www.wyprawy21.cykloid.pl :: Wyprawy Rowerowe XXI wieku

Relacje z wypraw...

Tafel w Tybecie

Radek Tafliński

Tekst i fotografie: Radek Tafliński

No muszę przyznać, że czuję się jak kosmonauta. Dlaczego? A to z powodu ciągłego przekładania daty wylotu. Najpierw miałem lecieć 13 października, później 17 października czyli wczoraj, a ostatecznie wylecę pewnie jutro. Przekładam datę wylotu tak jak Amerykanie start wahadłowców. Wczoraj nie wyleciałem, bo Aeroswit miał kilkadziesiąt więcej rezerwacji niż było miejsc w samolocie i nie było pewności czy by mnie wzięli. I jeszcze ten rower...

Tak więc planowany wylot mam jutro o godz. 11-ej. Nie udało się wynegocjować z Aeroflotem jakiejś konkretnej kwoty za przewóz roweru - będziemy negocjować na lotnisku. Mam nadzieję, że tym razem już wylecę i następnym razem (w czwartek odezwę się już Delhi).

20 października :: Mail nr 1 z Delhi

Jak to mówią - do trzech razy sztuka. Wreszcie udało się wylecieć i jestem już od 10 godzin w Delhi.

Delhi - żebrzące kobiety

Z wylotem były oczywiście problemy. Co innego Ruscy mówili przed odlotem, co innego już na lotnisku. 1 kg nadbagażu miał kosztować ok. 38 zł (w obie strony) a na lotnisku powiedzieli, że w jedną. Generalnie miałem ok. 30 kg nadbagażu. Po negocjacjach zeszliśmy do 20 kg i za nie zapłaciłem prawie 850 zł. Z powrotem pewnie trzeba będzie wysłać rower jako Cargo.

Sam lot przebiegł bardzo dobrze, szybko i sprawnie. Raz tylko wpadliśmy w turbulencje. Z lotniska, z pewnym opóźnieniem, odebrali mnie ludzie Sajada. Nocuję w tym samym hotelu co 2 lata temu. Myślałem, że przez te 2 lata sporo się tu zmieni. Ale jakoś rzeczywistość zatrzymała się. Aha, są święte krowy i żebracy.

Jeśli chodzi o dostęp do Internetu,to tragedia w porównaniu np. z Kathmandu. Słabe komputery, bez USB (więc zdjęć nie mogę podesłać), a monitor przy, którym siedzę, cały czas pływa. Dodam, że jest gorąco. O 2-ej w nocy na lotnisku było 25 stopni, w hotelu w pokoju 32! Teraz idę składać rower (oby wszystkie części się odnalazły). Może później napiszę z innego, lepszego kompa.

... ponownie...

Powoli, coraz bardziej mi się tu zaczyna podobać. Obok hotelu znalazłem kafejkę, z której można przesyłać zdjęcia. Tak więc załączam kilka z nich.

Delhi - prasująca kobieta

W poprzedniej kafejce (tej lichej) - no dosłownie wzruszyłem się. Po zakończeniu pisania maila i zapłaceniu, gościu spytał się mnie - a gdzie mam rower- zapamiętał mnie 2 lata temu!!!!!!

Fajnie jest też rozpoznawać poznane wcześniej osoby np. sprzedawcę bananów. No, ale swoją drogą, to takich wariatów, którzy przylatują tu z Europy z rowerem nie ma wielu...

I jeszcze jedna rzecz utwierdzająca mnie w przekonaniu, że niewiele się tu zmieniło - nadal biorą mnie za Rosjanina i już dziś dwa razy na ulicy mówiono mi Zdrastwujcie...

Zaraz idę składać rower, a później idę do biura Sajada na obiad.

20 października :: Mail nr 3 z Delhi

To znowu ja. Oj chyba niedługo odechce się Wam czytać moje maile. Ale jak już wyruszę rowerem w trasę, to nie będę tyle i tak często pisał. Częściowo złożyłem już rower. Dokończę tę robotę jutro rano.

No, te Indie coraz bardziej mi się podobają. Pochodziłem sobie trochę po sklepach. Z reguły wszystko kilka razy tańsze niż u nas. Odwiedziłem też kilka ekskluzywnych sklepów ze strojami - wystarczy, że spojrzę tylko w stronę jakiegoś sklepu, to już mi drzwi otwierają. Trochę nawet zaszalałem przymierzając niektóre ze strojów. Ciekawe czy w nich dobrze wyglądam?

Delhi - w hinduskim stroju

W okolicy mam coraz więcej znajomych - dziś spotkałem hindusa, który ma żonę Polkę i za 3 miesiące wyjeżdża do Warszawy. Jutro rano zrobię sobie pewnie małą przejażdżkę po Delhi, a wieczorem wyruszam pociągiem do Gorakhpur.

21 października :: z Delhi ponownie

Wczoraj nie mogłem wysłać tego maila do Was, bo za dużo już tego dnia miali wysłałem (do ponad 150 osób). Robie więc to teraz, z lekkim opóźnieniem.

Dziś rano złożyłem rower. Wszystko gra, nawet światła działają. Miałem już kilku kupców na rower, ale jak powiedziałem ile kosztuje w Polsce, to im się odechciało kupować. Jednak mój rower ma jedną podstawową wadę. Myślę że nawet nie przeszedłby przeglądu technicznego, bo nie ma dzwonka, a co to za pojazd w Indiach, który nie ma dzwonka lub klaksonu...

Posmakowałem już trochę przysmaków miejscowej kuchni. Nawet wszystko zjadliwe, tylko strasznie pikantne i ostre. Tak pali po jedzeniu, że nawet wódką żołądkową nie trzeba popijać. A napoi i wody mineralnej piję dużo.

O godz. 19:45 czasu miejscowego mam pociąg do Gorakhpur, skąd już rzut beretem do Nepalu. Do Kathmandu powinienem dotrzeć w niedzielę wieczorem albo w poniedziałek rano. Czyli jak na razie wszystko idzie dobrze i według planu.

24 października :: W Nepalu fajno jest... - mail nr 5 z Kathmandu

Udało mi się dotrzeć szczęśliwie do Kathmandu. Oczywiście przygód w podróży miałem sporo. Od 3 dni mam towarzystwo dwóch kobiet (zgadnijcie z jakiego państwa).

Tak jak przypuszczałem, są problemy z wjazdem do Tybetu, może być ich mniej jak zapłacę ok. 600$, ale i tak nie mam żadnych gwarancji, że się wszystko uda. Ponoć dają wizy tylko na 12-14 dni, a to dla mnie za krótko. Teraz jadę do ambasady chińskiej i jakiegoś biura podróży, które ponoć oferuje tanie warianty wjazdu do Tybetu, więc zobaczymy...

W hotelu w którym mieszkam (nawet znośny - 4 $ doba) jest kawiarenka internetowa, dobre kompy, windowsy XP, więc wieczorem pośle trochę fotek i napisze więcej, a jest o czym pisać.

24 października :: Mail nr 6 - epopeja z Kathmandu

A więc, jak już wiecie, jestem w Kathmandu. Napiszę teraz jak tu dotarłem.

Człowiek z biura Sajada zawiózł mnie na dworzec. Tam od razu zebrała się grupka gapiów. Wszyscy oczywiście byli ciekawi co to za gościu z rowerem przyjechał i wszyscy za odpłatnością chcieli mi pomagać. W końcu wybrałem jednego takiego, najmniej zamożnego hindusinę i poszliśmy na dworzec. No, dopiero teraz zobaczyłem jak duży to obiekt (dwa lata temu nie miałem na to czasu, biegliśmy i goniliśmy pociąg). Teraz wszystko poszło gładko i bez problemów.

W wagonie okazało się, że będę miał sąsiadki Europejki, jak się później okazało Rosjanki z Sant Petersburga. Okazało się też, że także chcą jechać do Lhasy i prawie w ogóle nie znają angielskiego. Ot takie szalone dwie kobiety (jedna tak około 50 lat, druga ok. 25 lat). Sama podróż minęła dość szybko i przyjemnie (kuszetka, klimatyzacja), tylko z rowerem robili trochę problemów, ale kilka $ załatwiło sprawę.

Sonauli - granica indyjsko-nepalska

Wydawało mi się, że anomalie pogodowe tego regionu już nie dotyczą. Myślałem, że już od miesiąca powinno być po monsunie, a tu w Gorakpurze i okolicy od dobrych kilku dni cały czas lało. Indie fatalnie wyglądają w deszczu.

Po wyjściu z pociągu i załadowaniu wszystkich moich tobołków na rower szybko poszukaliśmy jakiegoś biura i wykupiliśmy bilety na autobus średniego standardu (do Kathmandu od razu 7$ + 3 $ za rower), który miał być za godzinę. Ale podjechał jakiś inny autobus, najgorszego chyba standardu i nas do niego wpakowali. Rower i plecaki Rosjanek wylądowały na dachu, my i reszta naszych rzeczy w autobusie. Tłok był niemiłosierny, ale jakoś udało się dojechać do Sonauli. Tu w strugach deszczu z pomocą dwóch riksz dojechaliśmy od dworca do granicy, wykupiliśmy wizy (jednokrotnego wjazdu po 30$, wielokrotnego 80$). Autobus do Kathmandu miał być za 30 min ale, że Rosjanki były głodne to najpierw coś zjedliśmy, a potem dopiero pojechaliśmy następnym autobusem do Kathmandu. W ogóle, to bardzo pozytywnie zaskoczony byłem w Nepalu. Zaraz po przekroczeniu granicy podszedł do mnie jakiś Nepalczyk i spytał, że to pewnie ja chcę jechać do Kathmandu i ma dla nas bilety na drugi autobus (ten gościu z Gorakhpuru zadzwonił do niego i powiedział mu , że będzie taki Big Man z Bajkiem (Duży Człowiek z Rowerem).
Łatwo było mnie odnaleźć. Fajnie być Big Manem... Zapłaciliśmy od razu za pokoje w Kathmandu (6$ pokój 2 osobowy i 4$ jedynka)

Jednak już po wejściu do autobusu zacząłem żałować, że jestem Big Manem. Ledwo co się wpasowałem w siedzenia. Nie mogłem siedzieć przodem, tylko bokiem i głową dotykałem dachu. Przy wyboistej drodze wiecie co to znaczy. Dobrze, że po 2 godzinach jazdy zwolniło się obok mnie miejsce i mogłem zajmować dwa siedzenia.

Podczas jazdy przyczepił się do Nadjeżdy Iwanowny (tej starszej) jakiś Hindus z "pricioska" ala Adolf Hitler. Chodził za nią wszędzie, podpalał papierosy, ale mimo to nie wzbudził sympatii.

Około północy w autobusie rozległ się niezły huk i zrobiło się ciemno od dymu. Już myślałem, że najechaliśmy na kogoś, albo nie daj boże spadł mój rower z dachu i przejechaliśmy go. Okazało się, że złapaliśmy gumę. Dobrze, że miałem latarkę, to znacznie przyspieszyło wymianę koła. Poczułem się z tego faktu bardzo dumny i już z czystym sumieniem mogłem zajmować dwa miejsca.

Przed godzina 6:00 czasu miejscowego (3:45 czasu polskiego, a jak była już zmiana czasu, to 4:45) byliśmy w Kathmandu, szybko odnaleźliśmy (znaczy się ja odnalazłem) hotel, trochę obmyliśmy się i przespaliśmy.

Po obiedzie rozpocząłem boje o wizę tybetańska i wjazd do Lhasy. Tak jak przypuszczałem nie jest to łatwe, szczególnie jeśli chodzi o rower. Generalnie, to dają wizy na 12 dni (26$), trzeba wykupić też jakieś pozwolenie za podobną kwotę i trzeba wjechać z wycieczką zorganizowaną do Lhasy (od 400 do 500$. Sama wycieczka trwa 8 dni: 4- 5 dni podróż do Lhasy, 2-3 dni zwiedzanie Lhasy i jeden dzień na powrót. Mnie wiza na 12 dni nie urządza. Miałbym 5 dni na pokonanie prawie 1000 km po bardzo ciężkim terenie. Szef hotelu i zarazem właściciel biura powiedział , że dla mnie może za odpowiednią oplatą postarać się o przedłużenie wizy do 15 dni (no, wtedy miałbym 8 dni na powrót - przy korzystnych wiatrach może i by się udało). Aha powinienem wykupić jeszcze jedno jakieś pozwolenie na samodzielny powrót na rowerze. Podsumowując koszt całej eskapady, to jakieś 550$ + wydatki na miejscu + 30$ za wizę nepalską, czyli razem sporo ponad 600$.

Obszedłem kilka biur w okolicy i wszyscy mniej więcej to samo mówili. A jeszcze w tamtym roku można było bez problemu wjechać na 25 dni za 110 - 120$.

Kandydatka na żonę

Postanowiłem zasięgnąć także języka u tubylców. W tym celu udałem się do jakiegoś sklepiku i zacząłem oglądać stroje tybetańskie i wdałem się w gadkę z jego właścicielem. Powiedział, że można było wjechać taniej za 75$ do Lhasy autobusem, ale wizę trzeba łatwić samemu w ambasadzie, i że jutro pomoże mi w tym. Myślę sobie, no jest OK, aby tak dalej. Generalnie to powiedział, że może mi prawie wszystko załatwić po tym jak kupiłem taką kolorową tybetańską bluzo - kurtkę (35$). Zaczęliśmy rozmawiać o rożnych rzeczach, poczęstował mnie herbatą, spytał czy mam żonę. Odpowiedziałem, że jeszcze nie, ale myślę nad tym. Trochę się tym mój nepalski przyjaciel zmartwił, ale powiedział, że o to też mogę się nie martwić - on mi żonę może szybko załatwić, nawet szybciej niż wjazd do Tybetu.

Mam kurtkę, mogę mieć też żonę, jest coraz lepiej. Przydały by się jeszcze jakieś spodnie do tej bluzo - kurtki. Z dobraniem spodni był największy problem, ale czego się nie zrobi dla przyjaciela. Od ręki uszyli dla mnie spodnie - zobaczcie sami jakie...no jak w takim stroju jak się pokażę w Polsce to żonę znajdę sobie w 5 minut... :)

Po wypiciu kawy poszliśmy obejrzeć kandydatkę na żonę. No musze przyznać, że wpadła mi w oko, a i bardzo sympatyczna się okazała. No dobra, prześlę wam nawet jej zdjęcie (szkoda, że fotka słabo wyszła i w rzeczywistości wygląda ona lepiej niż na fotce).

Z gościem w sprawie Tybetu umówiliśmy się na poniedziałek rano, a temat żony mam sobie przemyśleć. Tak więc mam nad czym myśleć. Jak można wjechać do Tybetu, czy to do zrobienia, ale czy ma to sens - za ta kasę można zorganizować sobie wyprawę np. do Ameryki Południowej...). Czy zdążę wrócić rowerem, no i oczywiście o kandydatce na żonę (a Wam jak ona się podoba? ;).

Czeka mnie chyba bezsenna noc...

25 października - Kathmandu cd.

Mamy wtorkowy wieczór. Podjąłem decyzję, że nie będę na razie pchał się do Tybetu. Zorganizowanie tego tak jak ja bym chciał jest bardzo trudne (nie dają w zasadzie wizy teraz dłużej niż na 15 dni (standard 12 dni) i wizę trzeba załatwiać grupowo min. 5 osób i przez biuro podróży). Generalnie rozwiązanie takie jakie by mnie interesowało (idealne dla mnie) kosztowałoby mnie ok 2000 $ (wynajmuje tylko dla siebie jeepa i przewodnika i on wiezie mnie szybko do Lhasy i wtedy mam ok 12-13 dni na pokonanie tego 1000 km - to już jest realne.

Jutro wybieram się na 2 dniowy rafting - spływ na pontonie jakąś rzeką - chyba Kali Gandaki, a potem 2 dniowe safari w Parku Chitawan (na słoniach oglądanie nosorożców, słoni, może i tygrysów...i innych zwierzaków. Można będzie trochę po fotografować.

Buddyjska stupa

Tak więc zapewne teraz odezwę się dopiero w niedzielę. Potem planuję pojeździć trochę rowerem po okolicy Kathmandu. Może podjadę na samą granicę z Chinami, i może za jakąś niezadużą łapówkę uda się wjechać do Tybetu na jakieś 3-4 dni (wjechać na przełęcz La-Lungle (5200 mnp). Potem będę się kierował do Pokhary i tam będę chciał, jeśli czas pozwoli zrobić sobie treking wokół Annapurny (jazda w otoczeniu 7 i 8-mio tysięczników na wysokości dochodzącej w jednym miejscu do 5400 m - a więc całkiem nieźle).

Potem powrót do Delhi, jeśli czas pozwoli, to chciałbym jeszcze zahaczyć o Waranasi i może Jaipur (jeszcze nie byłem).

Przesyłam trochę fotek z Kathmandu. Generalnie, to będę mógł wszystko dokładnie obejrzeć, a nie gnać na łeb, na szyję aby zdążyć w okresie trwania wizy wrócić do Nepalu, a potem dojechać do Delhi.

Delhi - Widok z hotelowego okna Droga do Kathmandu - Nadiezda i jej wielbiciel Święty to równy gościu Panienka z okienka Małe modelki Nepalska dziewczynka 2 Nepalska dziewczynka 3 Nepalska dziewczynka Nepalski chłopiec Mnisi buddyjscy

A co do nowego prezydenta - mógłby być trochę postawniejszy, bardziej pasuje na prezydenta Nepalu niż Polski... ale ja tym razem nie brałem udziału w wyborach.

Contents copyright © 2001-2010, CYKLOiD. All rights reserved.
Zawartość oraz forma Kalendarza Wypraw Rowerowych XXI wieku podlegają ochronie praw autorskich. Kalendarz...XXI wieku nie może być powielany lub prezentowany w inny sposób jak tylko na stronie macierzystej projektu, to jest http://wyprawy21.cykloid.pl/.