www.wyprawy21.cykloid.pl :: Wyprawy Rowerowe XXI wieku

Relacje z wypraw...

Trzy oblicza Norwegii - Fiordy, Lofoty, Nordkapp

Tekst i fotografie: Artur Lorenc

Relacja z wyprawy :: cz.3

Płynąc z Fiskebol do Melbu przedostałem się na archipelag Vesteralen, który zdecydowanie różni się od swojego sąsiada, pomimo, że stanowią jeden ciąg wysp. Podczas gdy na Lofotach przyroda odgrywała pierwsze skrzypce i z trudem znalazłem miejsce na rozbicie namiotu wśród skał i podmokłych łąk, to na wyspach Vesteralen człowiek jakby okiełznał naturę. Po obu stronach drogi, którą podążałem rozpościerały się tereny rolnicze, a miasta były o wiele bardziej rozbudowane. Góry spadały nieco na drugi plan, ale uroku im nie brakowało. Po powrocie na kontynent w głowie miałem już tylko ostatni cel mojej podróży - Nordkapp. Miał on stanowić niejako zwieńczenie włożonego włożonego w tę podróż trudu, więc ogarniało mnie co raz większe zniecierpliwienie i podekscytowanie. Dopiero kilkaset kilometrów za granicą koła podbiegunowego zrobiło się na tyle chłodno, że musiałem jechać w czapce. Również otaczająca mnie sceneria przypominała tą charakterystyczną dla dalekiej północy. Bezkresna pustka, odludne tereny, a ziemia pokryta dywanem mchów i porostów z pojedynczymi karłowatymi drzewkami. Na postojach ustawione były jurty, w których ludzie północy, czyli Samowie, ubrani w niezwykle barwne stroje ludowe sprzedawali poroża, a także wyroby ze skór i kości reniferów. Takie klimaty towarzyszyły mi już właściwie do samego końca.

Gdy skręciłem na ostatnią prostą prowadzącą na Nordkapp cały czas spoglądałem na licznik odliczając kilometry, które mi pozostały. Im dalej na północ, tym co raz częściej widywałem grupki reniferów. Pasły się na zboczach to z jednej, to z drugiej strony drogi lub kroczyły dumnie swoim charakterystycznym chodem. Wyglądały trochę jakby miały lekki problem z utrzymaniem swojego wielkiego, wspaniałego poroża w równowadze, balansując łbem podczas biegu. Właściwie to wszyscy, którzy tędy podróżują są na ich terytorium. Daleka północ to kraina reniferów. To one są tu gospodarzami, mogą chodzić jak chcą i gdzie chcą. Mogłem się o tym przekonać, gdy grupka renów dreptała sobie środkiem drogi jak gdyby nigdy nic, a samochody czekały w kolejce i nikt nie użył klaksonu. Tutaj mają do tego prawo i dobrze, że ludzie to respektują.

fiordy-lofoty-nordkapp-02

Krajobraz północnej Norwegii zachwycał mnie co raz bardziej z każdym przejechanym kilometrem. Uboga szata roślinna, od czasu do czasu pojawiały się powyginane pod naporem wiatru drzewka, skaliste zbocza gór przykryte warstwą płożących się roślinek o różnych barwach i wreszcie niesamowite formacje skalne wyglądające jakby powstały z nałożenia na siebie wielu warstw płyt. Za każdym zakrętem i za każdym wzniesieniem kryła się kolejna dawka nienaruszonego piękna. Dość niezwykłym doświadczeniem była dla mnie jazda 7 kilometrowym tunelem pod dnem cieśniny, który łączy wyspę Mageroy z kontynentem. Na początek 3 kilometry szybkiego zjazdu, a następnie tak samo długi podjazd. Ogromne wentylatory wydawały przeraźliwy warkot i gdy mknąłem w dół miałem wrażenie, że za chwilę obok mnie przejedzie ogromna ciężarówka. Na początku dałem się na to nabrać. Na podjeździe, pomimo, że było zimno musiałem jechać w krótkim rękawie, bo inaczej bym się ugotował, a i tak wyjechałem na powierzchnię mokry jak szczur. Zgrzałem się, że aż się ze mnie "dymiło".

Ostatnim skrawkiem cywilizacji podczas podróży na Nordkapp jest miasto Honningsvag. Później właściwie nie ma już nic poza pojedynczymi kempingami. Około 20 kilometrów przed Przylądkiem północnym rozpocząłem ostatnią wspinaczkę drogą, która prowadziła do głównego celu mojej wyprawy. Zaczęło się od podjazdu 9 %. Na górze wkroczyłem w kompletnie inny świat. Spowity mgłą, zroszony mżawką, a temperatura wynosiła niewiele ponad 0 stopni. Po 10 kilometrach droga jeszcze raz ostro ruszyła do góry. Pięła się co raz wyżej i wyżej dosłownie przyklejona do zbocza góry. Powoli przemieszczając się na przód obserwowałem jak otaczający mnie świat wyłania się kawałek po kawałku z gęstniejącej z minuty na minutę mgły. Jechało się naprawdę ciężko. Mając tego dnia za sobą prawie 150 kilometrów, momentami przypominało to drogę przez mękę. W takich chwilach miałem ochotę skopać rower i rzucić go w cholerę. Jednak to były ostatnie kilometry, więc mobilizowałem się na wszystkie możliwe sposoby. Jechałem od zakrętu do zakrętu. A każde spojrzenie na licznik frustrowało co raz bardziej. W końcu podjazd się skończył. Kawałek prostej drogi. Mocniej zacząłem naciskać na pedały. Jakby natychmiast przybyło mi sił. W głowie miałem już tylko jedną myśl - dojechać na ten cholerny Nordkapp i niech się to wszystko skończy. Jednak nie. Kolejny podjazd, krótka prosta i następny. Przypominało to znęcanie się nad konającym. Cały czas miałem nadzieję, że to już ostatnie wzniesienie, a tymczasem wyłaniały się kolejne. Scenerię, w której jechałem trudno opisać słowami. Nie wystarczy opisać ją mianem pustki. Trzeba tu być i poczuć tę jedyną w swoim rodzaju atmosferę. O ile wcześniej można było mówić o odludziu i nicości, to w tym przypadku nawet te określenia nie są w stanie oddać tutejszego klimatu. Miałem wrażenie jakbym zmierzał do miejsca, z którego nie ma już powrotu.

Zza mgły wyłonił się znak. Początkowo niewyraźny, ale wreszcie był. Niebieska tablica z napisem Nordkapp oznaczała, że cel mojej wyprawy został osiągnięty. Po 30 dniach jazdy w upale, deszczu i zimnie, po przemierzeniu ponad 3800 kilometrów przez całą niemal Norwegię dotarcie do północnego krańca kontynentu było ukoronowaniem moich zmagań. Pomimo, że wielu ludzi dojeżdża na Nordkapp dla mnie było to ogromne wyróżnienie, że mogłem tam być, wielka satysfakcja i spełnienie marzenia z dzieciństwa. Byłem naprawdę zmęczony i zmarznięty, ale w tamtej chwili byłem również najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Ludzie docierają na przylądek przeważnie samochodami czy autokarami, których po drodze mijałem całe mnóstwo. Jednak jedynie ten, kto po wielu dniach trudu włożonego w podróż dojedzie tu rowerem, czy jak pewien czech na hulajnodze, może odczuć prawdziwy smak Nordkappu. Wtedy dotarcie do tego punktu napełnia człowieka wielką dumą. Nie zrozumie tego ten, kto nie zmagał się przez kilka tysięcy kilometrów ze zmiennymi warunkami atmosferycznymi i nie ma w nogach wielu podjazdów, który trzeba pokonać. Nie oznacza to, że trzeba tu przyjechać rowerem. Każdy, kto tu dotrze, nie ważne w jaki sposób, ma niezaprzeczalne prawo do pochwalenia się, że był na północnym krańcu Europy. Będzie to jednak miało nieco inny wymiar.

Po przejechaniu przez bramki, gdzie rowerzyści nie ponoszą żadnej opłaty normalnie wynoszącej 195 koron, starczyło mi jedynie sił na podjechanie do słynnego globusa. Później znalazłem kawałek miejsca nadającego się na rozbicie namiotu, a mgła, wiatr i 3 stopnie zimna bardzo szybko mnie znużyły. Po założeniu wszystkich ubrań i zasunięciu się w śpiworze zasnąłem jak dziecko. Cały następny dzień spędziłem na Nordkappie i jak się okazało był to dobry wybór. W pewnym momencie gęstą jak mleko mgłę gdzieś przewiało, a to, co ukazało się moim oczom przeszło wszystkie dotychczasowe wyobrażenia. Jak na dłoni było widać cypel Knivskjellodden, który w rzeczywistości jest najdalej na północ wysuniętym punktem Europy. Leży około 1,5 kilometra dalej. Stanąłem na skraju skalnego klifu i spojrzałem na rozbijające się o poszarpane skały fale 300 metrów niżej. Czułem się jakby dotarł na koniec świata przed sobą miałem tylko przepaść i bezmiar wody rozlewającej się aż po dalekie regiony arktyczne. Ktoś kiedyś powiedział, pewnie trochę złośliwie, że na Nordkappie nie ma nic oprócz budki z pamiątkami i globusa. W rzeczywistości jest w tym trochę prawdy, ale chyba jednak tak właśnie ma być. Dzięki temu można poczuć tą niezwykłą atmosferę odosobnienia i oderwania od cywilizacji. To jest to, co przyciąga tu ludzi. Nie globus, nie pamiątki, tylko chęć poczucia klimatu miejsca, z którego nie można już pójść dalej. Miejsca gdzie nie ma właśnie nic oprócz krańca kontynentu europejskiego w postaci skalnego urwiska.

W końcu zimno mnie zmogło i zajrzałem na chwilę do centrum żeby się ogrzać. Gdy wyszedłem po 20 minutach wszystko wokół znów przykrywała powłoka mgły, tak gęstej, że z drogi ledwo mogłem dojrzeć swój namiot. To pokazuje jak nieobliczalne jest to miejsce. Trzeba wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję, aby coś zobaczyć, bo więcej może się ona nie powtórzyć.

Mój pożegnalny poranek z Nordkappem nie należał do najprzyjemniejszych. Wiatr znęcał się nad namiotem jak tylko mógł trzęsąc nim na wszystkie strony jakby chciał go wyrwać razem z cieniutką warstwą ziemi i mchów, do której był przytwierdzony. Dostawałem gęsiej skórki zarówno z zimna jak i na myśl o tym, że za chwilę będę musiał opuścić namiot i poskładać go w tych warunkach. Powoli odsuwałem zamki przy wyjściu z namiotu i najchętniej przeciągałbym tę chwilę w nieskończoność. Jakoś się jednak przemogłem, zapakowałem wszystko na rower i ruszyłem w drogę pozostawiając Nordkapp za plecami, a zabierając ze sobą bagaż wspomnień. Przed sobą miałem już tylko powrót do domu, czyli około 2000 kilometrów do przejechania.

fiordy-lofoty-nordkapp-01

Skandynawia postanowiła bardzo ciepło się ze mną pożegnać, fundując mi dwa tygodnie słonecznej pogody. Pod koniec nabrałem nawet opalenizny jakbym wracał z zupełnie innych szerokości geograficznych. W miarę jak zjeżdżałem co raz bardziej na południe białe noce stawały się szare, aż wszystko wróciło do normy i w końcu zasypiałem w ciemnościach. Muszę jednak przyznać, że zachodzące słońce w środku nocy jest niezwykle ciekawym doświadczeniem. Największe zmiany zachodziły jednak w otaczającym mnie krajobrazie. W dalszym ciągu jechałem w bardzo odludnym terenie jednak na brak roślinności narzekać już zdecydowanie nie mogłem jeszcze na terenie Norwegii rozpoczęły się lasy, przez które pedałowałem jeszcze w Finlandii i na północy Szwecji. W sumie na przestrzeni kilkuset kilometrów jak okiem sięgnąć, aż po horyzont rozpościerało się morze drzew. Czasami odległości między miasteczkami sięgały ponad stu kilometrów. Z dala od cywilizacji jechało mi się bardzo przyjemnie. Zmieniło się to, gdy rozpoczęła się europejska trasa E4, a wraz z nią wręcz koszmarne warunki dla rowerzysty. Tutaj dla odmian przez kilkaset kilometrów towarzyszył mi sznur samochodów, spaliny i ogłuszający hałas. Czasami jeszcze wieczorem, gdy kładłem się spać dzwoniło mi w uszach. Na drodze co raz częściej zaczęło pojawiać się duże miasta i autostrady, które stawały się po prostu zmorą. Starałem się tym nie przejmować gdyż była to już tylko droga powrotna. Jedyne, o czym już wtedy myślałem to aby dojechać do Nynashamn zgodnie z planem. Jednak jest to prawda, że do domu ciągnie. Od czasu wyruszenia z Nordkappu dystans, jaki przejeżdżałem każdego dnia skoczył do góry o kilkadziesiąt kilometrów. Kiedy ma się poczucie, że pozostał już tylko powrót do najbliższych człowiek jakby dostawał skrzydeł. Czym bliżej finiszy tym mniej odczuwałem monotonię jazdy. Głowę miałem zaprzątniętą tym, co będzie się działo, gdy moja podróż całkowicie dobiegnie końca i wysiądę z pociągu w moim mieście.

Sporo musiałem się nakombinować, aby ominąć Sztokholm wraz z całą siecią autostrad i bocznymi drogami dojechać do Nynashamn. Nadspodziewanie sprawnie mi to jednak poszło, aż sam byłem zdziwiony. Ostatecznie dojechałem do celu nawet o jeden dzień wcześniej niż planowałem. Gdy przekroczyłem granice Nynashamn ogarnęło mnie wzruszenie i to nie mniejsze niż po dotarciu na Nordkapp. Trudno mi właściwie stwierdzić czy to z radości, że pojutrze będę już w domu, czy też była w tym odrobina żalu, że moja wyprawa dobiegała końca. Zapewne jedno i drugie było tego przyczyną. Świadomość, że niedługo zobaczy się bliskich zawsze cieszy, jednak jednocześnie pierwsza moja podróż powoli przechodziła do przeszłości. Pozostaną na szczęście wspomnienia, zdjęcia i zapiski, które robiłem każdego dnia. Pozwolą one zapewne za jakiś czas odtworzyć w pamięci to, co przeżyłem i emocje, jakie mi towarzyszyły. Następnego dnia o 18.00 byłem już na pokładzie promu. Odgłos pracujących silników wskazywał na to, że już za chwilę statek ruszy z miejsca i obierze kurs na Gdańsk. Dziwnie się wtedy czułem i właściwie nie potrafię opisać tego uczucia. Przechadzałem się po pokładzie promu z głową w chmurach, nie reagując kompletnie na tłum ludzi wokół mnie. Przeglądałem jeszcze zapiski i zdjęcia przypominając sobie od początku całą wyprawę. Przywoływałem po kolei każdy dzień. Gdy było już po wszystkim inaczej spoglądałem na jazdę w deszczu. Przemoczone ubrania czy ciężkie podjazdy. Odczuwałem satysfakcję, że starczyło mi silnej woli i przezwyciężyłem trudności, z jakimi musiałem się zmagać. Wtedy nie było za wesoło, ale siedząc w wygodnym fotelu i płynąc do domu miło było to wspominać, nawet z lekkim uśmiechem.

:: koniec relacji ::

Contents copyright © 2001-2009, CYKLOiD. All rights reserved.
Zawartość oraz forma Kalendarza Wypraw Rowerowych XXI wieku podlegają ochronie praw autorskich. Kalendarz...XXI wieku nie może być powielany lub prezentowany w inny sposób jak tylko na stronie macierzystej projektu, to jest http://wyprawy21.cykloid.pl/.