www.wyprawy21.cykloid.pl :: Wyprawy Rowerowe XXI wieku
Tekst i fotografie: Artur Lorenc
Po dość mozolnej wspinaczce dojechałem do Haugastol, skąd rozpoczyna się szlak rowerowy Rallarvegen prowadzący do miejscowości Flam, która usytuowana jest tuż nad fiordem. Nie bez kozery trasa ta nosi miano najpopularniejszego szlaku rowerowego w Norwegii. Przeprawa przez góry 80 kilometrowym szlakiem jest prawdziwą przygodą i dostarcza niesamowitych wrażeń, którymi spokojnie można by obdzielić kilka osób. Przemierzając trasę Rallarvegen miałem możliwość obcowania i upajania się pięknem nietkniętej ludzką ręką przyrody. W takich miejscach można naprawdę zrozumieć, że jeżeli człowiek nie wchodzi w drogę matce naturze, to potrafi ona tworzyć prawdziwe cuda. Ja momentami byłem pod tak dużym wrażeniem, że stawałem jak wryty i nie potrafiłem wyjść z podziwu dla widoków, które mnie otaczały. Najwspanialsza w tym wszystkim jest niesamowita zmiana krajobrazu, którą można zaobserwować podążając tym szlakiem. Początkowo na wysokości ponad 1000 metrów wysokogórska sceneria zachwycała swą surowością. Niewielkie białe plamki przeradzały się stopniowo w co raz większe płaty zalegającego śniegu, aż w końcu po lewej stronie ukazała się czapa lodowca, która towarzyszyła mi przez większość trasy. Na drodze wijącej się po zboczu gór kilkakrotnie zalegały zaspy śniegu. Przepchnięcie przez nie obładowanego roweru przysparzało mi sporych trudności gdyż często grzęzłem po kolana i musiałem uważać żeby się nie ześlizgnąć z urwiska. Pogoda była słoneczna, więc śmiesznie to wyglądało gdy brnąłem w śniegu w krótkich spodenkach bez koszulki. W miarę jak ilość metrów nad poziomem morza zmniejszała się zaczynało pojawiać się więcej roślinności. Przez skały sączyła się woda z topniejącego w wyższych partiach gór śniegu, która czasami tworzyła niewielkie wodospady, a czasami spływała cieniutkimi niteczkami. Im bliżej Flam tym wszystko wokół bardziej raziło soczystą zielenią. Skalne zbocza gór były porośnięte drzewami i krzewami, a miejscami żłobiły je wodospady, które nabrały już impetu. Spływające strużki wody przeobraziły się w prawdziwy żywioł gotowy zniszczyć wszystko na swojej drodze. Tworzyło to zapierającą dech w piersiach scenerię żywcem wyjętą z książek przygodowych. W pewnym momencie poczułem się zbyt pewnie przeceniając swoje możliwości. Tuż za skrętem do Myrdal, gdy kamienista i strasznie nierówna droga schodzi agrafkami w dół doliny, a nachylenie sięga kilkunastu procent wypadłem z trasy i stoczyłem się razem z rowerem kilka metrów po zboczu. Nie wiem jakim cudem się zatrzymałem, ale pierwsza myśl, jaka przeszła mi po głowie, to, że moja wyprawa właśnie dobiegła końca. Na szczęście tylko trochę się poobdzierałem, a wydostać się z powrotem na szlak pomógł mi zjeżdżający akurat kładem chłopak. Miał długą przyczepkę, więc zwiózł mnie na dół z rowerem, bo nawaliły mi hamulce. Jakoś dałem radę przywrócić mojego rumaka do stanu używalności i ruszyłem dalej.
Flam to miejscowość podobna do wielu innych miasteczek usytuowanych nad brzegami fiordów, przez które miałem przyjemność przejeżdżać, lub, do których przypływałem promami. Zakleszczona między wodą mieniącą się lazurową barwą, a niemal pionowymi zboczami gór przypomina okruch tkwiący w uścisku gigantycznej dłoni. Tutaj jedyny raz podczas trwania wyprawy skorzystałem z autobusu, który zawiózł mnie do oddalonego o 20 kilometrów Gudvangen. Niestety dwa długie tunele niedostępna dla rowerzystów nie dały mi innego wyboru, a właściwie była to najtańsza opcja.
Gdy dotarłem do najdłuższego fiordu Norwegii Wielki Sogne nie okazał się zbyt gościnny. Przywitał mnie obfitym deszczem, a szczyty gór okrywała gruba kołderka chmur wprowadzająca ponurą i senną atmosferę. Wszystko dookoła jakby zaspane leniwie budziło się do życia. Od tego momentu rozpoczęła się jazda przez góry, które raz po raz raczyły mnie stromymi, kilkugodzinnymi podjazdami. Droga wtedy wiła się po zboczu góry otulając ją niczym łańcuch na choince i pięła się co raz wyżej jakby miała zaraz sięgnąć nieba. Czasami miałem wrażenie, że wyżej już się nie da, bo zwyczajnie brakowało góry, jednak wtedy za zakrętem droga przeskakiwała na kolejne wzniesienie i mozolne wydzierania każdego metra trwało nadal. Było to strasznie wyczerpujące szczególnie pod względem psychicznym. Zawsze jednak pocieszałem się, że w końcu droga musi opaść do 0 m n.p.m, gdyż przeważnie, gdy miałem podjazd zmierzałem do miasteczka położonego tuż nad fiordem. Zjazdy do nich były niesamowite. Podczas jazdy 50, 60, a nawet 70 km/h zapominałem o całym trudzie włożonym w podjeżdżanie i miałem wielką frajdę, jakbym był w wesołym miasteczku. Przemierzając krainę fiordów, jak nazywana jest zachodnia Norwegia gdzie są one najokazalsze, poruszałem się drogami, które prowadzą wzdłuż brzegów tych głęboko wcinających się w ląd zatok. Od czasu do czasu trasa przedzierała się przez góry, aby doprowadzić mnie do kolejnego fiordu. Gdy dotarłem do Hellesylt czekała mnie dłuższa niż zwykle przeprawa promowa do Geiranger, która zapowiadała się bardzo ciekawie. Rejs po esowatym Geirangerfiordzie to prawdziwa podróż do krainy wodospadów. Właściwie co kawałek podziwiałem ich warkocze spływające z poszarpanych ścian skalnych. Zaskakujące dla mnie były stare farmy przycupnięte na zboczach gór. Chatki sprawiały wrażenie i aż ogarniało mnie zdziwienie, że jeszcze nie pospadały. Wzdłuż jest ich kilka, a podczas rejsu są doskonale widoczne. Na wodach fiordu można było dostrzec kilka pontonów z turystami, którzy rządni prawdziwego połowu okazałych ryb, jak głosiły hasła reklamowe w porcie. Chwilę wcześniej widziałem jak dumnie kroczyli w Hellesylt całą armadą "uzbrojeni" po zęby. Mieli chyba cały możliwy sprzęt, nawet ten, który w ogóle się im nie przydał. Ubrani oczywiście jak na prawdziwych wędkarzy przystało, każdy element stroju dopasowany kolorystycznie. Wszystko tak dopieszczone jakby dopiero co wyszli z jakiegoś domu mody i jakby od tego miał zależeć udany połów. Ostatecznie nie mogli przecież wyjść na zdjęciu gorzej od złowionej taaakiej ryby.
Rejs powoli dobiegał końca i musiałem oswoić się z myślą, że za chwilę przyjdzie mi się wspinać. Spoglądając jeszcze z pokładu promu na "agrafkowatą" drogę pnącą się po pionowej ścianie byłem pod wrażeniem. Wyglądała imponująco. Jak się później okazało imponująco też dała mi w kość. Porządnie trzeba było się napracować podczas wjeżdżania zakosami "Ornevegen", czyli "Szlaku Orlich Gniazd". Taką nazwę nosi ten początkowy odcinek "Złotego Szlaku" prowadzącego z Geiranger do Trollstigen, który wtedy rozpocząłem. Kilkanaście 180 stopniowych zakrętów zaprowadziło mnie na górę, z której roztaczał się wprawiający w osłupienie widok na ściśnięty między pionowymi ścianami Geirangerfiord oraz na spoczywające na brzegu, u podnóża gór miasteczko. Spoglądając w dół na drogę, którą właśnie pokonałem z dumą mogłem powiedzieć, że odwaliłem kawał dobrej roboty.
Po przemierzeniu doliny Valldal. Gdzie liczne uprawy truskawek wypełniają powietrze wspaniałym zapachem świeżych owoców i przeprawie przez góry ukazała się tablica z napisem "Trollstigen". "Droga Trolli" to niemal symbol Norwegii i nie ma się co dziwić, bo z góry wygląda imponująco, prawdziwe dzieło sztuki. Oplatając górę droga wije się niesamowitymi zawijasami. Ja wjeżdżałem tu od południa, więc nie miałem przyjemności zmierzyć się ze słynnymi serpentynami. Zjechałem tylko po tej "Drabinie Trolli" prosto do Andalsnes. Tak właściwie zakończyła się moja przygoda ze słynnymi fiordami. Od tej pory góry nieco zmalały, a podjazdy, mimo, że nieraz strome nie były już tak długie. Zdarzało się jednak, że czasami jeszcze mnie zaskakiwały jakby dawały znać, że będą mi towarzyszyć i urozmaicać jazdę już do końca, w końcu Norwegia to kraj górzysty.
Gdy zbliżałem się do wybrzeża wiejący od otwartego morza wiatr zaczął dawać o sobie znać. Od czasu do czasu silny powiew sprawiał wrażenie, jakbym wpadł na niewidzialną ścianę. Natomiast wiejący z boku wiatr za wszelką cenę chciał mnie zepchnąć do rowu, co prawie się mu udało, bo z trudem utrzymywałem równowagę. Chcąc nie chcąc powoli musiałem przywyknąć do takich warunków gdyż w perspektywie miałem kilkaset kilometrów do przejechania właśnie wzdłuż wybrzeża. Zaczynało się od "Drogi Atlantyckiej". Trasa ma zaledwie 8 kilometrów, ale jest wspaniale usytuowana między rozsianymi wysepkami, wtóre spina 8 mostów. Roztacza się z niej imponujący widok na poszarpane, skaliste wybrzeże. Jadąc "Drogą Atlantycką" miałem wrażenie żeglowania wśród morskich fal. Mogłem puścić wodze fantazji i wyobrażać sobie jak dawniej statki przemierzały ten niebezpieczny region, w każdej chwili narażone na roztrzaskanie o wystające z morza skały.
Po przeprawie promowej do Kristiansund rozpocząłem tak zwane "Island Hooping", czyli skakanie po wyspach. Oznaczało to czasami 2, 3 rejsy dziennie. Najbardziej porozcinana przeprawami promowymi była droga numer 17, zwana Szlakiem Wybrzeża. Podążałem nim na północ ponad 500 kilometrów, cały czas wzdłuż wybrzeża. Po wkroczeniu na tę trasę mój rozkład dnia był uzależniony od rozkładu rejsów promów. Zdarzało się, że moje plany były przez to trochę pokrzyżowane, ale przeważnie udawało mi się jakoś dopasować. Szlak Wybrzeża to niezwykle malownicza trasa i o wiele bardziej urokliwa niż alternatywna E 6 biegnąca wzdłuż granicy ze Szwecją. Z drogi roztacza się widok na charakterystyczne skalne wysepki, którymi usiane jest wybrzeże oraz interesujące formacje skalne przypominające poduszki lub dobrze wyrośnięte bochny chleba. Byłoby cudownie gdyby nie to, że przez 4 dni musiałem zmagać się z deszczem, który padał niemal bez przerwy. Czasami ołowiane, złowrogo wyglądające chmury przesuwały się tuż nad moją głową, a szczyty gór skrywały się pod grubą warstwą mgły. W takich chwilach, podobnie jak uśpiony dookoła świat powoli i opieszale wyłaniający się spod pierzyny mgieł i chmur, ja również najchętniej nie wychodziłbym ze śpiwora przez cały dzień. Na taki luksus nie mogłem sobie jednak pozwolić. Jazda w tak niesprzyjających warunkach jest nie do zniesienia tylko na samym początku. Później można przywyknąć nawet do przemoczonych butów, w których chlupie z każdym naciśnięciem na pedały i które każdego ranka trzeba założyć. Z czasem obojętniałem na padający deszcz i tylko wlepiałem otępiały wzrok w przesuwający się pod kołami asfalt. Jechałem byle odfajkować zaplanowany dystans, zamknąć się w namiocie i zapomnieć o całym dniu. Pod koniec stwierdziłem, że trasa powinna zmienić nazwę na "Mokra Siedemnastka", co w pełni oddawałoby jej prawdziwe oblicze.
Do Bodo przyjechałem w samą porę, gdyż za pół godziny odpływał prom na Lofoty. Idealnie się wszystko ułożyło, bo nie wiadomo ile czasu przyszłoby mi czekać na następny rejs. Wypływając z portu prom przedzierał się przez gąszcz skalistych wysp i wysepek, którymi przyprószona jest linia brzegowa. Do tej pory mogłem podziwiać je z lądu, a z bliska wyglądały po prostu cudnie. Im dalej od brzegu tym wysepek przybywało i dopiero wtedy było widać jak rozsypują się na morze. Gdy zbliżałem się do celu mogłem podziwiać niesamowitą panoramę przedstawiającą ciąg gór wystających z morza niczym iglice, obmywanych i pieszczonych przez białe grzywy fal. Takie właśnie są Lofoty. Z daleka wyglądały na całkowicie niezamieszkałe, dopiero z bliska można było dostrzec skupiska domków jakimś cudem wciśnięte między skały, a wodę. Od razu widać, że na tych wyspach natura dyktuje warunki, a człowiek, jeśli chce się tu osiedlić musi respektować jej warunki i się podporządkować. Po 3,5 godzinach rejsu dotarłem do Moskenes gdzie rozpoczęła się moja przygoda z Lofotami. Gdy opuściłem prom moje nozdrza natychmiast wypełniły się przyjemnym zapachem świeżych ryb, co świadczyło o zajęciu tutejszej ludności. Lofoty od samego początku urzekły mnie swoim pięknem. Mają w sobie coś, czego brakuje nawet słynnym fiordom. Mają magię, która uderza wraz z postawieniem na nich stopy. Przyznaję, że przez chwilę stałem jak wryty wlepiając wzrok w urzekający krajobraz i minęło trochę czasu zanim zebrałem się do jazdy. Tutejsze wioski też mają swój niepowtarzalny klimat, którego próżno szukać na kontynencie. Żyją własnym rytmem uzależnionym od tego, co przyniesie morze. Przy drodze często widywałem rozwieszone płaty suszących się ryb wystawionych na tutejsze powietrze, które nadaje im specyficzny aromat. Na Lofotach szczęści się do mnie uśmiechnęło i pogoda poprawiła się. Prawie bezchmurne niebo zachwycało swą głębią błękitu i tylko daleko na horyzoncie można było dostrzec pojedyncze, zabłąkane obłoczki. Słońce zalewające swymi promieniami wszystko dookoła sprawiało, że barwy przyrody nabierały życia.
Przemierzając kolejne kilometry starałem się uchwycić jak najwięcej z tego, co mnie otaczało i nie chciałem, aby cokolwiek mi umknęło. Pragnąłem nacieszyć oko niepowtarzalny krajobrazem, jaki cechuje te wyspy. Tymi górami porośniętymi soczyście zieloną roślinnością, skalistymi zatoczkami i wysepkami, które składają się na malowniczą i przecudnie rozwiniętą linię brzegową. Przez dwa dni, które spędziłem na Lofotach przemierzyłem pięć wysp stanowiących rdzeń archipelagu. Pospinane mostami, a nawet tunelem pod dnem cieśniny właściwie trudno odróżnić. Tylko, gdy spoglądałem na mapę mogłem się zorientować, że właśnie przeskoczyłem na kolejną wyspę.
Contents copyright © 2001-2009, CYKLOiD. All rights reserved.
Zawartość oraz forma Kalendarza Wypraw Rowerowych XXI wieku podlegają ochronie praw autorskich. Kalendarz...XXI wieku nie może być powielany lub prezentowany w inny sposób jak tylko na stronie macierzystej projektu, to jest http://wyprawy21.cykloid.pl/.