www.wyprawy21.cykloid.pl :: Wyprawy Rowerowe XXI wieku

Relacje z wypraw...

Himalaje 2005 - rowerowa wyprawa do Ladakhu

Tekst i fotografie: Piotr Strzeżysz

Kamienie, błoto i śnieg

W Pang, na wysokości 4 630 m. n.p.m. zrobiłem duże zapasy na dalszą drogę. Czekał mnie dość trudny odcinek, bowiem następne miejsce, w którym można było kupić coś do jedzenia, Ramsey, było już po drugiej stronie przełęczy Tanglang, a dzieliło mnie od niego jakieś sto kilometrów.

Zaraz za Pang był posterunek wojskowy i potem zaczął się podjazd na równiny Morei, gdzie miałem okazję spotkać koczowniczych Khampów. Krajobrazy po drodze były fantastyczne, jedynie wiatr wiejący prosto w twarz odbierał trochę przyjemność z jazdy. Pomimo tego, że jechałem prawie po płaskim terenie, to przez pierwsze kilometry za Pang prędkość nie przekraczała 10 km/h. Po kilku kilometrach droga skręciła na prawo i wiatr zaczął być dla mnie przychylniejszy. Jeszcze kilka kilometrów dalej i mknąłem popędzany przez porywiste podmuchy. Z przewodnika oraz z relacji osób, które były tu przede mną wynikało, że równina ta jest zupełnie pozbawiona wody. Nie jest to do końca prawdą, bowiem często mijałem całkiem duże strumienie, więc nie trzeba było zabierać ze sobą dodatkowych litrów. Dojechałem do miejsca, gdzie rozpoczynał się podjazd na przełęcz i na wysokości ok. 4800 m. n.p.m. spędziłem noc w namiocie w otoczeniu jakichś ruin, które skutecznie chroniły mnie przed bardzo silnie wiejącym wiatrem. W nocy często się budziłem i miałem lekkie problemy z oddychaniem, ale poza tym żadnych innych dolegliwości związanych z wysokością.

Następnego dnia po pokonaniu około dwudziestokilometrowego podjazdu około jedenastej przed południem byłem na przełęczy Tanglang, na wysokości 5360 metrów n.p.m. Do końca dnia przejechałem jeszcze siedemdzięsiąt kilometrów i właściwie gdybym się bardzo uparł, to mogłem już dojechać do Leh. Chciałem jednak jeszcze zwiedzić buddyjskie klasztory w Thikse i Shey.

Odpoczynek w mieście

Do miasta Leh dotarłem następnego dnia około osiemnastej, pokonując prawie pięćsetkilometrowy odcinek z Manali w osiem dni, czyli jedynie czterokrotnie dłużej niż kursowy autobus.

Miałem duże problemy ze znalezieniem hotelu, przy którym pozwolonoby mi rozstawić namiot, ale w końcu się udało. Właściciele Shanti Guest House wyglądali na wyraźnie zdziwionych moją prośbą. Wieczorem udałem się na załatwienie formalności z uzyskaniem pozwolenia na wjazd do doliny Nubry, które to pozwolenie uzyskałem prawie od ręki. Kosztowało sto rupii i było ważne siedem dni od daty wydania.

Podczas spacerów po mieście natknąłem się na kilka miejsc, które warte są wzmianki. W pralni Dzomsa można napełnić puste butelki czystą wodą za 7 rupii za litr. Na targu tybetańskim za marne grosze można kupić całkiem porządnie wykonane podróbki firmy North-Face, jeśli więc ktoś potrzebuje kurtki, butów albo plecaka na jedną czy dwie górskie wycieczki, to czemu nie skorzystać, nie jest to jednak sprzęt, który mógłbym polecić bardziej wymagającym użytkownikom. W "Mero Equipments" na Fort Road można również kupić butle gazowe do palników epi-gaz. Cena iście europejska - 300 rupii za 250-gramowy pojemnik. Wieczorem byłem na spacerze na starym mieście a potem poszedłem obejrzeć pokaz tańców ladackich. Trochę drogo, bo aż 250 rupii, ale widowisko naprawdę warte swojej ceny.

:: FOTOGALERIA ::

Na dachu świata

W piękny poniedziałkowy poranek, mając nad sobą lekko zachmurzone niebo, w doskonałym humorze i świetnym samopoczuciu, ruszyłem w stronę przełęczy Khardung. Do wojskowego posterunku w South Pullu minęło mnie tylko kilka ciężarówek i kilka jeepów z turystami. W obozie należało pokazać pozwolenie na wjazd i zostawić jedną kopię na posterunku. Na pytanie gdzie są pozostałe trzy osoby, które były wymienione na urzędowym druku (m.in. jakiś Remi z Izraela?) odpowiedziałem, że przyjadą jutro. Za South Pullu podjeżdżało mi się gorzej z każdym kilometrem. Chciało mi się wymiotować i coraz bardziej bolała głowa. Z zawrotami głowy i okropnymi nudnościami wreszcie wjechałem na przełęcz. Kręciło się tam dużo wojska i w ogóle różnego pokroju ludzi, ale moje pajacowanie ze statywem i kilkanaście zdjęć na tle tablicy z oznaczeniem wysokości na jakiej się znajdowałem, nie wzbudziło większego zainteresowania. Zapewne wszyscy tam przywykli do podobnych widoków.

Dolina pełna wrażeń

Droga schodząca do doliny Nubry była w fatalnym stanie, mnóstwo kamieni, śniegu, błota i strumieni. W oddali na horyzoncie lśniły szczyty pasma Karakorum. Noc spędziłem w wiosce Khardung, obok jednej z maleńkich, glinianych chatek.

Za wioską w stronę doliny jechało się cudownie. Jakość drogi wyraźnie się poprawiła a wspaniała pogoda i przepiękne krajobrazy towarzyszyły mi do samego Khalsar. W dolinie spędziłem kilka dni, odwiedziając kilka klasztorów, podziwiając cudowne krajobrazy i spotykając się na każdym kroku z ludzką życzliwością. Ponieważ pozwolenie do doliny Nubra umożliwia jazdę tylko do Panamiku, nie mogłem jechać już dalej na północ, w kierunku spornej ciągle granicy z Pakistanem. Choć obecnie między oboma krajami panuje zawieszenie broni, w okolicy, podobnie jak w całym Ladakhu i Kaszmirze, stacjonuje mnóstwo wojska.

W Sumur spotkałem grupę Francuzów, od której dowiedziałem się o jakimś festiwalu odbywającym się w głębi wioski. Pojechałem we wskazanym kierunku i rzeczywiście było duże zgromadzenie i odbywało się coś na kształt zebrania. Niestety nie wiem co było jego powodem, jedna osoba próbowała mi wytłumaczyć i zrozumiałem tylko tyle, że ma to jakiś związek z pełnią księżyca. Na dużym placu siedzieli dookoła ludzie, kobiety i dzieci po lewej stronie, natomiast bardziej dojrzali chłopcy, dorośli mężczyźni po prawej. Były jeszcze wydzielone miejsca dla kilku, wyglądających przynajmniej na lat osiemdziesiąt, dziadków. Na środku placu rozstawione było wyglądające jak ołtarz podwyższenie a obok wielkie niebieskie wiadro, z którego kobiety do małych naczyń i butelek (m.in. po coca coli ?) nalewały gęsty jasnobrązowy płyn. Płyn ten następnie był rozdawany mężczyznom, którzy pili go po odtańczeniu dziwnego tańca, do którego i ja byłem usilnie, acz bezskutecznie zaproszany. Właściwie to nie wiem dlaczego odmówiłem, ale zamiast przy dźwiękach bębnów i fletów tańczyć zrytualizowany taniec, wołałem stać pod drzewem i obserwować. Tańczyli tylko mężczyźni, ubrani w jednakowe długie płaszcze i spodnie, chodząc drobnymi krokami dookoła podwyższenia z kubłem, robiąc czasem dziwne ukłony i kiwając się w rytm hipnotyzującej muzyki. Co rzuciło mi się w oczy, to że mężczyźni wcale nie tak chętnie się do tego tańca garnęli. Dwie bardzo żywiołowe pani naprawdę mocno musiały się naprosić i nachodzić, żeby zebrać gromadkę do tańca. Na początku większość wydawała się bardzo zażenowana tym podrygiwaniem, ale potem jakby wciągnął ich jednostajny rytm wydobywany z bębnów i już bez zahamowań tańczyli w coraz szybszym tempie, powtarzając te same, zrytualizowane ruchy. Przed muzykami postawiono wielkie ciasta, wyglądające jak polskie kołacze a tańczący mężczyźni wrzucali do postawionego obok kosza pieniądze. Kiedy wreszcie muzyka stała się tak szybka, że kroki zaczęły się plątać, koło utworzone przez mężczyzn przerwało się i wszyscy rzędem wykrzykując jakieś nieartykułowane dźwięki pobiegli za pobliski budynek. Po chwili przerwy podobny taniec odtańczyły kobiety, z tą różnicą, że tańcząc, cienkimi głosikami śpiewały jakąś wesołą pieśń.

Ostatnie kilometry dzielące mnie przed Panamikiem miały być przyjemną przedwieczorną przejażdżką, a okazały się być morderczym pokonywaniem każdego metra. Wiał bardzo silny wiatr, który momentalnie zwiewał mnie prawie z drogi i uniemożliwiał szybszą jazdę niż siedem/osiem kilometrów na godzinę. Miałem nawet obawy czy w takich warunkach dam radę dojechać przed wieczorem do wioski. Przy pierwszej chacie zobaczyłem siedzące na werandzie, owinięte w koce cztery starsze kobiety. Pomyślałem, że przed domem byłoby doskonałe, dobrze osłonięte od wiatru miejsce do spania. Podchodzę bliżej i na migi staram się wytłumaczyć o co mi chodzi. Kumy z uśmiechem kiwały głowami, co odczytałem na znak zgody. Bardzo żywiołowo komentowały moje próby rozbicia namiotu przy wiejącym wietrze, który nawet w tym osłoniętym miejscu skutecznie próbował mi przeszkodzić w jego rozstawieniu. Jedna z kobiet w czasie kiedy mocowałem się z namiotem, zrobiła mi gorący čaj i przyniosła suchary. Podziękowałem serdecznie ale, że ciągle miałem pusty żołądek a żadnych zapasów, zostawiłem rzeczy i poszedłem do wioski poszukać jakieś restauracji. Nie musiałem długo szukać. Niedaleko od chatki był Guest-house Hot- Spring, którym za trzydzieści pięć rupii zjadłem największą jak do tej pory porcję ryżu z warzywami. Porcja naprawdę była ogromna. Aby uczcić dojechanie do Panamiku kupiłem sobie piwo za całe 90 rupii, ale wypiłem je już w namiocie. Wieczór był cudowny. Wzeszedł księżyc w pełni, w którego świetle przepięknie odbijały się ośnieżone szczyty gór. Wiał wiatr, było mi ciepło, siedziałem sobie wpatrzony w niebo, popijając piwko, myśląc jak niewiele ludziom potrzeba do szczęścia. Obok mnie cztery kobiety zawinięte w porwane koce, leżąc przed wejściem do chaty nuciły cicho jakąś pieśń. Ciekawy byłem o czym one śpiewały. Może dziękowały za przeżyty dzień, prosiły o dobrą noc i poczułem wtedy obecność kogoś jeszcze i choć chciałem się do niego zwrócić, to nie mogłem znaleźć ani imienia ani słów. I wydaje mi się, że wcale nie były one potrzebne… Jakbym zamiast słów emanował jakimś uczuciem, które unosiło się, ulatywało ze mnie, jakbym dzielił się z kimś przeżywaniem tamtej chwili i ta część, która unosiła się, była zaraz zastępowana inną, wyraźniejszą, bardziej intensywną i to było jakby zapadanie się w siebie, a ta wymiana uczuć była jak rozmowa, ale poza jakimkolwiek słowem, poza jakimkolwiek kształtem, niewidzialna materia ducha wzlatywała i opadał w rytm melodii dochodzącej od coraz ciszej śpiewających kobiet...

Wróciwszy do Khalsar, rozpocząłem sześćdziesięciodwu-kilometrowy podjazd na przełęcz Kahardung, na którą wjechałem następnego około szesnastej, będąc wg nieoficjalnych źródeł pierwszym Polakiem, który wjechał na rowerze na Khardung La z obu stron. Z wioski Khardung do obozu North Pullu miałem do pokonania dziewiętnaście kilometrów. Dojechałem tam około południa i zatrzymałem się na kolejny posiłek. We trzech najbliższych dhabach proponowano mi jedynie magi - czyli zupka w proszku z makaronem, oczywiście mocno przyprawiona. W czwartej, trochę oddalonej od reszty natknąłem się na grupę Polaków, ale nie miałem ochoty na pogawędki. Udało mi się zamówić chowmein, który dostałem po prawie godzinie czekania. Było bardzo dużo turystów a tylko dwie osoby krzątające się w kuchni. Kiedy wreszcie porcję dostałem i zajadałem w najlepsze, uwagę moją zwrócił hałas i krzyki dobiegające z ulicy. Obejrzałem się za siebie i zobaczyłem ludzi pokazujących coś na zboczu. Spojrzałem w tamtym kierunku i zobaczyłem staczającą się po stoku ciężarówkę. Za moment pobiegło w tamtą stronę mnóstwo wojska lecz jak się później okazało, już nikomu pomóc nie mogli. Może to przynajmniej tych, co widzieli wypadek, nauczy trochę ostrożniejszej i mniej brawurowej jazdy, pomyślałem. Ostatnie piętnaście kilometrów na przełęcz wjeżdżało się ciężko ale zdecydowanie lżej niż od strony południowej. Zjeżdżając do Leh wielokrotnie zatrzymywałem się robiąc zdjęcia, tak więc do miasta wjechałem już w całkowitych ciemnościach.

Wzdłuż rzeki Indus

Następnego dnia byłem znów w drodze, kierując się w stronę oddalonego o około 120 km na zachód od Leh Lamayuru. Z miasta wyjechałem późnym popołudniem, kierując się w stronę Basgo, gdzie zamierzałem spędzić noc. Chociaż przez pierwsze kilometry jechałem po równinie, to bardzo silnie wiejący przeciwny wiatr nie pozwalał na szybką jazdę. Żeby nie było mi zbyt lekko to po kilkunastu kilometrach zaczął się podjazd prawie do samego Nimu. Przez cały dzień słońce bardzo mocno świeciło, przez co zużyłem już prawie całą tubkę kremu. Tym się akurat bardzo nie martwiłem gdyż w Indiach nie ma problemu z jego zakupem. Przejechałem jeszcze kilka kilometrów za wioskę, ale kiedy zobaczyłem, że zbliżam się do następnego długiego podjazdu, pomyślałem, ze tego dnia już wystarczy. Po lewej stronie drogi stał duży dom i zza ogrodzenia słychać było jakieś nawoływanie. Podszedłem bliżej, myśląc, że to może mnie ktoś zauważył i woła lecz była to tylko jakaś staruszka stukająca do zamkniętych drewnianych drzwi. Nagle drzwi otworzyły się i pojawiła się druga kobieta. Bez namysłu podszedłem i na migi pokazuję, że chciałbym rozstawić tam namiot. Staruszki uśmiechając się do mnie chichotały między sobą i wzruszały ramionami aż w końcu jedna zniknęła za murem i za moment przyprowadziła ze sobą córkę, która znała angielski. Zostałem zaproszony do środka, gdzie za ogrodzeniem znalazłem świetne miejsce w ogrodzie na nocleg. Potem wspólnie zjedliśmy w domu kolację, niestety przy włączonym telewizorze, z którego dobiegały okropne dźwięki indyjskiego disco-polo. Późnym wieczorem do domu wrócił mąż pani, która tak gościnnie mnie przyjęła. Był żołnierzem, akurat na przepustce. Narzekał na armię podobnie jak spotykani do tej pory przeze mnie żołnierze, ale temu zostało już tylko niecałe dziesięć lat do zakończenia służby. Na śniadanie dostałem pyszne grube tybetańskie čapati i tybetańską herbatę, która jest solona. W Basgo zwiedziłem rozpadający się czterystuletni klasztor, w którego świątyni znajduje się posąg Buddy Maitreji i następnie udałem się w stronę Likir, gdzie dotarłem około południa. Skręciwszy na prawo z głównej drogi już za pierwszym zakrętem ukazał się zarys wspaniale usytuowanego klasztoru. Przed zwiedzeniem zjadłem jeszcze obiad w przydrożnej restauracji, gdzie w towarzystwie młodych mnichów za jedyne dziesięć rupii dostałem porcję momo z zupą. Nie ma żadnych opłat za zwiedzanie klasztoru, jedynie za obejrzenie muzeum należy zapłacić dwadzieścia rupii. Wspaniale spacerowało się wśród pomieszczeń klasztoru i najchętniej zostałbym tam dużo dłużej. Byłem również świadkiem pudźi, czyli buddyjskiej ceremonii rytualnego ofiarowania i modlitwy. Późnym popołudniem opuściłem wspaniały zakątek i udałem się do Alchi, gdzie dojechałem już wieczorem. Rozbiłem się przed samą wioską na zupełnym pustkowiu w zagłębieniu chroniącym mnie skutecznie przed wiatrem.

Droga z Alchi do Nurli ciągnęła się wzdłuż rzeki Indus, czasem pnąc się po stromym zboczu by za chwilę prowadzić ostrym zjazdem do brzegu rzeki. Ruch na szosie był niewielki, najczęściej wymijały mnie albo wyprzedzały niewielkie, białe jeepy z turystami jadącymi prawdopodobnie w to samo miejsce do którego i ja zmierzałem, czyli do Lamayuru. W Nurli zjadłem potężną porcję ryżu z warzywami za trzydzieści rupii. I dostałem gorącą wodę z cukrem na herbatę.

Wyrozumiali mnisi

Następny przystanek zrobiłem w Khalsi, gdzie zatrzymałem się na odpoczynek. Za miasteczkiem kontrola paszportowa, zaraz przed rozjazdem. Na prawo droga odbijała do Dha-han, a na lewo do Lamayuru. Przejechałem Indus nowiutkim mostem i po około dwóch kilometrach odbijam na lewo jadąc następnie wspaniałym wąwozem wzdłuż jednego z dopływów Indusu. Za kilka kilometrów niespodzianka - kolejny rozjazd, z którego wynikało, że chcąc jechać do Lamayuru krótszą drogą powinienem skręcić na lewo, co zupełnie nie zgadzało się z posiadaną przeze mnie mapą. Nadjeżdżająca ciężarówka i chwila rozmowy z kierowcą rozwiały moje wątpliwości. Obie drogi prowadziły do Lamayuru ale ta na lewo była dużo krótsza. Jeszcze kilka kilometrów lekkiego podjazdu we wspaniałej górskiej scenerii i kolejna niespodzianka - bardzo stroma, pnąca się do góry serpentyna o nachyleniu czasami tak dużym, że brakowało mi przełożeń i musiałem prowadzić rower. Do tego okropna nawierzchni - dziury, kamienie i wszędobylski pył wzniecany przez silny wiatr, jak również koła przejeżdżających samochodów. Po około ośmiu kilometrach morderczego podjazdu dojechałem wreszcie do wioski. Brudny, spocony i wyczerpany pod sam klasztor już nie podjeżdżam, tylko zostawiam rower pod jedną z restauracji i po krótkim odpoczynku idę zwiedzać klasztorne budynki. Mam szczęście, bowiem znów jestem świadkiem pudźi, podczas której niestety zasypiam. Po wygodnym usadowieniu się w kąciku i wsłuchany w jednostajne mruczenie mnichów bezskutecznie próbowałem walczyć z ogarniającą mnie sennością. Kilkakrotnie rozbudzał mnie dźwięk uderzanego blaszanego bębna, ale kiedy przestano w niego uderzać zasnąłem jak kamień na wygodniej ławie. Uśmiechnięty mnich obudził mnie podczas przerwy w modlitwie, częstując gorącym čajem podanym w porcelanowej filiżance. Wkrótce musiałem pożegnać gościnnych mnichów i ruszyłem w dół do Khalsi.

Zachłanni kierowcy

Zapewne dotarłbym tam przed wieczorem, gdybym nie wpadł na głupi pomysł zatrzymania się na postoju ciężarówek, znajdującym się około pięć kilometrów przed miasteczkiem. Pomyślałem, że może zapytam jakiegoś kierowcę, czy nie jedzie następnego dnia do Leh, a obok była restauracja i dużo miejsca na ewentualny nocleg w namiocie. Zacząłem więc się wypytywać, co z uwagi na barierę językową, wcale nie było taki łatwe jak początkowo przypuszczałem, że będzie. Dowiedziałem się, że jedna ciężarówka jedzie, ale dopiero koło północy, co właściwie było mi bardzo na rękę, gdyż zamierzałem z Leh do Manali pojechać autobusem, który odjeżdżał o 4.30. W międzyczasie zainteresowali się mną inni kierowcy próbowali namówić, abym jechał z nimi. Nawet w końcu dałem się przekonać jednemu i już prawie mocowałem rower na dachu kabiny, kiedy słyszę, że ta dwu-trzygodzinna przejażdżka miałaby mnie kosztować trzysta rupii! Wypchajcie się, pomyślałem i wróciłem do poprzedniego kierowcy, który to jednak mówi, że jedzie dopiero następnego dnia. Wkurzyłem się trochę, ale co mogłem zrobić? Poprosiłem właściciela restauracji, w której zjadłem palący ryż z dhalem o możliwość rozbicia namiotu lecz on zaproponował mi nocleg pod dachem na podłodze w dhabie. Położyłem się około dwudziestej drugiej obok grającej cicho figurki Buddy. Do dhaby ciągle wchodzili jacyś ludzie i noc nie zapowiadała się na zbyt spokojną. Zastanawiałem się już nawet czy nie lepiej będzie wyjść na zewnątrz i rozbić namiot, jednak w końcu zjawił się właściciel, wyłączył wszystkie światła i wszystkich wyprosił. Rozłożyłem karimatę na brudnej, śmierdzącej posadzce i zakopałem się w śpiwór. Ciągle jednak ktoś się kręcił. Najbardziej denerwowały mnie skrzeki starej baby, która bardzo podniesionym głosem ciągle coś komentowała. Niechby sobie tak gadali i całą noc, ale oni weszli do restauracji, rozsiedli się przy stolikach i zachowywali się tak, jakby mnie tam wcale nie było. Rozmawiali bardzo głośno zupełnie nie zwracając uwagi na fakt, że ktoś obok próbował zasnąć. Po godzinie miałem dosyć. Wstałem, wkurzony potwornie i zacząłem się ubierać, mówiąc do właściciela (który pojawił się kilka minut wcześniej), że idę jednak rozbić namiot, ponieważ tutaj jest za głośno a ja jestem bardzo zmęczony i nie mogę zasnąć. To my sobie stąd pójdziemy, odpowiedział na to. Po ich wyjściu zrobiło się wyjątkowo cicho i nawet skrobanie kotka do drzwi zupełnie mi nie przeszkadzało. W porównaniu ze skrzekami starej baby i wtórującymi jej basami mężczyzn, te skrobnięcia były jak kojący szum wolno płynącego, górskiego potoku.

Powrót do Leh

Spałem jak kamień do około piątej rano, gdyż o tej godzinie zaczęła się już krzątanina w restauracji. Siedziałem przed wejściem i robiłem notatki z podróży, kiedy to nagle zdałem sobie sprawę jak późno się zrobiło. Była godzina dziesiąta a ciężarówki jeszcze ciągle stały. Na szczęście rozsądek wrócił mi do głowy i około dziesiątej trzydzieści ruszyłem do Khalsi, gdzie podobno o jedenastej miał być autobus do Leh. Rzeczywiście na dworcu dowiedziałem się, że o jedenastej odjeżdża autobus, ciężko tylko było ustalić, który z kilku stojących na placu jedzie do Leh. Na dworcu poznałem trzech młodych Francuzów, którzy również jechali w tzm samzm kierunku. W końcu jakoś udało nam się dopytać, który autobus był właściwy i za moment z pomocą nowych znajomych umocowałem rower na dachu pojazdu. W międzyczasie przyjechał nowy autobus, po brzegi wyładowany ludzką ciżbą. Za minutę kierowca naszego autobusu, w którym zajęliśmy już wolne siedzenia mówi, że nie jedzie do Leh ale jedzie właśnie ten, który przed chwilą przyjechał i żebyśmy się pospieszyli bo za kilka minut odjeżdża. Największym problemem było szybkie i sprawne odwiązanie roweru i umieszczenie do na dachu drugiego pojazdu, co jakoś się udało. Autobus już ruszał, kiedy ja w biegu wrzucałem namiot i karimatę przez otwarte drzwi a sam zostałem dosłownie wciągnięty przez Hindusów do środka, słysząc nad uchem gwizdek pana konduktora. Bilet, bez opłaty za rower, kosztował jedynie siedemdziesiąt rupii. Na miejscu byliśmy o 15.30.

Pożegnanie gór

Następnego dnia ruszyłem autobusem w drogę powrotną do Manali. Pobudka o 3.30 - w Polsce północ! Kiedy dotarłem na dworzec, było jeszcze ciemno. Ruszyliśmy o piątej, kierując się w stronę Upshi, gdzie zatrzymaliśmy się na śniadanie. Za miasteczkiem zaczęło mi się robić niedobrze od jazdy i z każdą godziną mój stan pogarszał się. Sądząc po twarzach niektórych współtowarzyszy podróży, nie tylko ja czułem się źle. Bolał mnie brzuch, nerki, nogi, a najbardziej głowa, jeszcze dziś na myśl o tej jeździe robi mi się niedobrze. Po piętnastu godzinach męki dotarliśmy do Keylongu, gdzie od razu po wyjściu z autobusu obskoczyła nas chmara ludzi oferujących nocleg. Jeden z młodych chłopców zaoferował pokój za dwadzieścia pięć rupii. Dwadzieścia pięć rupii, myślę sobie, pewnie, że idę. We wspólnej sali spałem z dwiema Polkami i czeską parą, która wybrała się na roczną podróż po Azji. Na poranny autobus ledwo zdążyłem. Za pięćdziesiąt rupii (razem z rowerem) kupiłem bilet do Gramphu, skąd już zamierzałem jechać na rowerze. W autobusie jechało się podobnie fatalnie jak poprzedniego dnia, na szczęście jedynie dwie godziny a nie piętnaście. Samo Gramphu i ja, i pan konduktor, przegapiliśmy i kiedy ten ostatni się zorientował, gwizdkiem zatrzymał autobus na środku drogi. Zrobił się mały korek, bowiem za nami jechał korowód wojskowych ciężarówek, a ja miałem problemy z odwiązaniem roweru na dachu. Kiedy wreszcie się z tym uporałem i autobus już ruszał, przypomniałem sobie o jednej sakwie, która została w środku pod siedzeniem. W oparach czarnego dymu unoszącego się z wielkiej rury wydechowej zacząłem biec za rozpędzającym się autobusem krzycząc: "blue sack!, blue sack!" Kiedy autobus znikał za zakrętem, z moich ust wylatywały już tylko polskie przekleństwa. Przez głowę przebiegło mi mnóstwo myśli, co tu teraz zrobić, gdy nagle patrzę, jak przez otwarte drzwi wypada niebieska sakwa, stacza się po pochyłej drodze i znika pod jadącą za autobusem ciężarówką. No to koniec, myślę, ale za moment widzę sakwę na poboczu drogi. Oddycham z ulgą.

:: FOTOGALERIA ::

W drodze do Mandi

Na samej przełęczy gruba warstwa mgły ograniczała widoczność do kilkudziesięciu metrów. Hindusi w kożuchach i butach gumowcach biegali po lodowcu, rzucając się zmarzniętym śniegiem. Widok przedni! Za przełęczą odwiedziłem znajomych z namiotu pod Marhi. Czułem się jakbym zajechał do rodziny. Spontaniczna radość, ciepło i serdeczność. Odpocząłem kilka godzin, ale pomimo usilnych próśb nie zostałem na noc, tylko zjechałem do Manali. Właściwie to do samego miasta nie zajeżdżałem, tylko pojechałem prosto w stronę Naggar, drogą prowadzoną po prawej stronie rzeki Beas. Tak jak pisali w przewodniku, droga po tej stronie doliny jest naprawdę niezwykle malownicza. Na nocleg zatrzymałem się około dziesięciu kilometrów na północ od Kullu, rozbijając namiot przy drodze, obok hinduskiej świątyni. Spałem jak kamień do szóstej rano. Bez śniadania siadłem na rower i pomknąłem dalej w dół rzeki po doskonałej jakości drodze. Za Bhuntar, po przejechaniu ponad trzydziestu kilometrów na czczo, zatrzymałem się wreszcie na śniadanie. Zjadłem pyszne placki ziemniaczane, wypiłem colę i dwie znakomite kawy z mlekiem. W telewizorze teleturniej "Milionerzy", nawet muzyka ta sam, tylko Urbański inny ?. Podczas konsumpcji dosiadł się do mnie jakiś Hindus i bez ceregieli zaczął oglądać mój leżący obok zeszyt. Spiorunowałem go wzrokiem, ale nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia. Wręcz przeciwnie, przyniosło skutek zupełnie odmienny od zamierzonego, bowiem zaczął ze mną konwersować, na co naprawdę nie miałem wielkiej ochoty. Na koniec przyniósł aparat i zrobił mi zdjęcie, kiedy połykałem ostatnie kawałki placka. Kiedy wreszcie sobie poszedł i myślałem, że w spokoju będę mógł dokończyć robienie notatek, dosiedli się dwaj kelnerzy, którzy akurat nie mieli innego zajęcia i zaczęli oglądać mapę. Jak to już kilkakrotnie miałem okazję zauważyć, również i tym razem mapa wzbudziła niezmierne zainteresowanie, a kelnerzy wydawali się być bardzo szczęśliwi, kiedy udało im się znaleźć znajome miejscowości

Po śniadaniu, jak na złość, musiałem jechać pod przeciwny wiatr. Wiało tak mocno, że chwilami miałem wrażenie, że na większości zjazdów szybciej był podjeżdżał, niż zjeżdżałem. Po drodze, po raz pierwszy w Indiach, jechałem przez wykuty w skale tunel. Był kiepsko oświetlony, z wielką dziurą u wylotu, w którą o mało nie wpadłem, a że akurat był zjazd, a w tunelu opory powietrza są minimalne, nietrudno zgadnąć, że jechałem bardzo szybko. Ciekawe jak bym wyglądał, gdybym w ową dziurę wpadł, brr. W Mandi postanowiłem zakończyć podróż na rowerze i do Delhi pojechać autobusem. Znalazłem nocleg w hotelu Standard za osiemdziesiąt pięć rupii, czyli równowartość około dwóch dolarów. Pokój z telewizorem i wentylatorem, ma się rozumieć ?. W Mandi jest naprawdę ładny i czysty rynek i bardzo przyjemnie spędziłem na nim wieczór, zajadając na dość czystej trawie wegetariański chowmein.

Męcząca stolica po raz drugi

Sobotni poranek powitałem potężnym rozwolnieniem i naprawdę trudno mi powiedzieć, co było jego przyczyną. Czekało mnie dwanaście godzin jazdy w autobusie do Delhi i martwiłem się, co będzie, jak mnie dopadnie ból brzucha w trakcie jazdy, ale w ciągu dnia żołądek jakoś się wyregulował. Może dlatego, że przez cały dzień prawie nic nie zjadłem, więc nie bardzo było co wydalać. Za bilet do Delhi zapłaciłem razem z rowerem dokładnie 390 rupii (w tym 130 rupii za rower). W stolicy oczywiście znów tłum osób oferujących nocleg lub podwiezienie, ale ja wolałem znaleźć drogę sam. Dzięki przerzutkom, pomimo ciężkiego bagażu, w porównaniu z rikszami, na światłach ruszałem jak rakieta, a szybka i pewna reakcja na indyjskiej drodze, to reakcja bezpieczna. Nocleg znalazłem w hotelu Navrang, gdzie za sto rupii za noc dostałem pokój bez okien przypominający zapchloną, duszną norę. Pozostały mi dwa dni do odjazdu, które zamierzałem spędzić głownie na wałęsaniu się po mieście i robieniu zakupów. W obezwładniającym upale zwiedzałem cuchnące zaułki stolicy, przeciskając się przez kłębowiska ludzi i stragany handlarzy, mijając bezpańskie wychudłe krowy, żebraków, ascetów i gro­mady włóczących się bez celu obszarpań­ców. Bezskutecznie próbowałem uciec przed natarczywością rikszarzy, sklepikarzy i wyjątkowo upierdliwych pucybutów. Upór pucybutów szczególnie wzbudzał moje wdziwienie, bowiem moje buty były już w stanie rozkładu. Tłumaczenia, że buty są stare i zamierzam je tego dnia wyrzucić na lotnisku, były zbyt skomplikowane, nie pozostawało mi więc nic innego, jak kilkakrotne powtarzanie no, no, no. No dobrze, mogłem zrozumieć, że niektórzy chcieli je kleić, ale czyścić? Zresztą sami mieli lepsze buty na nogach, bo chętnie bym im swoje zostawił.

Prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie :)

Ostatni dzień spędziłem w wyjątkowo zadbanym parku, w bogatej dzielnicy, gdyż odlot do Polski miałem dopiero nad ranem. Późnym wieczorem pojechałem na lotnisko. Na samą halę odlotów mogłem wejść dopiero na trzy godziny przez odlotem, więc czas oczekiwania spędziłem na zewnątrz. Nie mogłem również wejść na poczekalnię, gdyż była płatna (30 rupii) a ja pozbyłem się indyjskiej waluty, zostawiwszy sobie osiemdziesiąt dolarów na ewentualną nadpłatę za nadbagaż. Wreszcie zostałem wpuszczony do hali odpraw, gdzie ustawiłem się do kontroli paszportowej. Wcześniej musiałem prześwietlić cały bagaż, rower oczywiście też. Stałem niepewnie w kolejce, z pogłębiającym się uczuciem niepokoju, czy aby uda mi się wrócić do Polski z rowerem. Obawy były naj najbardziej uzasadnione. Okazało się bowiem, że rower to według indyjskiego celnika very special baggage i byłem zmuszony dopłacić do biletu …trzysta dziewięćdziesiąt dolarów (390 $). Na nic się zdały moje tłumaczenia, że mam tylko osiemdziesiąt, że w jedną stronę zapłaciłem równowartość siedemdziesięciu dolarów i myślałem, że teraz będzie podobnie, tym bardziej, że mój bagaż był teraz dużo lżejszy. Celnik był nieugięty. Czas płynął, wzajemna irytacja powoli przeradzała się w coraz ostrzejsze słowa i wreszcie pan celnik nie wytrzymał i poszedł po kolegę. Cena za rower spadła do stu pięćdziesięciu dolarów i to było wszystko, co mogli dla mnie zrobić. Czas nieubłaganie płynął i zostało pół godziny do odlotu. Stałem obok, zupełnie zrezygnowany, w czasie kiedy kolejni podróżni byli bez problemów odprawiani i nagle wpadłem na genialny pomysł. Zasugerowałem panu za kontuarem, że odczepię koła, opakuję resztę w folię i wtedy nie będzie to już bagaż specjalny, tylko zwykły bagaż. Bez kół to już nie będzie rower, mówię. Potem go zważymy i ewentualnie zapłacę tylko za zwykły nadbagaż. Pan uniósł brwi wysoko i mówi: "ok, ale zostało ci dziesięć minut". Odczepiłem koła, pobiegłem do miejsca, gdzie specjalna maszyna upodobniła mój rower do kokonu i prześwietliwszy go raz jeszcze (były potrzebne nowe nalepki) wróciłem na miejsce odprawy. Pan rzuca okiem na pakunek i mówi, że rower miał być bez kół. W ostatniej chwili zmieniłem zdanie i odczepione koła dołożyłem do ramy. Oblepiony, rozłożony na części rower gabarytowo był całkiem niewielki i nie powinno to chyba stanowić żadnej różnicy. Mężczyzna pokręcił głową, ale zgodził się abym rzucił rower na wagę. Okazało się, że razem z namiotem i drobiazgami, które oddałem jako bagaż główny miałem trzy kilogramy więcej niż dopuszczalne 20 kg, i za te trzy kilogramy extra zapłaciłem równowartość siedemdziesięciu dolarów. Byłem niezmiernie wdzięczny panu za kontuarem, który jednak mojej radości nie podzielał. Nie wiem, czy nie będę miał przez to kłopotów, powiedział. Na pewno wszystko będzie ok., odpowiedziałem. Jako ostatni pasażer wbiegałem do samolotu, który to nie wiem, czy nie przeze mnie wystartował z lekkim opóźnieniem… W samolocie mogłem odetchnąć z ulgą. Jeszcze długo nie mogłem uwierzyć, że jednak wszystko się udało. W Kijowie, gdzie miałem przesiadkę, pytano mnie przy kontroli paszportowej, cóż to takiego przewożę, że za jeden kilogram nadbagażu zapłaciłem w Delhi równowartość prawie dwudziestu pięciu dolarów. To tylko rower, mój najlepszy przyjaciel, odpowiedziałem z uśmiechem.

Contents copyright © 2001-2009, CYKLOiD. All rights reserved.
Zawartość oraz forma Kalendarza Wypraw Rowerowych XXI wieku podlegają ochronie praw autorskich. Kalendarz...XXI wieku nie może być powielany lub prezentowany w inny sposób jak tylko na stronie macierzystej projektu, to jest http://wyprawy21.cykloid.pl/.