www.wyprawy21.cykloid.pl :: Wyprawy Rowerowe XXI wieku
Pochodzi z Gdańska, jego rodzinne korzenie sięgają Dąbrówki Malborskiej k. Malborka. Od 1997 roku studiuje na trójmiejskich uczelniach. Ukończył Politologię na Uniwersytecie Gdańskim, Europejskie Studia Specjalne na Politechnice Gdańskiej, a obecnie zgłębia Zarządzanie i marketing na UG. Pasjonują go coraz to nowe wyzwania, a podróżując ma okazję spełniać swoje marzenia.
Pasję podróżniczą rozwija w podróżach na wschód. Był już w Kazachstanie (2004), Ukrainie i Mołdawii (2006) i na Zakaukaziu (Gruzja, Armenia, Azerbejdżan) w 2007.
Teraz czas na wyprawę rowerową na Koniec Świata: Gdańsk - Pekin - Władywostok.
Tekst i fotografie: Krzysztof Przemysław Skok
Dzień zaczął się stosunkowo późno i leniwie. Przed południem udało mi się tylko wysłać relację z piątku oraz pooglądałem sobie z rodzicami Vlada ich rodzinne zdjęcia.
Po południu wyruszyliśmy na zwiedzanie. Najpierw było Centrum Tuły, którego wizytówką jest Kreml (nasz zamek) z dziewięcioma basztami, wybudowany na początku XVI wieku. Niestety, ale poza dziewięcioma basztami i spinającym je murem, w środku jest duży bardzo duży dziedziniec, na którym są Cerkiew i Muzeum Róży. Samo wejście na Kreml kosztowało 20 rub., a za muzeum dodatkowo płaci się 10 rub. W trakcie zwiedzania Kremla do naszej trójki (Vlad, Lena i ja) dołączył Aleksej. Będąc w Tule nie można zapomnieć o piernikach, z których miasto słynie są naprawde smaczne.
Już w czwórkę pojechaliśmy samochodem kilka kilometrów za miasto do Janej Polany, czyli miejsca, gdzie urodził się, tworzył i został pochowany Lew Tołstoj. Jest tam bardzo pięknie. Wszystko robi wrażenie dziewiętnastowiecznego parku. Na początek przechodzi się przez groblę i idzie alejką wsród drzew pod górę, po czym skręca się w lewo. Tam po kilkudziesięciu metrach można po prawej stronie zauważyć dom Lwa Tołstoja, a po lewej stronie stajnię dla koni (można się przejechać bryczką po parku). Kilkadziesiąt metrów za domem jest rozwidlenie ścieżek. W lewo ścieżka prowadzi do miejsca pochówka pisarza, a prosto przez mały lasek na Jasną Polanę. Przy wejściu na Polanę stoją dwa stare drzewa, które rosnąc wzajemnie się oplotły. Wówczas też moi przyjaciele wytłumaczyli mi pochodzenie nazwy Jasna Polana. Otóż została ona tak nazwana ponieważ każdego dnia oświetla ją słońce, a każdej nocy łuna. Trzeba przyznać, że całe miejsce robiło niesamowite wrażenie cisza, spokój, ćwierkające ptaszki. Aż żal było wychodzić.
Po powrocie czekał na nas obiad (a właściwie kolacja), której głównym daniem dla mnie był wyśmienity barszcz. Wieczorem jeszcze chwilę posiedzieliśmy w restauracji, ale pożegnaliśmy się przed 23.
O 6 rano pobudka. Było 30 min na poranną toaletę i śniadanie zdążyłem. Następnie szybko udaliśmy się z Vladem na dworzec kolejowy. Po drodze spotkaliśmy Aleksieja, którego podwozili rodzice samochodem, więc kawałek i my pojechaliśmy. Powodem naszego pośpiechu był expres do Moskwy. Do kas nie było kolejek, więc szybko daliśmy paszporty i pieniądze, a po chwili były bilety. Co ciekawe, nasz pociąg jechał 2,5h, a więc godzinę szybciej niż elektriczka. Zapłaciliśmy za bilety 3 kl. 219 rub., a miejsca były wygodniejsze (rezerwacja) niż w elektriczce, na którą bilet kosztuje 226 rub.
Po przyjeździe do Moskwy na Dworzec Kurski, postanowiłem ustalić ceny biletów na interesujących mnie trasach. Władywostok Moskwa 2900 rub., Irkuck Moskwa 2500 rub., a Moskwa Kaliningrad 1100 lub 780 rub. (zależy od pociągu, jedzie 22 godz.) oczywiście wszystko plackarty. Następnie pożegnałem się z Aleksiejem i Vladem (któremu jeszcze raz podziękowałem za gościnę), którzy poszli do pracy, a ja wróciłem do siebie. Idąc od przystanku metra, zatrzymałem się na chwilę obok zoo. Nie chciało mi się jednak zachodzić do środka, tylko przez chwilę popatrzyłem przez kraty.
Popołudnie spędziłem na przeglądaniu sakw, tj. Ich stanu technicznego oraz czy nie ma w nich jeszcze czegoś, czego mogę się pozbyć. Był też krótki spacer i drobne zakupy w spożywczaku. Wieczorem zadzwoniła jeszcze mama. Ja natomiast kładłem się spać z postanowieniem, że jutro rano wstaję i jadę do Konsulatu Białorusi wyrobić w trybie expresowym wizę tranzytową na drogę powrotną. To kosztuje podobno 20 euro, a powrót przez Kaliningrad znacznie skraca czas podróży i obniża koszty. A powrót i tak był planowany przez Kaliningrad.
O 7 rano pobudka, o 8 rano wychodziłem na metro, którym udałem się do przystanku Kitay Gorad, z którego wyszedłem na ulicę Marusiejki, przy której mieści się Ambasada Białorusi. Tam czekała mnie przykra niespodzianka z okazji święta nie pracują dziś i jutro oraz 09.05.2008 roku. Ochroniarz mi tylko potwierdził, że faktycznie wyrabiają expresowe wizy tranzytowe w ciągu jednego dnia. No i poinformował mnie, że Konsulat Białorusi mieści się w budynku za rogiem. Tak więc już przed 9 wiedziałem, że plan wizy upadł.
Postanowiłem pójść pieszo na Plac Czerwony i zwiedzić okolicę. Ale i tu szybko okazało się, że nie jest tak fajnie. Otóż z okazji święta zakończenia wojny, które tu ochodzą 9 maja, już dziś i jutro są piewrsze defilady wojsk na Placu Czerwonym i jest on zamknięty, chyba że ma się specjalną wejściówkę. Ja jej nie miałem, ale jak gdyby nic ustawiłem się w kolejce do sprawdzenia, czy czegoś nie wnoszę. O bilet nawet nie zapytali. Udało się przejść nawet pomiędzy wojskami do trybuny dla widzów, która stała k. Mauzoleum Lenina, zrobiłem kilka fotek, ale na trybunę bez biletu nie wpuścili. Po chwili kręcenia się i robienia zdjęć wypatrzył mnie jeden z ochroniarzy wojskowych i wyprowadził mnie z Placu Czerwonego. Obszedłem go naokoło, przy okazji podziwiając zabudowania sąsiednich ulic. Wszystko jednak było pozamykane. Pozostał więć spacer ulicą Twerską w kierunku mieszkania. Do siebie dotarłem przed 1.
Do obiadu była godzina czasu, więc postanowiłem, że szybko wypiję kawę i zakleję dętkę w tylnym kole roweru (jak przyszedł rower do pokoju, znowu zrobiła się dziura). Kiedy rozebrałem koło i próbowałem napompować dętkę, aby sprawdzić gdzie jest dziura, pękł wentyl. To był koniec tej dętki. Stwierdziłem, że szkoda na nią czasu i z torbu wyjąłem nową dętkę. I przyszła kolejna praca rozwiercenie otworu w feldze, ponieważ nowa dętka ma wentyl samochodowy, a stara miała tradycyjny rozmiar. Więc po obiedzie było najpierw rozwiercenie felgi, a dopiero później złożenie koła. Następnie znowu starciłem dużo czasu na wyregulowanie tylnej przerzutki. Nie jestem fachowcem w tych sprawach, a i cierpliwości nie mam zbyt dużej. W końcu jednak udało się. Postanowiłem więc rowerem wybrać się na pocztę, aby wysłać kartki z Moskwy. Po dwóch tygodniach przerwy znowu na rowerze, jak fajnie. Przejechałem 3,72 km.
Wieczór to już telefon od kolegi Sławka, wysłanie ostatnich e-maili i przerzucenie kolejnych zdjęć z aparatu na pamięć oraz wypranie ostatnich brudnych rzeczy, aby na drogę było wszystko czyste.
Wieczorem zadzwoniła do mnie mama - od niej wiem, że popsuła się trochę pogoda, czyli w Moskwie piękna pogoda też sięskończy, zapewne w poniedziałek.
Budzik mialem ustawiony na 7 rano. Pomimo ze wczesniej nie moglem doczekac sie wyjazdu, to wstawanie szlo opornie. Po sniadaniu udalem sie jeszcze na chwile do Kosciola - gdy wychodzilem z niego zaprzyjazniony Ks. Arkadiusz zaczal msze w j. rosyjskim - jedna z intencji byla za mnie! Jako ze wyruszylem bez przyczepki, a i dawno nie pakowalem sie, to tym razem zeszlo mi to znacznie dluzej niz planowalem. Ostatecznie worka z rzeczami nie wyslalem do Irkucka - moze na przekor. Zostal on u Pana Czeslawa (opiekowal sie mna w Moskwie) i on go wysle pod wskazany adres, ktory podam mu z trasy. Na pozegnanie byly oczywiscie pamiatkowe fotki z moimi dobrodziejami.
No i ruszylem ok 11. Najpierw zajechalem zrobic pamiatkowe fotke przed Konsulat RP, a nastepnie na Plac Czerwony, gdzie tez zrobilem kilka fotek. Dalej juz byla tylko droga. Wyjazd z Moskwy okazal sie prostszy niz myslalem - raz tylko zapytalem sie o droge i raz zerknalem na mape, a bodajze po 3 km byl juz znak M7, tj. nr mojej drogi. Praktycznie cala droge mialem wiatr w plecy oraz czulem sie niesamowicie lekki. Jechalo mi sie niesamowicie szybko, pomimo niskich przerzutek. Nawet nie spocilem sie (temperatura powietrza byla troche ponizej 20 stopni). Ale niestety kolano bolalo praktycznie od pierwszych kilometrow.
Nocleg znalazlem ok. 90 km od Placu Czerwonego (od niego mierzone sa km) w trzecim domu, w ktorym poprosilem o nocleg (w niektorych nie bylo ludzi, bo w tym rejonie jest duzo daczy). Nocuje u prawoslawnego popa. Pocztkowo mial mie tylko nakarmic i zafundowac pokoj w hotelu, ale ostatecznie zostalem na noc w oddzielnym budynku (tam maja kuchnie). Mam tylko nie mowic gdzie i podawac jego danych.
Dystans dnia - 104.55 km
czas jazdy - 5:30:52 h
srednia predkosc - 18.95 km/h
Wstalem o 6.35 - moi gospodarze o 7.45 wyjezdzali do swojego kosciola (na swoja cerkiew mowia Hram). Calkiem interesujacy ludzie. On pop oraz jego zona, ktora sie wszystkiego bala - nawet nie kazala mi brac tabletek bi nie mozna (nie posluchalem). Wieczorem na poczekaniu ugotowali zupe rybna z Jesiotra, do kolacji otworzyli butelke Martini - nawet jak dla nich pilem zbyt wolno i poprzestalem tylko na jednej, duzej lampce. Dzis na droge dostalem domowy chleb, pare jajek, puszke rybna i z ikra oraz ok. 0,5kg ciastek. Chcieli mi tez dac butelke zsiadlego mleka, ale nie mialem juz, gdzie to zapakowac. On w tajemnicy przed zona dal mi na pamiatke swoja fotografie i 1000 rub.!
W drodze nic ciekawego sie nie dzialo. Rano byl przymrozek, a do ok. 15 pomimo slonca wial bardzo zimny wiatr (czesciowo pomagal). Ciezko bylo nawet robic przystaki, a jak byly do glownie na stacjach benzynowych, aby w cieplym byc. Ok. 17 dotarlem do Wlodzimierza. Zrobilem zobie pamiatkowe zdjecie przy Zlotej Bramie, troche sie pokrecilem po okolicy i udalem sie do Kosciola Katolickiego. Mialem informacje, ze jest tam rosyjski ksiadz, wiec byla szansa na nocleg. Jednak okazalo sie, ze ksiadz wyjechal, ale byly 2 polskie siostry zakonne. One poprowadzily liturgie slowa, komunie Sw. oraz Nabozenstwo Majowe (po raz pierwszy uczestniczylem w takiej modlitwie). Po mszy Sw. przez dluzsza chwile stalismy i rozmawialismy w Kosciele (zauwazylem, ze w Rosji rozmowy w Kociolach sa czyms normalnym). Przy okazji delikatnie poruszylem temat noclegu. Pomogl mi w tym czwarty uczestnik rozmowy, Aleksiej. Jego dziadek byl Polakiem, sam tez calkiem niezle mowi po Polsku. Zadzwonil do domu i jego mama zgodzila sie, aby zaprosil mnie do siebie na noc.
Aleksiej mieszka w mieszkaniu w starej kamienicy, spory kawalek drogi od Centrum. Przesiedzielismy caly wieczor przy herbacie i rosyjskich cukierkach (sa pyszne). Rozmawialismy o zyciu w Polsce i w Rosji, o stereotypach, ktore mamy na wzajem o sobie. Troche rozmawiala z nami takze mama Aleksieja, na codzien wykladowczyni j. angielskiego na Uniwersytecie Wlodzimierskim.
Dystans dnia - 90.24 km
czas jazdy - 5:27:58 h
srednia predkosc - 16.50 km/h
Wstalem o 7.15, aby pozegnac sie z Aleksiejem, ktory wychodzil do pracy. Pozniej jego mama przygotowala sniadanie i rozpoczelismy mila rozmowe. Od niej wiem, ze srednia zaplata w 2007 roku w Oblasti Wlodzimierskiej wynosila 8000 rub., a minimalna 3700 rub. (370 zl).
Po 9 rano wyruszylem na zwiedzanie Wodzimierza, miasta, ktre zdecydowanie naley odwiedzic. Szczegolna uwage przyciaga Sobor Uspienski (niestety ze wzgledu na odprawiane nabozenstwo, moje zwiedzanie bylo ograniczone). Nastepnie udalem sie do kafejki internetowej - za 1 godz. i 10 min zaplacilem 63 rub.
Przed 12 wyruszylem do Bogulubowa, gdzie byl kolejny Sobor i zabudowania klasztorne. Zwiedzanie zajelo mi ok. 30 min., a za wejcie zaplacilem 12 rub. (znizka studencka). Dalej juz byla tylko droga z przystankami co ok. 10 km. Wial zmienny wiatr, a po 15 nawet sie ocieplilo.
Kolano niestety boli. Jadac wlasciwie o niczym innym nie mysle, tylko o nim. No i o tym, czy z takim kolanem mozna mozna jechac. Napotkana przypadkowo we Wlodzimierzu lekarka z Kalingradu potwierdzila, ze to raczej nie lakotka, ale przeciazenie. Wg niej kolano w drodze nie przestanie bolec, czyli dalsza droga do Pekinu z bolacym kolanem? Dadatkowo zauwazylem, ze wiecej pracuje prawa noga.
Po poludniu dopadla mnie niestrawnosc zoladka, a wlasciwie cos na nim "stanelo". Podejrzenie padlo na konserwe rybna, ktora dostalem od popa. Tabletki nie pomagaly. Na nocleg zjechalem ok. 20.20 (brakowalo miejscowosci przy drodze, wolno jechalem). Na dodatek chyba dopadla mnie goraczka. Na szczescie strasci ludzie, do ktorych dotarlem, dali do picia mala, goraca, czarna herbate i poszedlem spac ok. 9. Zreszta dziadki, ktorzy byli z malym wnukiem Jagorka, rowniez szybko poszli spac. Wieczorem probowala dodzwonic sie mama - ale padla bateria w komorce, a ja bylem zbyt slaby, zeby szukac po ciemku kontaktu i ja ladowac.
dystans dnia - 71,55 km
czas jady - 4:56:10 h
srednia predkosc - 14,49 km/h
dystans calkowity - 2023 km
calkowity czas jazdy - 117:17 h
W nocy obudzil mnie kilka razy placz Jagorki - podobno dla tego, ze za duzo biegal w ciagu dnia. Pospalem sobie do 9 - z zoladkiem bylo jakby lepiej, ale krople zoladkowe i tak wypilem. Zjadlem dietetyczne sniadanie i trzeba bylo zbierac sie do drogi. Wyjechalem ok. 10.20 i po przejechaniu 24 km (byl jeden postoj) zadekowalem sie w calkiem sympatycznej restauracji. Zoladek meczyl, a na dodatek dopadly mnie drgawki (jakby z zimna) i sennosc). Bylem tam prawie 3 godz. i przez pierwsze 2 bylo ze mna zle. Wypilem najpierw wegiel, a po godz. kolejne tabletki i wkoncu przeszlo.
W dalsza droge ruszylem ok. 15. Czulem sie nawet niezle, tylko zoladek bolal - nie wiedzialem tylko, czy z choroby, czy z glodu. Po 20 km dotarlem do miejscowosci Vjazniki, gdzie na wiezdzie kuplem Cole. Po kilku jej lykach zoladek zaczal pracowac, ale bol nie ustapil. Zakupu dokonalem na stacji benzynowej, gdzie zrobilem tez wywiad w sprawie internetu. Pracownik nawet wykonal telefen na informacje, aby sie dowiedziec, gdzie on jest w miescie. Niestety 9 Maja w Rosji to duze swieto, a Vjazniki to "Miasto Gieroj", czyli miasto, ktore oparlo sie atakowi Niemcow podczas II wojny swiatowej. Postanowilem jednak przejechac sie przez cale miasto. Widac bylo, ze ludzie mocno "swietuja", szczegolnie ci starsi. Internet oczywiscie bez szans, a miasteczko nie zrobilo wiekszego wrazenia. Zauwazylem tylko pomnik Stalina, a dokola niego rosnace kwiaty.
Kilka kilometrow za miastem spotkalem motel z ogrodzonym placem dla TIRow - byly dwa "nasze", ale kierowcy spali. 15 km dalej byl kolejny parking i tam byl jeden "nasz", z ktorym porozmawialem sobie jakies pol godziny. Proponowal mi nawet nocleg w kabinie, ale ja wolalem w wiejskiej chacie. Kilka kilometrow dalej byla wioska, dobry km od glownej drogi. Tam w drugim wybranym domu dostalem nocleg. Gospodyni (juz po 60) z pochodzenia Polka, zwala mnie swoim "synok". Wieczorem zadzwonila siostra, ale rozlaczylo nas, poniewaz u mnie jest nr telefonu na Moskiewska Oblasc i obecnie tez place za polaczenie - pewnie karte wyczyscilo.
dystans dnia - 82,01 km
czas jady - 5:17:57 h
srednia predkosc - 15:47km/h
Przebudzil mnie ruch po 6 rano, ale udalem, ze spie. Anna obudzila mnie o 7, a chwile pozniej podala duzy talerz smarzonej jajecznicy z kielbasa (tej drugiej bylo znacznie wiecej). Nie pomogly opory, ze to za duzo (o szkodliwym tluszczu dla zoladka nawet nie probowalem tlumaczyc) - musialem zjesc pelny, gleboki talerz. Bylo tyle tluszczu, ze nie pomoglo nawet jakies 20 ml spirytusu leczniczego (70%). Witalij wstal o 8, ale byl bez humoru (byly gimnastyk sportowy i lekkoatleta), podobnie jak corka sasiadki, ktora ta przyprowadzila, abym mogl ja poznac.
Na pierwszym z moich przystankow zagadnal mnie czlowiek, twierdzac, ze jakies 1,5 km przede mna idzie do Pekinu jakis austriak. Ciekwawe jak on chce zdarzyc - pomyslalem i ruszylem w droge, aby go spotkac. Niestety, ale akurat bylo miasto po drodze, wiec pewnie tam gdzies znikl.
Wyruszylem przed 10. Droga to istna meczarnia - byla wyjatkowo plaska, ale zoladek. Jechalem glodny caly dzien, a pomiedzy 12 a 18 wypilem 15 kapsulek wegla leczniczego - bez efektu.
Do granic Niznego Nowgorodu dotarlem po 18, ale od bram miasta do centrum bylo do przejechania ponad 20 km, w tym jeden bardzo ostry podjazd (pelna redukcja przerzutek) - ja go spokojnie pokonalem w odroznieniu od miejscowego chlopaka, ktory zszedl z roweru i pchal go pod gore! Interesujacym momentem byl przejazd przez most w miejscu w ktorym Oka laczy sie z Wolga. Bardzo ladne miejsce, a za rzeka po lewej stronie Kreml, a po prawej cerkiew z zabudowaniami klasztornymi.
dystans dnia - 97,22 km
dystans calkowity - 2202 km
czas jazdy - 5:53:44 h
calkowity czas jazdy - 128:29 h
srednia predkosc - 16,49 km/h
Dziś był planowany odpoczynek, więc sobie trochę pospałem (ostatnio coś dużo śpię). Niestety miałem też jeden przykry obowiązek - pranie i to w Zielone Świątki. Zabrałem się do tego od razu jak wstałem, ponieważ całe ubranie "pachniało" tą konserwą rybną. A poza tym to dzień minął na miłym wypoczynku.
Byłem na Mszy Św. w Kościele Katolickim (główne elementy mszy były w językach rosyjskim i angielskim) oraz na Internecie. Z nim było jednak trochę problemów. Najlepsze i najtańsze miejsce było w remoncie, więc udałem się na Główną Pocztę Rosji - celny strzał, ale był jeden problem - nie można było wysyłać zdjęć (blokada na czytaniu dysków wymiennych). Więc po godzinie ruszyłem dalej. Innego Internetu jednak nie znalazłem, ale udało mi się zdjęcia z aparatu przerzucić na dwie pamięci, a jedną z nich nagrać - za całość razem z CD zapłaciłem 180 rub.
Późne popołudnie i wieczór to czas poświęcony na spacer po Balszoj Pokrowskij (bardzo długi deptak) od Placu Gorkiego do Kremla i z powrotem. Interesujące i bardzo ładne miejsce ze starą zabudową i sporą ilością zieleni (jak w całym Niżnym N.) Na Kreml wszedłem bez biletu (nie zauważyłem kas), ale nie chciało mi się całego obejść. Na zewnątrz bardzo okazale prezentowały się stare mury, natomiast środek to zabudowa raczej z XIX wieku - jak dla mnie nie pasująca do murów. Obok wejścia rzucała się w oczy wystawa sprzętu wojennego z pierwszej połowy XX wieku. Wracając zauważyłem, że jest jeszcze 19 stopni ciepła, a była akurat 20.00. Uświadomiłem sobie także, że to już 20 dzień z rzędu stosunkowo dobrej pogody, bez deszczu. Pewnie wkrótce się to skończy.
Contents copyright © 2001-2009, CYKLOiD. All rights reserved.
Zawartość oraz forma Kalendarza Wypraw Rowerowych XXI wieku podlegają ochronie praw autorskich. Kalendarz...XXI wieku nie może być powielany lub prezentowany w inny sposób jak tylko na stronie macierzystej projektu, to jest http://wyprawy21.cykloid.pl/.