Wszyscy do tej komendy się zastosowali oprócz przygłuchego NZ i Rosjanek, które nie zrozumiały o co chodzi. Efektem tego było uderzenie w skalisty brzeg. Spojrzałem na naszego kapitana - zobaczyłem przerażenie w jego oczach. Cały czas krzyczał rozpaczliwie ALL BACK, jednak nie było już za bardzo komu wiosłować. Zamorzeni Chińczycy leżeli w środku pontonu, Irina także, Playbojowaty NZ nie miał jak wiosłować, bo był przyparty do skał, ja wiosłowałem do tyłu, przygłuchy NZ do przodu - na efekty takiego stanu rzeczy nie trzeba było długo czekać - kolejne uderzenie wody wywróciło nasz ponton i wszyscy znaleźliśmy się w wodzie, a w zasadzie pod wodą.

Ponton przewrócił się na mnie i znalazłem się pod nim. Dwa razy próbowałem zaczerpnąć powietrza pod przewróconym pontonem, jednak zamiast powietrza połykałem tylko wodę. Uciekały cenne sekundy i postanowiłem wypłynąć spod pontonu na otwartą wodę. Jednak i ten manewr niewiele zmienił moją sytuacje. Cały czas byłem pod wodą. Zacząłem już myśleć, że to już koniec. Pierwszy raz w życiu miałem takie uczucie, tyle rzeczy w życiu miałem zamiar jeszcze zrobić... . Nagle odruchowo czegoś się złapałem - na moment otworzyłem oczy i zobaczyłem, że to Nadja - choć cały czas byłem pod wodą zrobiło mi się jakoś raźniej, powróciła nadzieja, że może jakoś się uratujemy. Nie jestem w stanie powiedzieć jak długo byłem pod wodą, ale dla mnie była to wieczność....

W końcu prąd wody rzucił nas na jakąś trochę spokojniejszą wodę i wynurzyliśmy się. Tym razem oprócz wody udało się nam złapać trochę powietrza. Po przepłynięciu kilkudziesięciu metrów woda była na tyle spokojna, że można było w miarę spokojnie oddychać. Nadja puściła mnie i sama zaczęła płynąć do pobliskiego pontonu, skąd rzucono linę w jej stronę i przed kolejnym wodospadzikiem udało jej się dostać do pontonu. Ja tyle szczęścia nie miałem i kolejny odcinek 6 klasy rzeki Trisuli pokonałem wpław. Tu już tak dramatycznie nie było ale i tak trochę wody się napiłem. Po kilku minutach znowu byłem na spokojniejszej wodzie. Zobaczyłem dwa pontony. Zacząłem płynąć do bliższego. Przed kolejnym wodospadzikiem udało mi się dopłynąć do niego i zostałem wciągnięty do środka. Ucieszyłem się, że oprócz mnie są w niej playbojowy NZ, Nadja i zamorzony Chińczyk.

Jak się okazało resztę rozbitków zabrały dwa inne pontony znajdujące się w pobliżu, a naszym płynął tylko nasz kapitan. Dobrze, że do miejsca noclegu było około 1 km i jakoś udało nam się do niego naszym Titanikiem dopłynąć.

Nasze straty:

  • 1 wiosło;
  • Chińczyk zgubił okulary;
  • Nadja miała poobcieraną nogę;
  • każdy z naszej ekipy napił się tyle wody, że ...

Na miejscu wszyscy gratulowali nam Extremalnego Raftingu, nasza ekipa została nazwana Extrem Team, a ja Extrem Man, bo jako jedyny pokonałem wplaw dwa wodospadziki (6 klasy - a ile właściwie jest tych klas?). Od Estończyka dostałem weesky do wypicia, a po odebraniu bagażu wypiłem jeszcze trochę wódki żołądkowej (choć pić, to mi się już w ogóle nie chciało...). Mam nadzieje, że żadna ameba, albo inne świństwo mnie nie dopadnie...

Nocleg mieliśmy w namiotach. Reszta ekipy odjechała autobusami, a zostaliśmy tylko: ja, Rosjanki, Chińczycy staruszkowie i w takim składzie przystąpiliśmy następnego dnia do Raftingu. Tym razem woda była spokojniejsza (max 4 klasy) i ekipa doświadczona w bojach dała sobie radę. No nie chwaląc się ja byłem szlakowym tej ekipy... . Nie obyło się jednak bez kąpieli w wodzie. Irina mocno dokuczała naszemu kapitanowi (dobrze, że wreszcie nie mi) i na spokojnej wodzie w ramach rewanżu wrzucił ją do wody. Byłem też tłumaczem, bo z każdym mogłem się dogadać, z Rosjankami to normalka (zacząłem już prawie po rosyjsku myśleć) ale z Chińczykami!!!????
A dziadkowie nadzwyczaj dobrze sobie radzili i okazali się przesympatyczni. Ze mną szczególnie dobrze się dogadywali, bo ich pasją były wyprawy rowerowe i 3 razy już byli w Europie na rowerach (gościu Kanadyjczyk, weteran jakiejś wojny osiadły w Tajlandii, a jego towarzyszka rodowita Tajka - tak więc mam zaproszenie do Tajlandii... a Oni do Polski).

extreme team na dachu jedzie

Tak więc szczęśliwie zakończyliśmy rafting i kolejnym punktem naszego programu było safari po Chitawanie. Ale najpierw trzeba było się tam dostać. Nasz przewodnik widząc jak dobrze sobie radziliśmy postanowi poddać nas kolejnej próbie - jeździe na dachu autobusu (w środku nie było już miejsca). Napisze tylko tyle, że osobom ze słabym sercem nie polecam takiej podróży. Zresztą nawet szalone Rosjanki powiedziały - nigdy więcej na dachu. Ja miałem dobre miejsce - na worku z ryżem, więc mój tyłek w miarę dobrze zniósł podróż. Z dachu autobusu te kilkudziesięciometrowe przepaście wyglądają bardziej strasznie niż przez okna ze środka... Ale w końcu po dwóch godzinach jazdy dotarliśmy do jakiegoś miasta skąd do Chitawanu zabrał nas (mnie i Rosjanki) inny przewodnik.

Ale o tym jak było w Chitawanie w następnej relacji..

31 października :: Mail nr 9 - o Chitawanie (z Kathmandu)

Jak było na raftingu już wiecie, a teraz napiszę Wam jak było w Chitawanie.
Nasz przewodnik okazał się spoko gościem, niedawno miał dużą grupę Polaków i ku mojemu zaskoczeniu mówił trochę po polsku (widać Polaków polubił, za bardzo nie przepadał za to za Rosjanami). Tak więc miałem sprzymierzeńca w walce głównie z Iriną.

Hotel, w którym mieszkaliśmy, no niczego sobie, jedzenie niezłe, bardzo dużo zieleni, wokół latało mnóstwo kolorowych ptaków (sporo papug) i jeszcze więcej motyli. Rzeczywiście nazwa Paradise pasowała do niego.

W piątek rano udaliśmy się nad rzekę, aby spłynąć kanu oglądać krokodyle. Nasz przewodnik oczywiście powiedział, że tutejsze krokodyle uwielbiają rosyjskie kobiety, natomiast za polakami nie przepadają, a już tak dużych jak ja, to w ogóle nie mogą nawet połknąć. Kanu okazało się trochę małe i musiałem bardzo uważać, aby robiąc zdjęcia nie doprowadzić do wywrócenia - a krokodyle już czekały... .

Spływ kanu w Chitawanie

W sumie spotkaliśmy kilkanaście sztuk, poza tym sporo różnego rodzaju ptactwa. Płynęliśmy około godziny. Później udaliśmy się do miejsca gdzie trzymano kilkadziesiąt słoni (głównie matki z małymi). Tylu słoni w jednym miejscu, to jeszcze nigdy nie widziałem. Po raz pierwszy w życiu mogłem dotknąć, nakarmić słonia (te małe). Potem udaliśmy się do jakiejś wioski zobaczyć jak żyje tutejsza ludność - jednym słowem nędza z biedą. Zobaczyliśmy jak wygląda ryż, a także marihuana, która jest uprawiana na szeroką skalę w okolicy (nie wiem czy tylko legalnie, ale wszyscy o tym wiedzą).

Potem był obiadek i po południu 3 godzinne safari na słoniach. No, Irina żartowała, że wreszcie będę miał dla siebie odpowiedni środek lokomocji. Okazało się jednak, że na jednym słoniu oprócz przewodnika były jeszcze 4 osoby - dorzucono nam jeszcze gościa z Izraela.

Irina nie miała racji. W czwórkę było nam strasznie ciasno. Mnie przypadło miejsce na tylnej lewej nodze słonia w takim czworokącie (jak na zdjęciach). Nie dość, że było ciasno, strasznie rzucało jak słoń szedł, to jeszcze co kawałek uderzałem, to ręką, to nogą o drewnianą barierkę. Okazało się też, że nasze siedzisko co kawałek przesuwało się na stronę po której siedziałem. Generalnie komfort żaden, ale było ciekawie. Nawet nie wiedziałem, że słonie w tak ciężkim terenie tak dobrze sobie radzą.

Przeprawialiśmy się przez rzeki, bagna. Tylko trochę się bałem, że spadniemy, bo cały czas siedzisko przesuwało się w moją stronę.... Naszym celem było dopadnięcie nosorożca, albo jak się poszczęści, to i tygrysa. W tym celu zaopatrzyłem się w kukri.

Udało się nam spotkać 4 nosorożców - jednego nawet całkiem nieźle było widać. Poza tym spotkaliśmy jakieś jelenie i trochę mniejszych zwierzaków.

Przed wieczorem wróciliśmy do hotelu. Z ulgą i wieloma siniakami stanąłem na ziemi. Najgorsze jednak, jak się dowiedziałem miało być jeszcze przede mną...

A co? O tym dowiecie się w następnej relacji.

1 listopada :: Mail nr 10 (z Kathmandu) mało tekstu, dużo zdjęć

Świetlista droga

Dziś mamy w Polsce 1 listopada, idziemy na groby bliskich, palimy znicze...

Ciekawe, że tu w Kathmandu, dziś też obchodzone jest święto - Dzień Siostry i Brata. Wszędzie pełno świec, ludzie tańczą na ulicach, składają sobie życzenia, obdarowują prezentami. Nawet w hotelu przez kilka godzin wyłączono prąd i pozapalano wszędzie świece. Niby podobnie (świece), ale jakże inaczej...

Więcej nie będę dziś pisał, myślę że zdjęcia będą odpowiedniejszą formą przekazu.

2 listopada :: Mail nr 11 z Kathmandu

Obiecałem Wam dokończyć jak było na Safari i czego się tak bardzo obawiałem, co miało być dla mnie straszniejsze niż rafting, jazda na dachu autobusu i jazda na słoniu. Nie wiem czy zgadniecie, ale nie będę Was dłużej trzymał w niepewności i napiszę, że na piątkowy wieczór mieliśmy zaplanowane TAŃCE...

No, Nadja, a w szczególności Irina od rana już się szykowały aby sprawdzić moje umiejętności, a ja kombinowałem jakby tu się wymigać od tych tańców. Pomyślałem sobie, że może by tak ze słonia spaść i zasymulować kontuzję nogi - ale nijak z tego korytka wypaść się nie dało. Tak więc chciał nie chciał wieczorem udaliśmy się jeepem do pobliskiego miasteczka.

Nawet nie wiecie jak mi ulżyło, gdy dowiedziałem się, że to dla nas będą tańczyć. Kamień spadł mi z serca (coś mi się obiło o uszy o jakimś trzęsieniu ziemi w tych okolicach, ale nie wierzcie tym doniesieniom, to po prostu kamień spadł mi z serca). Występy były nawet-nawet, niezłe. Szkoda, że nie występowały kobiety.

Po występach wróciliśmy do hotelu. W sobotę rano udaliśmy się na oglądanie ptaków. Była taka mgła, że ledwo co słonia można było dostrzec z 30 metrów, a co dopiero wypatrywać ptaki. Zająłem się więc fotografowaniem rosy na pajęczynach. Później było śniadanko i odwieziono nas na autobus. Ja wróciłem do Kathmandu, a Rosjanki pojechały do Pokhary. Muszę przyznać, że przez te 8 dni spędzonych razem trochę mi było smutno rozstać się z nimi. Polubiłem je nawet.

W związku z pytaniami napiszę coś więcej o Rosjankach - Crazy Women from Russia - to określenie do nich jak najbardziej pasuje. Dlaczego?
Nie znając prawie w ogóle angielskiego wybrały się w tak daleką podróż. Nie wiedziały jak długo ona potrwa. Chciały zwiedzić Nepal, a później północne Indie, aby na koniec dotrzeć na południe tego kraju i spotkać się z Sai Baba. Są wegetariankami, nie pija alkoholu, ale palą papierosy jak lokomotywy. Ja dużo jem słodyczy, ale z Iriną to nie mam nawet najmniejszych szans. Jak sama mówi jak nie ma kawy i słodyczy to ma "Prystup" - może wiecie co to takiego? Najciekawsze jest jednak to jak się poznały. Otóż w balnicy (szpitalu dla osób chorych psychicznie). Irina bardzo dużo pracowała i w końcu zaczęła mieć problemy z psychiką, a Nadja rozstała się z drugim, czy trzecim mężem i też miała dołek psychiczny. Tak więc może dobrze, że nasze drogi się rozeszły...

Od tygodnia, a może nawet i dłużej trwa tu w Kathmandu jakiś festiwal, cały czas coś się dzieje, wszyscy świętują. Ja ostatnie dni spędzam na oglądaniu tego wszystkiego. Robię sobie też rowerowe wypady po Kathmandu i najbliższej okolicy. Jak na razie zrobiłem na rowerze niewiele ponad 100 km - niezła wyprawa rowerowa, co nie! Ale i na rower przyjdzie wkrótce czas.

Fajnie było gdy pojechałem na niedaleko położone wzgórze, gdzie znajduje się taka duża buddyjska stupa, świątynie buddyjskie i hinduskie, a także mnóstwo małp. Spędziłem tam prawie pół dnia przyglądając się jak modlą się wyznawcy hinduizmu i buddyzmu.

Oczywiście nie omieszkałem wszystkiego sfotografować i nagrać. Mam już około 2000 zdjęć na cyfrze, 300 slajdów i około 3 godzin filmu. Na tym wzgórzu spotkałem parę z Polski - wreszcie sobie porozmawiałem w ojczystym języku. Wcześniej sporo porozmawiałem z Niemcami. Jestem, sam ale na samotność nie mogę narzekać. Spotkałem już wszystkich świętych których widziałem 2 lata temu. Przesyłam fotki. Są oczywiście i inni. Szkoda że Św. Mikołaj zgubił gdzieś laskę z kobrami. A taka fajna była...

u fryzjera

Jutro chyba wybiorę się trochę dalej za Kathmandu - może nawet przenocuję gdzieś w górach.
A, jeszcze napiszę Wam jak było u fryzjera. Chciałem sobie zrobić fryzurę na mnicha buddyjskiego, czyli zero włosków, ale fryzjer nie chciał mnie tak obciąć. Powiedział, że mi nie będzie do twarzy. Obciął mnie dosyć krótko. Ale najciekawiej było po obcięciu. Zaczął mnie pukać w głowę, to palcami, to ręką. No jak mnie zdzielił otwartą dłonią w czoło, to myślałem, że mu oddam. Ale szkoda mi się zrobiło chłopiny, taki zamorzony... No masaż był niezły... Ale najfajniejsze było to, że po tym masażu z taką roztrzepaną głową mnie puścił. Nawet nie uczesał ponownie. Ot, taka tutejsza moda.

Contents copyright © 2001-2009, CYKLOiD. All rights reserved.
Zawartość oraz forma Kalendarza Wypraw Rowerowych XXI wieku podlegają ochronie praw autorskich. Kalendarz...XXI wieku nie może być powielany lub prezentowany w inny sposób jak tylko na stronie macierzystej projektu, to jest http://wyprawy21.cykloid.pl/.