www.wyprawy21.cykloid.pl :: Wyprawy Rowerowe XXI wieku
Pochodzi z Gdańska, jego rodzinne korzenie sięgają Dąbrówki Malborskiej k. Malborka. Od 1997 roku studiuje na trójmiejskich uczelniach. Ukończył Politologię na Uniwersytecie Gdańskim, Europejskie Studia Specjalne na Politechnice Gdańskiej, a obecnie zgłębia Zarządzanie i marketing na UG. Pasjonują go coraz to nowe wyzwania, a podróżując ma okazję spełniać swoje marzenia.
Pasję podróżniczą rozwija w podróżach na wschód. Był już w Kazachstanie (2004), Ukrainie i Mołdawii (2006) i na Zakaukaziu (Gruzja, Armenia, Azerbejdżan) w 2007.
Teraz czas na wyprawę rowerową na Koniec Świata: Gdańsk - Pekin - Władywostok.
Tekst i fotografie: Krzysztof Przemysław Skok
14.04.2008
Wstalem o 6 rano - szybka toaleta, a nastepnie ponad 20 min. gimnastyki na rozgrzewke dla rozruszania misni po dniu przerwy. Dalej bylo sniadanie z moim przyjacielem i gospodarzem Antonim Zakiewicz, ktore to wspaniale przygotowala jego mama. Ona tez podarowala mi chleb Sw. Agaty, aby chronila mnie przed nieszczesciami w podrozy (dzien wczesniej otrzymalem rozaniec od mojej kolezanki Reginy Klukowskiej).
Ok. 8 rano wyruszylem z Niemenczyna w kierunku Lotwy. Po przejechaniu 20 km spotkalem tate Antoniego, z ktorym jeszcze chwile posiedzialem i porozmawialem. Czas spedzony w samochodzie pozytywnie wplynal na moje samopoczucie, ktore ze wzgledu na zimny wiatr i pochmurne niebo nie bylo najlepsze. 10 km dalej byla Wies Wesolowka z polska szkola, w ktorej dyrektorem jest moj dobry kolega Robert Komorowskij. Zaprosil mnie dzien wczesniej, abym poprowadzil lekcje geografii dla starszych klas, poswiecona mojej wyprawie. Bylo tez duzo pytan uczniow i autografy! Nastepnie poczestowano mnie obiadem oraz kawa z ciastkami. Dostalem takze kanapki na droge.
Kolejne 70 km byloby bez historii, gdyby nie fakt, ze przejechalem przez Centrum Uteny, w ktorej nic ciekawego nie zauwazylem. Za Utena na parkingu spotkalem dwoch kierowcow TIRow (Marcina i Przemka z Siedlec). Zaprosili mnie na kawe, a na koniec byly pamiatkowe zdjecia. Dalej juz jechalem przy slonecznej pogodzie, a i wiatr delikatnie sprzyjal. Ok. 20 zaczalem rozgladac sie za noclegiem - pierwsze trzy proby byly nieudane, a czwarta wyszla, gdy okazaalo sie, ze jestem Polakiem. Przyjal mnie do siebie na noc straszy Pan, ktorego ziec jest Merem Kowna! Ponad godzine siedzielismy i rozmawialismy sobie, nim polozylismy sie spac.
Statystyki dnia:
15.04.2008
Wstalem tradycyjnie o 6 rano - moj gospodarz juz nie spal. Kiedy ja bylem zajety poranna toaleta, on w tym czasie przygotowal sniadanie.
O 7.15 wyruszylem w droge. Do granicy mialem 20 km, ktore pokonalem w spacerowym tempie. Tam przekasilem, porozmawialem z Polskimi kierowcami TIRow (czekali az Pani skonczy sie przerwa, aby mogli kupic winiety). Do Daugavpils jechalo mi sie dobrze. Troche zwiedzilem miasto, a na jego obrzezach kupilem troche jedzenia.
Kolejne miasto na mojej drodze to Rezekne - 80 km dalej. Postanowilem je podzielic na cztery czesci, a po kazdej z nich krotka przerwa na przekaszenie. Pierwsza czesc poszla super - jechalem ok. 27 km/h. Niestety po przerwie nogi sie zbuntowaly - bolaly mnie, a jazda nie szla. Ostatecznie do Rezekne dotarlem godzine pozniej niz planowalem. Zatrzymalem sie na wjezdzie do miasta, aby zrobic pamiatkowe zdjecie. Ruszajac ponownie, ze zdziwieniem zauwazylem, ze mam usterke w rowerze - cos piszczalo jak pedalowalem (ale tylko do przodu). Zatrzymalem sie na pobliskiej stacji benzynowej, aby sprawdzic co sie stalo. Niczego nie zauwazylem, wiec ruszylem w miasto w poiszukiwaniu sklepu rowerowego lub mechanika, aby poradzic sie. Niestety bylo po 18 i bylo za pozno. Zatrzymalem sie na chodniku przy wyjezdzie z miasta i zaczalem od nowa przegladac wszystkie tryby. Zauwazylem, ze z tylu nie pracuje najmniejsza zebatka, a "z gory" jest wolny jeden bieg. Nie doszedlem o co chodzi, wiec zaczalem rozpytywac sie znajomych o mechanika. W pobliskim domu mieli znajomego, ktory naprawia rowery. Ale z przerzytkami nie miel jeszcze do czynienia. Ale 70-letnia Pani Irena, wlascicielka domu (syn Iman), jak sie dowiedziala, ze jestem Polakiem, zaproponowala mi nocleg, a rano syn ma mnie zaprowadzic do sklepu rowerowego.
Statystyki dnia:
16.04.2008
Wstalem wyjatkowo pozno - kiedy budzik zadzwonil o 7.30 wszyscy spali, wiec ja postanowilem pospac sobie do 8.15. po porannej toalecie udalem sie z synem Pani Ireny, Imamem, w poszukiwaniu sklepu rowerowego, w ktorym bylby mechanik. W pierwszym nie udalo sie, ale wskazali sklep kilka metrow dalej. Niestety byl otwierany o 10, a byla 9.15. Po 15 min. pojawila sie sprzedawczyni. Poinformowala ona, ze mechanik bedzie po poludniu. Krotki bajer o wyprawie i zadzwonila do mechanika, ktory pojawil sie po kilku minutach. Czekajac na niego zauwazylem, ze ceny czesci rowerowych sa o 15-20% wyzsze niz w sklepie rowerowym Zuchlinski w Gdyni. Naprawa trwala kilka minut, a wlasciwie to solidnie wyregulowal tylna przerzutke i troche przednia. Mam watpliwosci, czy to na dluzej wystarczy - czas pokaze. My wrocilismy do domu, gdzie Pani Irena przygotowala sniadanie, ktore troche sie przedluzylo. Warto zwrocic uwage, ze w Rezekne sa dwa koscioly katolickie i polska szkola.
Wyjechalem przed 12, ale to byle mekka - co prawda po kliku kilometrach wyszlo slonce, ale nim dojechalem do granicy i tak sie schowalo. Wiekszym problemem byl wiatr, pod ktory jechalem praktycznie caly dzien - momentami wial niemilosiernie. Dadatkowo kiepski stan drog lotewskich dobijal calkowicie. Przy wjezdzie na granice lotweska, Bialorusin, ktorego poprosilem o zrobienie zdjecia, goraco mnie namawial, abym zawrocil, bo dalsza droga jest zbyt niebezpieczna. Na granicy, pomimo ze spedzilem niecala godzine (bylem atrakcja i jechalem bez kolejki), zmarzlem okrutnie, a miesnie zesztywnialy. Przed odjazdem z niej zrobiono mi pamiatkowe zdjecie, ale od razu pogranicznicy mnie dopadli i kazali je wykasowac. Bylem tak zmarzniety, ze dojechalem do najblizszej stacji benzynowej, gdzie w barze zamowilem sobie goracy gulasz z makaronem i herbate. Chcialem jak najszybciej odjechac od granicy i szukac noclegu - niestety, ale bez efektu. Bylo klika domow na ok. 25 km od granicy, ale to raczej byly letniskowe (tzw. dacze) lub calkowite ruiny. Kilka kilometrow dalej natrafilem na motel z lozkiem za 200 rub. i prysznicem za 30 rub., czyli razem za 23 zl. Na tym spasowalem poszukiwanie noclegu.
Statystyki dnia:
18.04.2008 r.
Wstalem ok. 7 - gospodyni spieszyla sie na autobus i wkrotce wyszla, a gospodarz nie mial ochoty mnie puscic. Wiec byla kawa, sniadanie i mila rozmowa. Ja jednak o 8 ruszylem w deszczu, ktory towarzyszyl mi przez pierwsze 20 km.
Po 10 km, na wyjezdzie z Newela, zatrzymalem sie przy spozywczaku, gdzie zjadlem pierozka i kupilem na droge kwas chlebowy i czekolade. Jakies 2 km dalej stal znak, ktory wprowadzil mnie w oslupienie - informowal mnie, ze dalszy przejazd ta droga jest platny! Nie bylo jednak bramek z oplatami (szkoda, ze nie zrobilem zdjecia). Przez kolejne 100 km jakos sie jechalo - nawet niezle, tylko raz mialem 5 km remontowanej drogi, co oznaczalo przejazd po pamaranczowej mazi, pod ktora byly ostre kamienie. Zreszta cala droga byla przeplatana odcinkami dobrymi i dziurawymi (wszyscy bawili sie w ich omijanie). Przy jednej z takich dziur "wychaczyl" mnie radiowoz (jechalem srodkiem), ale skonczylo sie na pogadance o wyprawie. Nawet o paszport nie zapytali! Bylo to k. Vieleza, gdzie w spozywczaku posililem sie i zdjalem spodnie przeciwdeszczowe. Po 2 km musialem je znowu bierac. Po kolejnych 15 km znowu bylo goraco i trzeba bylo sie rozbierac.
Ostatnie 20 km to byla juz meczarnia - ewidentnie mialem juz dosc. Wkoncu doczolgalem sie do wioski, gdzie w pierwszym z brzegu domu otrzymalem goscine. Zona nie byla moze zachwycona, ale maz Vitalij (mial troche wypite) jak najbardziej byl za. Z nim zjadlem kolacje i jakies 2 godziny przegadalem - ma male gospodarstwo i niewielka firme budowlana (patrzac na wyglad w srodku i brak drzwi troche trudno w to uwierzyc). Spac poszedlem o 23.
Statystyki dnia:
19.04.2008
Wstalem po 7 - gospodyni doila juz krowy, a Vitalij jeszcze spal. Mialem wiec czas na spokojna gimnastyke na rozgrzewke. Gdy skonczylem pojawila sie zona i obudzila gospodarza. Jeszcze przed 8 byla jajecznica na sniadanie, a dla mnie paczka zywnosciowa - chleb, cebula, jajka i mleko. Przy zaczepianiu przyczepki okazalo sie, zze wyskoczyla metalowa opaska z uchwytu przyczepki i zostala w uchwycie przyczepki. W 5 min. bylo naprawione.
Ruszylem do Olszy, gdzie wg informacji od moich znajomych kierowcow TIRow, byl duzy przystanek "naszych". Po klikunastu metrach jazdy pojawilo sie dziwne skrzypienie w tylnym kole - na postoju troche naoliwilem i przeszlo (widocznie woda sie wdarla). W Olszy od razu zauwazylem postoj TIRow - faktycznie naszych bylo sporo. Marcina i Irka z Siedlec jednak nie zauwazylem (planowali tam byc w sobote rano), pomimo ze bylem tam ok. godziny. Natomiast na obiad zaprosil mnie do swojej ciezarowki Krzysztof - byla domowa zupa i pierogi o solidnej wielkosci. Bylo bardzo smaczne, dzieki! Na koniec bylo pamiatkowe zdjecie. W tym czasie ustapila tez silna, poranna mgla, ktora zastapily chmury. Deszczu jednak nie bylo.
Od przystanku w Olszy do Gniezdowa bylo tylko 9 km, a do Katynia kolejne 3 km. Pod Gniezdowem (miejscem wyladunku polskich oficerow) wyprzedzila mnie stara ciezarowka - odglos byl jak z tej wiezniarki z filmu A. Wajdy Katyn - uczucie okrutne! Dworzec kolejowy jest 150 m od glownego skrzyzowania, Wyremontowany, bez sladow z dawnych lat. A potem byl sam Katyn, a wlasciwie Memorial Katyn, jak nazwali to Rosjanie - miejsce straszne dla nich i dla nas. Jak przyjechalem bylem jedynym odwiedzajacym - panie z obslugi od razu przyszly zrobic mi pamiatkowe zdjcie i zaproponaowaly po zwiedzaniu herabte i toalete otworza dla mnie! Bylem traktowany wyjatkowo. Samo zwiedzanie bylo krotkie - w sumie to niewielki teren, a jak zobaczylem na cmentarzu nowozencow robiacych sobie pamiatkowe zdjecia slubne, odechcialo mi sie calkowicie chodzenia po nim. Przy wyjsciu panie czekaly na mnie, aby zaprosic do budynku administracyjnego, gdzie czekala na mnie juz kawa, kanapka, cukierki, no i oczywiscie byla "normalana" toaleta. W rozmawach gorowala kobieta, ktora w dniu dzisiejszym kierowala wszystkim - pytala co mysle o Katyniu, Zamek Krzyzacki w Malborku, o Unie Europejska (interesowalo ja m.in., czy pracami Komisji Europejskiej moze kierowac Rosjanin!). A na koniec czekala mnie telefoniczna rozmowa w Naczelniczka, ktora chciala wiedziec, czy mi sie podoba Cmentarz. W sumie przegadalem ok. 1,5 h.
Wyjechalem po 15 i po godzinie drogi bylem w Centrum Smolenska przed historycznym Soborem (widac go juz z daleka). Na podjezdzie pod Sobor poczulem bol w lewym kolanie. Zwiedzanie zajelo mi kilka minut, a potem trzeba bylo ustalic, jak jechac na Moskwe, aby nie nadkladac drogi. Ludzie kierowali mnie ronie, na szczescie intuicja, a nastepnie znaki drogowe wyprowadzily mnie z miasta - niestety bylo ok. 2,5 km ostrego podjazdu, na ktorym chyba na dobre uszkodzilem lewe kolano. Przed wyjazdem na glowna droge Minsk - Moskwa, na przystanku autobusowym, byla okazja zjesc produkty od Vitalija - nie udalo sie wszystkiego.
Dochodzila 18, a mi zalezalo, aby jak najdalej odjechac od Smolenska. Niestety kolano nie pozwolilo. Ujechalem tylko ok. 15 km droga w kierunku Moskwy (2 pasy w kazda strone), kupujac po drodze na stacji benzynowej slodka wode mineralna - jedyny wydatek dnia, 16 rub. Z noclegem byl problem, poniewaz w okolicy Smolenska sa lasy. Wkoncu trafila mi sie jedna wioska z daczami - tam trafilem do duzego domu, gdzie ojciec Pawel i syn Roman "swietowali". Moglem sie spokojnie umyc, zjadlem kolacje, a na noge dostalem od Pawla silnie rozgrzewajaca masc - pieklo i grzalo przez kilka godzin.
Statystyki dnia:
20.04.2008
Masc rozgrzewajaca na noc od Pawla to bylo chybione rozwiazanie - kilka razy w nocy sie budzilem, bo strasznie pieklo, a rano bylo opuchniete. Zastosowalem wiec masc zabrane z Polski i opuchlizna po kilku godzinach znikla. Od rana caly czas padal deszcz (lub lal) i wial wiatr. Moi gospodarze wstali ok. 8.30, zrobili sniadanie, a nastepnie Roman poszedl spac. Ja natomiast rozmawialem z Pawlem do poludnia, a pozniej on tez poszedl spac. Mialem czas dla siebie. W TV byly same teleturnieje i programy rozrywkowe, np. odpowiednik naszej Familiady. Do Kociola nie mialem gdzie pojsc, wiec odmowilem I Czesc Rozanca (odtad codziennie podczas postojow odmawiam jedna Czesc).
Ok. 14 wstal Roman - troche porozmawialismy i zaczalem zbierac sie do drogi. Nie za bardzo mialem ochote jechac w deszczu, ale wiedzialem, ze moi gospodarze tez po poludniu wyjezdzaja. Postanowilem, ze jak Bog pozwoli, to przejade w deszczu i wietrze jakies 50 km i poszukam kolejnego noclegu. O 15 udalo mi sie wyjechac, robiac pamiatkowe zdjecie na pozegnanie.
Droga wlasciwie bez historii. Po jakis 20 km mialem postoj na jedzenie, a po kolejnych 10 km natrafilem na postoj z "naszymi" TIRami. Tam dostalem od jednego z kierowcow dostalem goracej wody i moglem sobie zrobic kawe zbozowa. Bylo to w Jarcewie. Miejscowi z obslugi stacji paliwowej twierdzili, ze bedzie tak Kosciol Katolicki. Na miejscu jednak okazalo sie, ze to jest przede wszystkim dom mieszkalny, a w jednym z pomieszczen podobno funkcjonowal jakis odlam - "Kosciol piecdziesiatnicy". Kawalek dalej znowu trafilem na Polskich kierowcow, wiec znowu postalem i chwile z nimi porozmawialem.
Jednak zblizal sie wieczor i trzeba bylo szukac noclegu. Okazalo sie i tym razem, ze to nie problem. Natalia i Gienadij przyjeli mnie do siebie i nakarmili. No i moglem rozwiesic swoje mokre rzeczy. Kazali mi zalowac, ze nie przyjechalem wczesniej, bo bym poznal ich 26-letnia corke Ljeke, ktora oddaliby mi za zone.
Statystyki dnia:
21.04.2008
Obudzilem sie o 6.30 rano i z przerazeniem zauwazylem, ze jedyny elektryczny grzejniczek, ktory mial osuszyc moje ubranie i buty zostal wieczorem wylaczony - wiec go wlaczylem i polozylem sie jeszcze na polgodziny. Gienadij po 7 poszedl do pracy (daroznik), a Natalia zrobila mi sniadanie - smazone ziemniaki i rowniez smazony, przerosniety boczek. Do tego 2 duze herbaty, kawa i chleb - wystarczylo na pol dnia drogi.
Wyjechalem po 8. Kolano caly czas bolalo, wiec jechalem ostroznie, z naciskiem na prawa noge. Rano asfalt byl bardzo mokry i bylo pochmurno, a od poludnia padal deszcz. Caly czas wial wiatr. Na 39 i 92 km mojej drogi zrobilem sobie dluzsze postoje na goraca kawe - polecam stacje paliwowe "Lukoil" - maja WC na europejskim poziomie. Jako ze buty nie wyschly przez noc, caly dzien przyszlo jechac w mokrych.
Jak tylko wykonalem plan min. (ponad 105 km), zaczalem szukac noclegu. Akurat przez 10 km mialem las, a nastepnie musialem dojechac jeszcze 2 km do wioski - ostatnie 300 metrow bylo po rozmieklej, polnej drodze. Wkoncu dotarlem do domu, gdzie mieszkalo starsze malzenstwo i wiekowa staruszka - oni przyjeli mnie do siebie. On napalil w centralnym i rozwiesil moje mokre rzeczy, a ona dala mi miske cieplej wody, abym ogrzal stopy. Oczywiscie pozniej byla kolacja.
Statystyki dnia:
22.04.2008
Obudzil mnie ruch w domu ok. 6.20, ale jeszcze kilkanascie minut polezalem, za nim wstalem i zaczalem sie ubierac. Tradycyjnie juz otrzymalem sniadanie - smazone ziemniaki, gotowane jajka, czarny chleb i dwa sporej wielkosci koltlety mielone. Jajek nie dalem rady zjesc, wiec zapakowano mi je na droge.
Sama droga minela spokojnie. Praktycznie caly czas jechalem pod wiatr, a po poludniu mialem nawet cieple slonce. Byly dwa przystanki na 147 i 97 km drogi (wzdluz drog w Rosji stoja male znaki informujace, ktory to jest km drogi od jej poczatku lub do jej poczatku w tym wypadku 0 km to Centrum Moskwy). Tam zatrzymywali sie Polscy kierwocy TIRow. Zatrzymalem sie takze na postoju na 138 km, gdzie jeden z naszych naprawial sprzeglo, a inny jadl obiad. Tam tez kupilem rosyjska karte telefoniczna na moskiewska oblasc (Rosja jest podzielona na kilkadziesiat oblasci/rejonow i tylko odbierajac teefon bedac w "swoim rejonie" nie placi sie za to - w pozostalych traktowane jest jako romming). Kierowca jedzacy obiad zaprosil mnie na kawe. Podczas rozmowy kilkakrotnie namawial mnie, zebym zapakowal rower i pojechal z nim do Niznego Nowgorodu - "1000 km w jeden dzien". Faktycznie bym przyspieszyl. Jednak pomimo bolu w kolanie, nie dalem sie zlamac.
Droga, ktora jechalem od Smolenska do Moskwy, omijala duzym lukiem wszystkie miasta, do ktorych trzeba bylo odbic kilka kilometrow. Jakoze bolalo mnie kolano, ograniczalem sie do jazdy glowna droga (aby je oszczedzac), dlatego tez opoznia sie moje relacje z drogi.
Nocleg tradycyjnie poszukalem juz na wiosce - ok. 88 km od Centru Moskwy. Tym razem nie w pierwszym, a drugim domu udalo sie i po raz pierwszy pokazalem swoj paszport. Zaopiekowala sie mna Anna (wdowa) i jej syn Zenia (moj rowiesnik). Moglem sie wykapac oraz dostalem kolacje w zachodnioeuropejskim stylu. Jak mi wytlumaczyla Anna "dbaja o linie".
Wieczor spedzilismy na wspolnym ogladaniu zdjec.
Statystyki dnia:
23.04.2008
Budzik mialem ustawiony na 6.45, ale przebudzil mnie troche wczesniej poranny chlod - w pokoiku domku letniskowego (w ktorym sam spalem) maly grzejnik elektryczny nie wystarczyl. Chociaz moze gdybym spal w moim cieplym spiworzez Cumulusa nie bylobo zimno. Ale dzieki temu szybciej udalo mi sie zebrac do drogi. Spakowalem sie i przygotowalem sprzet do drogi, a nastepnie udalem sie na sniadanie. Znia byl juz w pracy. Natomiast Anna przygotowala jajecznice usmazona z parowkami oraz serem i posypala to pietruszka. Chciala mi przygotowac kanapki, ale nie bylo takiej potrzeby - najadlem sie do syta. Na pamiatke od Anny (oprocz zdjecia) dostalem porcelanowego pieska.
Droga minela stosunkowo szybko i spokojnie. Nie bylo juz postojow "naszych" TIRow, a i ja chcialem jak najszybciej dotrzec do Moskwy. Mialem tylko jeden dluzszy postoj - na ok. 44 km przed celem zjadlem swoje wczesniejsze zapasy zywnosciowe. Ostatnie 30 km jechalem w duzym zageszczeniu samochodow, a czasmi stalem razem z nimi w korkach (jechali nawet poboczami).
Na Plac Czerwony dotralem bez wiekszych problemow ok. 16. Tu jednak wokol mnie i roweru dzialo sie duzo. Najpierw zaczepil mnie Maks (nauczyciel pochodzenia marokanskiego). Nastepny byl Dima, ktory jak sie dowiedzial, ze mam pusta karte telefoniczna, zaproponowal ze mi ja z wlasnej kieszeni doladuje za 100 rub., a inny Rosjanin dal mi do reki 100 rub! Byl takze Polak, z ktorym chwilem porozmawialem. No i oczywiscie bylo sporo zdjec i pytan na temat calej wyprawy rowerowej "Pekin 2008". Generalnie rzecz biorac przez 2 godziny bylem spora atrakcja na Placu Czerwonym.
Miedzy czasie udalo mi sie zorganizowac nocleg oraz porozmawiac telefonicznie z Kierownikiem Konsulatu RP w Moskwie (nie zdazylem zapisac nazwiska, bardzo mily Pan), ktory potwierdzil, ze MSZ zgodnie z obietnica rozeslal informacje o mojej wyprawie. Nocleg dostalem "u swoich", wiec i mam pelny sanitariat. Wieczorem jeszcze spotkalem sie z Aleksiejem, moim znajomym z Tuly, ktory obecie pracuje w Moskwie, praktycznie calodobowo. Wspolczuje mu!
Statystyki dnia:
Contents copyright © 2001-2010, CYKLOiD. All rights reserved.
Zawartość oraz forma Kalendarza Wypraw Rowerowych XXI wieku podlegają ochronie praw autorskich. Kalendarz...XXI wieku nie może być powielany lub prezentowany w inny sposób jak tylko na stronie macierzystej projektu, to jest http://wyprawy21.cykloid.pl/.