www.wyprawy21.cykloid.pl :: Wyprawy Rowerowe XXI wieku

Relacje z wypraw...

Trzy oblicza Norwegii - Fiordy, Lofoty, Nordkapp

Tekst i fotografie: Artur Lorenc

autor, Artur Lorenc

Relacja z wyprawy :: cz.1

Odgłos nadjeżdżającego pociągu oznaczał, że już za kilka minut wsiądę do wagonu, zasuną się drzwi i wyruszę w moją pierwszą podróż. Na koniec usłyszałem jeszcze kilka ciepłych pożegnalnych słów od bliskich, którzy strasznie przeżywali ten wyjazd i pora było się zbierać. Przez kilka następnych godzin wsłuchiwałem się w stukot jadącego pociągu i wpatrywałem się w przesuwający się za oknem krajobraz. Jednocześnie próbowałem sobie wyobrazić jak to będzie. Jak przywita mnie Szwecja i jakie przygody szykuje dla mnie Norwegia. Znając Skandynawię ze zdjęć i z informacji, jakie udało mi się znaleźć, byłem bardzo podekscytowany myślą o tym, co mnie tam czeka.

Wreszcie po dwóch przesiadkach i bieganiu z całym ekwipunkiem od jednego pociągu do drugiego dotarłem do Gdyni, skąd płynąłem do Karlskrony. Pozostało mi jeszcze znaleźć terminal promowy i po odprawie byłem już na pokładzie promu.

Siedząc na pokładzie zewnętrznym wpatrywałem się w zabudowania portowe i płożące się w oddali, u stóp wzniesienia, miasto. Odbierałem jeszcze ostatnie telefony i sms-y od rodziny, znajomych, którzy cały czas nie dawali o sobie zapomnieć dodając mi otuchy. Wreszcie odgłos cicho do tej pory pracujących silników wzmógł się, a statek mozolnie, jakby trochę opieszale zaczął wypływać z portu. Wydobywający się z głośników głos kapitana poinformował, że właśnie obraliśmy kierunek na Szwecję. Gdynia powoli stawała się wspomnieniem. Doki i stocznia przesuwały się z wolna jakby chciały jak najdłużej skupić na sobie uwagę. Szkielety budowanych statków niczym statki widmo żegnały pasażerów stając się ostatnim obrazem, jaki zapada w pamięci. Jednak i one ostatecznie zniknęły. Zniknęła Gdynia gdzieś za horyzontem pochłonięta przez wody Bałtyku, a prom rozpruwając fale wypłynął na pełne morze. Zapadła noc, więc podróż szybko minęła. Gdy się rano obudziłem właśnie zbliżaliśmy się do wybrzeży Szwecji, o czym świadczyły charakterystyczne skalne wysepki porozrzucane wzdłuż brzegu, niczym pułapki zastawione na przypływające statki.

Powitanie, jakie zgotowała mi Skandynawia do gorących nie należało. Ciemne złowrogo wyglądające chmury, które grubą warstwą przykrywały niebo, sprawiały wrażenie, że zaraz zwalą się przybyszom na głowy. W przeciwieństwie do aury celnik uśmiechnął się i życzył miłego pobytu na terenie Szwecji. Sam do końca nie wiem, czy chciał wyrazić pewne uznanie na widok mojego roweru, który był obładowany jak wielbłąd w karawanie, czy też było w tym trochę ironii, ale przynajmniej on wysłał jakieś pozytywne fluidy.

fiordy-lofoty-nordkapp-09

Od tej pory rozpoczęło się moje pedałowanie przez Skandynawię, gdzie czeka mnie ponad 5500 km do przejechania. Szybko, więc zabrałem się do jazdy. Początkowo wykręcanie kolejnych kilometrów szło dosyć opornie. Po opuszczeniu Karlskrony i ruszeniu w głąb Szwecji wiatr jakby sprzemierzył się przeciwko mnie i chciał pokazać, że nie będzie to niedzielny spacerek. Ja jednak doskonale wiedziałem, na co się porywam i nastawiłem się wcześniej na różne niesprzyjające warunki, więc zaskoczony nie byłem. Jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że prawdziwe trudy wyprawy czekają mnie w norweskich górach, na wybrzeżu i oczywiście na północy kontynentu.

Im dalej od wybrzeża tym droga co raz bardziej zmieniała swoje oblicze, pokazując od czasu do czasu pazurki. Stawała się pofalowana bardziej niż wody Bałtyku podczas rejsu do Karlskrony, a ja niczym łódeczka targana przez rozwścieczone fale znajdowałem się raz na dole, raz na górze. Najbardziej taki nierówny i szarpany rytm jazdy dawał się we znaki pierwszego dnia. Do połowy zaplanowanego dziennego limitu 125 kilometrów jechało się całkiem znośnie. Niestety w pewnym momencie do głosu zaczynało dochodzić zmęczenie wcześniejszą kilkugodzinną jazdą pociągiem i bieganiem z całym ekwipunkiem po schodach z jednego peronu na drugi. Jak się później okazało nie pozostało to zupełnie bez znaczenia i osłabiło mój organizm na samym początku. Nagle poczułem się jakby ktoś wyłączył mi zasilanie. Bardzo dziwne było to uczucie, bo zwyczajnie nie miałem żadnej mocy w nogach, które zrobiły się jak z waty. Co raz częściej się zatrzymywałem, a naciskanie na pedały przypominało syzyfową pracę, bo tempo jazdy i tak pozostawało opłakane. Największym zaskoczeniem dla mnie było to, że jadąc niemal zasypiałem na rowerze. Okropnie się czułem tego pierwszego dnia wyprawy. Teraz mogę powiedzieć, że był to najgorszy dzień podczas całej 45 dniowej podróży, jeśli chodzi o jakieś objawy zmęczenia. Z trudem dociągnąłem tego dnia do 125 kilometrów, chociaż na sam koniec jechało mi się znacznie lepiej. Szybko znalazłem kawałek pola gdzie mogłem rozbić namiot. Jedyne, o czym wtedy marzyłem to zasnąć i wypocząć, aby być gotowym do dalszych rowerowych zmagań, bo zakończony dzień nie napawał optymizmem.

fiordy-lofoty-nordkapp-04

Na szczęście problemy z pierwszego dnia okazały się jednorazowym buntem organizmu, który nie spłatał mi więcej takiego figla. Jeszcze przez 2, 3 dni zdarzały się pojedyncze bóle w mięśniach czy stawach, ale w końcu nogi potrzebują też czasu żeby przystosować się do zwiększonego wysiłku. W każdym bądź razie więcej kondycyjnych problemów nie miałem, a o koszmarnym początku szybko udało mi się zapomnieć. Również aura postanowiła spuścić z tonu i obdarowała mnie piękną, słoneczna pogodą na dobrych kilka dni. Jadąc przez Szwecję miałem wrażenie przemierzania krainy wiecznego spokoju, sielanki, gdzie czas jakby zwalnia, a ludzie żyją własnym rytmem. Jedynie większe miasta, które spotykałem na drodze tylko od czasu do czasu, przypominały o pośpiechu i miejskim zgiełku. Na ogół jednak miałem przyjemność jechać w tej cudownej atmosferze niezakłóconej niczym ciszy i spokoju. Mieniące się różnymi barwami pola, czerwone, drewniane domy samotnie wśród nich tkwiące, zagrody ze zwierzętami i malownicze jeziorka dodające jeszcze smaczku do całej tej mieszanki. To jest Szwecja, którą ja miałem okazję poznać i która najbardziej utkwiła mi w pamięci. Przed wyjazdem może nieco inaczej ją sobie wyobrażałem, ale na pewno nie byłem zawiedziony, a wręcz przeciwnie pozytywnie zaskoczony. Jazda rowerem w takiej scenerii jest czystą przyjemnością, a pokonywanie kolejnych kilometrów przychodzi jakby łatwiej i czas szybciej mija. Jednak żeby nie było tak pięknie i kolorowo to, co jest powszechnie wiadome, nie ma róży bez kolcy. W tym wypadku były nimi znienawidzone przeze mnie meszki. Chyba do końca życia będę już przeklinał te stworki, które zostały stworzone chyba tylko po to, aby zatruwać człowiekowi życie. Po przyjemnym dniu, wieczorami zawsze dawały o sobie znać, a raz przepuściły na mnie dosłownie zmasowany atak. Gdy rozkładałem namiot nic nie zapowiadało, że za chwilę pojawi się rozwścieczona chmara meszków. Z wielkim trudem przyszło mi schowanie całego ekwipunku do namiotu, a sam musiałem wskakiwać do środka niemal na szczupaka i czym prędzej zasunąłem wejście. Chcąc nie chcąc kilka tych latających bestii dostało się do namiotu, więc zaczęła się zabawa w kotka i myszkę. Poranek wyglądał podobnie. Składając w pośpiechu namiot nie starczało mi rąk żeby się od nich odganiać. Siadały dosłownie wszędzie i kąsały każdy nie zasłonięty skrawek ciała. Po tych zmaganiach na pamiątkę zostały mi na jakiś czas czerwone kropki na nogach i dozgonna nienawiść do meszków. Kolejny piękny, słoneczny dzień pozwolił mi jednak puścić w niepamięć to koszmarne zdarzenie i znów byłem pełen optymizmu i pozytywnej energii.

Drogi w Szwecji są bardzo dobrze oznakowane, a drogowskazy czytelne, więc nie miałem problemów z poruszaniem się po właściwej trasie. Nie zdarzyło mi się błądzić do czasu aż wjechałem do Trollhattan. W mieście jest duży most zapewniający przejazd na drugą stronę rzeki, po którym niestety nie mogą poruszać się rowerzyści. Poinformował mnie o tym przejeżdżający, jak na złość, patrol policji, gdy właśnie miałem zamiar wjechać na most. Policjant z brodą i w ciemnych okularach, niczym wyjęty z amerykańskich filmów, był na tyle uprzejmy, że wskazał mi inną drogę i ... od tego momentu zaczęła się wielka włóczęga i błądzenie. Jeździłem w jedną i w drugą stronę robiąc w tym mieście ponad 25 kilometrów i tracąc czas, a mostu nie było i nie było. Wreszcie znalazłem jakiś mostek, który bardziej przypominał kładkę, i przekroczyłem rzekę. Przynajmniej tak mi się wydawało. Moja radość nie trwała zbyt długo, bo jak się po chwili zorientowałem, znalazłem się na wyspie. Cała zabawa w poszukiwaniu przejścia zaczęła się więc od nowa. W końcu przedostałem się na drugi brzeg rzeki i wyjechałem z miasta. Kosztowało mnie to jednak sporo czasu i nerwów, a wszystko przez jeden patrol policji, który musiał być we właściwym miejscu i we właściwym czasie.

Przez Szwecję jechałem cztery dni i jak się później okazało był to dobry wybór, że rozpocząłem moją podróż w Karlskronie. Lekkie podjazdy i kilkaset kilometrów było dobrą zaprawą przed zdecydowanie bardziej wymagającym terenem w Norwegii. Gdybym poleciał samolotem z Warszawy do Oslo, jak miałem w planach, i niemal od razu wjechał w góry to zapewne spotkałyby mnie spore problemy żeby podołać trasie. A tak, rozgrzewka w Szwecji bardzo się przydała i mogłem ponadto poznać kawałek niezwykle malowniczego kraju.

Norwegia. Docelowy kraj mojej wyprawy, tak usilnie i z wielką niecierpliwością wyczekiwany przez te kilka dni, w końcu przyjął mnie w soje progi, które do skromnych nie należą. Właściwie to z wjazdem do Norwegii była dziwna sprawa. Gdybym nie spojrzał na mapę to nie zorientowałbym się nawet, że już przekroczyłem granicę. Jeżeli ktoś wypatruje budki, szlabanów, czy celników to niestety nic takiego nie dojrzy. Granica między Szwecją, a Norwegią jest dosłownie umowna i tego, co zwykle się z nią kojarzy po prostu nie ma.

W miarę jak przejeżdżałem kolejne kilometry teren stawał się co raz bardziej wymagający. Początkowo pojawiały się niewielkie wzniesienia, które stopniowo przeobrażały się w pagórki. Zanim wjechałem w góry minęło kilka dni, ale i tak podjazdy stawały się już dłuższe i bardziej strome. Jednym słowem krajobraz nabierał życia. Był bardziej urozmaicony, a na to przecież czekałem i z powodu pięknych widoków obrałem sobie za cel właśnie Norwegię. Przedsmak prawdziwej esencji norweskiego piękna, którą miałem jeszcze przed sobą, mogłem już poczuć podążając trasą numer 22 z Mysen do Lillestrom. Droga wiła się między malowniczymi, skalnymi wzniesieniami, przyklejona do zbocza góry. Wspaniałej scenerii dopełniał piękny widok na jezioro Oyeren, który nieśmiało, raz po raz przedzierał się przez gęste korony drzew. Już wtedy miałem drobne problemy z zachowaniem ciągłej jazdy gdyż nie mogłem oprzeć się pokusie robienia zdjęć. Musiałem co kawałek zatrzymać się i pstryknąć fotkę, aby uwiecznić to co ukazywało się moim oczom, a każdy zakręt odkrywał przede mną coś nowego. Górzysty charakter Norwegii nie ułatwia budowania dróg. Czasami sposób, w jaki są one poprowadzone przypomina wydzieranie naturze siłą każdego skrawka terenu, aby wcisnąć tam jakimś cudem drogę. Wielokrotnie trasa wiodła przez tunele wydrążone w skale, przebijając góry na wylot niczym precyzyjne pchnięcie szpadą. Niestety w niektórych tunelach jazda rowerem jest zabroniona, co nie raz pokrzyżowało mi wcześniejsze plany. Już na samym początku zablokowałem się kilka razy na takich zakazach. Przeważnie była możliwość objazdu jakąś starą drogą i wtedy nie sprawiało do kłopotu. Zabawa zaczynała się, gdy takiej alternatywnej trasy nie było. Wtedy poruszałem się bocznymi drogami, często nieasfaltowanymi, które prowadziły w znacznie trudniejszym terenie, ale jednocześnie o wiele bardzie malowniczym. Często jedynym moim towarzyszem na tych odludnych terenach był szemrzący gdzieś w dole strumyk, lub dumnie kroczące środkiem drogi owce z dużymi dzwonkami, które wydawały bardzo charakterystyczny dźwięk. Czasami taki pobrzdękiwania dało się słyszeć ze wszystkich stron, a owce niewidoczne urzędowały w zaroślach. Sprawiało to wrażenie jakby dźwięk ten wydobywał się spod ziemi.

Podążając drogą numer 7, która jest oznaczona jako trasa widokowa, rzeczywiście było czym nacieszyć oko. Początkowo droga prowadziła wzdłuż linii brzegowej malowniczego jeziora Kroderen, tuląc się do ścian skalnych, a następnie wkraczała w co raz wyższe partie gór. Tam krajobraz diametralnie się zmienił. Im wyżej tym roślinność stawała się bardziej uboga. W końcu dominującymi elementami krajobrazu były górskie jeziorka, mchy, porosty, a miejscami pojedyncze, karłowate drzewka kurczowo trzymające się skał. W takiej właśnie scenerii Norwegowie stawiają swoje domki letniskowe, które raz po raz można dostrzec na zboczach gór. Przyroda odgrywa w ich życiu bardzo ważną rolę i wyznają oni zasadę, że im mniej ludzi tym lepiej. W związku z tym najlepszym miejscem na postawienie daczy jest dla nich właśnie tak odludny i surowy krajobraz.

Contents copyright © 2001-2010, CYKLOiD. All rights reserved.
Zawartość oraz forma Kalendarza Wypraw Rowerowych XXI wieku podlegają ochronie praw autorskich. Kalendarz...XXI wieku nie może być powielany lub prezentowany w inny sposób jak tylko na stronie macierzystej projektu, to jest http://wyprawy21.cykloid.pl/.