www.wyprawy21.cykloid.pl :: Wyprawy Rowerowe XXI wieku
Tekst i fotografie: Piotr Strzeżysz
Poznałem również dziwnego człowieka, któremu wszyscy wokoło kłaniali się wpół, a który uparł się, że po posiłku muszę z nim pójść do jego domu i napić się sherry. Powiedział również, żebym się nie martwił wojskowymi i on wszystko załatwi, tak że nie będę musiał wracać do Sangli, a następnego dnia zawiezie mnie sam do Urni, skąd już dam radę dojechać na rowerze do Rampur. Dom był wielki, zadbany, zdecydowanie najładniejszy z tych, które miałem okazję oglądać od środka do tej pory. Zona kilka dni temu pojechała odwieźć syna do szkoły do Rekong Peo i od tamtego czasu nie może wrócić. Śpi u jakiejś znajomej i na razie ma co jeść, a w przyszłym tygodniu prawdopodobnie już będzie się mogła stamtąd zabrać helikopterem. Dostałem ryż na kolację, ale nie zjadłem zbyt wiele bo godzinę wcześniej jadłem przecież makaron. Parvindear, mój nowy hinduski znajomy był bardzo miłym człowiekiem, który niesamowicie dużo wiedział o Polsce. Mówił, że się interesuje historią i w obecnej chwili pisze książkę na temat historii doliny Kinnaur. Po piątym kieliszku sherry język strasznie mi się rozwiązał i pomyślałem, że jeszcze jeden i nie będę w stanie sam wrócić do namiotu. Parvindear proponował zostanie u niego na noc, na co może i bym przystał, ale niepokoiłem się trochę o pozostawiony z częścią bagażu namiot. Może bezzasadnie, ale jednak uparłem się, że do namiotu wrócę. Rankiem obudziły mnie głosy krzątających się ludzi. Była dopiero szósta trzydzieści ale niektórzy już przyszli na śniadanie. Wygrzebałem się zaspany z namiotu i powitałem wszystkich gromkim namaste!, które znaczy zarówno "dzień dobry" jak i "do widzenia". Zwinąłem namiot, czemu jak zwykle liczna gawiedź przyglądała się z wielkim zainteresowaniem i zamówiłem śniadanie - omlet z tostem. Parvindear tak jak obiecał poprzedniego dnia, przyjechał dużym jeepem i zarzuciwszy rower na samochód, ruszyliśmy do Urni.
Podjazd do wioski był bardzo długi i bardzo stromy. Wzdrygnąłem się tylko na myśl, ile wysiłku kosztowałoby mnie wjechanie do wioski na rowerze. Do samego Urni zresztą nie dojechaliśmy, bo droga w pewnym momencie była zawalona kamieniami, ale z pomocą dwóch mężczyzn pokonałem strome zbocze i znalazłem się na ubitej drodze prowadzącej już prosto do wioski. Tam natknąłem się na grupę dzieci idących do szkoły - wszyscy w jednakowych niebieskich mundurkach i z zeszytami pod pachą. Po drodze dołączyło do nas jeszcze kilkanaście osób i taką wesołą gromadką doszliśmy do szkoły. Pomyślałem, ze może dobrze byłoby podejść i przywitać się z nauczycielami. Tak też zrobiłem. Zostałem zaproszony na uroczysty apel, którym codziennie rozpoczynają się zajęcia. Dzieci najpierw paradowały w uroczystym, zwartym szyku dookoła boiska, potem było śpiewanie hymnu narodowego, modlitwa, były też wystąpienia uczniów, którzy omawiali najświeższe informacje dotyczące świata i Indii. Na zakończenie, w rytmach marszu wybijanego na bębnach przez kilkoro uczniów, wszyscy uroczyście i w szeregu rozeszli się do klas. W podobny sposób zaczynają się zajęcia każdego dnia. Wszystko to było bardzo sformalizowane i porządnie przygotowane i zrobiło na mnie naprawdę duże wrażenie. Nie przyszło mi do głowy poprosić o możliwość uczestniczenia w zajęciach, może to przez upał nie pomyślałem o naprawdę wyjątkowej okazji zobaczenia lekcji w indyjskiej szkole, tym bardziej, że sam pracuję jako nauczyciel. Ale o tym pomyślałem później, kiedy byłem już daleko od Urni.
Jakiś kilometr za wioską wjechałem na niewielkie wzgórze, za którym roztaczała się panorama leżącej poniżej doliny, z przecinającą ją wstęgą zamulonej rzeki. Maleńkie punkciki w dole to były zapewne zabudowania miasteczka Tapri, do którego teraz zmierzałem. Czekał mnie długi, kilkunastokilometrowy, przyjemny zjazd. Z każdą chwilą coraz wyraźniej zbliżał się do mnie rwący nurt wezbranej rzeki. Wreszcie dojechałem do miejsca, gdzie przy drodze stało kilkanaście zaparkowanych kolorowych ciężarówek. Utkwiły w miejscu, z którego nie mogły teraz ruszyć w żadną stronę. Niedaleko wąską ścieżką tragarze na placach znosili pakunki w dół doliny. Spojrzałem za nimi z niezbyt zachwyconą miną bowiem wiedziałem, że jest to droga, którą za moment sam będę musiał schodzić. Do tego zdołowały mnie komentarze kierowców, którzy zaczęli mnie przekonywać, że z Taprii się nie wydostanę bo dalej nie ma drogi. Ile to jednak razy przez ostatnie dwa dni słyszałem, że nie ma drogi a jednak jestem coraz bliżej Rampur. Tak czy inaczej, do miasteczka dostać się musiałem, zacząłem więc morderczy spacer w dół, częściej niosąc rower niż go prowadząc. O jeździe nie mogło być mowy - ścieżka był zbyt stroma. Półżywy ze zmęczenia znalazłem się w miasteczku.
Za Tapri mogłem wreszcie jechać po równej, asfaltowej drodze. Nie ujechałem jednak daleko, kiedy to za jednym z zakrętów zobaczyłem postaci kilku żołnierzy stojących w miejscu, gdzie asfalt nagle się kończył i wpadał prosto w kipiącą toń rzeki. Duża część zbocza została podmyta i przez zwalone kamienie odgradzające nurt rzeki od stromej ściany skalnej, ostrożnie przechodziło trzech tragarzy. Żołnierze kategorycznie oświadczyli, że dalej jechać nie mogę. Przejść i owszem, ale rower musi zostać. Moja cierpliwość została wystawiona na ciężką próbę. Ale że cierpliwość panią rzeczy to dopiąłem swego i po usilnych i gorących prośbach dostałem zgodę na przejście. Żołnierze pomogli nawet przenieść rower na drugą stronę. Zanim dojechałem do miejsca, skąd już bez przeszkód mogłem pedałować do Rampur, jeszcze kilkakrotnie musiałem pokonywać podobne zwaliska kamieni, ale już bez żołnierskich patroli. Wreszcie po pokonaniu kolejnej przeszkody dowiaduję się, że dalej droga wolna.
Rozkoszowałem się jazdą zjeżdżając z dość dużą szybkością ze wzniesienia, kiedy to widzę przed sobą grupę robotników wymachującą rękoma i wznoszącą okrzyki stop stop!. Tylko nie to, pomyślałem, kolejna niespodzianka w postaci podmytej drogi? Zatrzymałem się przed nimi, oni z ożywioną gestykulacją próbują mi coś powiedzieć, ale nic nie rozumiem. Myślę, pojadę za zakręt i sam sprawdzę, ale chwytają mnie za rękaw i znów krzyczą stop, stop! Nagle - buuuum! - niespodziewany, potężny wybuch wstrząsnął powietrzem i odbił się echem po dolinie. Teraz zrozumiałem. Za moment mogłem jechać dalej. Kilometr dalej robotnicy kilofami rozdrabniali ukruszony przez wybuch dynamitu kawał skały. W Wangtu zatrzymałem się na chwilę w miejscu, w którym tydzień wcześniej tak gościnnie zostałem przyjęty. I tym razem dostałem poczęstunek i gorący čaj.
Pod wieczór byłem w Jeorii, gdzie zamierzałem poprosić o nocleg spotkanego tydzień wcześniej nauczyciela. Nie było go w domu, ponieważ z żoną i z dziećmi poszedł na zakupy, ale był jego brat, który przyjął mnie bardzo serdecznie. Niedługo wrócił również Mohan i po godzinie wszyscy siedzieliśmy w pokoju na ogromnym łóżku, zajadając ryż z warzywami, popijając čajem, albo, jak co niektórzy, piwem. Atmosfera była wspaniała, Mohan z bratem śpiewali piosenki, wtórowały im kobiety, które przyszły z sąsiedztwa, dzieci tańczyły a ja wybijałem rytm na bębenku, który dostałem od pani domu. Cały czar gwarnego, radosnego spotkania prysnął jak bańka mydlana, kiedy włączono telewizor. Wszyscy wpatrywali się w odmóżdżający ekran, co jakiś czas komentując kompletnie idiotyczny program rozrywkowy. Ech, smutno mi się zrobiło, jak pomyślałem, że może to co przeżywałem godzinę wcześniej było i dla nich przeżyciem wyjątkowym i niecodziennym. Wolałem nie pytać.
Poszedłem spać przed północą a wstać musiałem około czwartej, spieszyłem się bowiem na odjeżdżający o 6.00 z Rampur autobus do Kullu. Miałem dużo szczęścia. Na dworcu byłem dokładnie o 6.15 i okazało się, że autobus do Kullu odjeżdża o 6.30. Za pomocą grubego sznura przywiązałem rower na dachu autobusu. Bilet kupiłem już w środku. Razem z rowerem cena wyniosła 191 rupii. Pan konduktor bardzo skrupulatnie sprawdzał bilety i przepychał się do każdego nowego pasażera. Posiadał duży, gliniany gwizdek, którego używał przy każdej nadarzającej się okazji, np. w celu poinformowania kierowcy o konieczności zatrzymania autobusu, jak też ruszenia dalej. Przez pewien czas siedział obok mnie i gwizdał mi prosto do ucha. Robiłem w jego stronę zdegustowane miny i zatykałem ostentacyjnie uszy, ale on jakby tego nie zauważał i gwizdał równie często, jeśli nie częściej. Zająłem miejsce na końcu pojazdu, co nie było dobrym pomysłem o czym przekonałem się później, kiedy autobus zaczął skakać na łabach i wybojach nierównej nawierzchni.
Podróż ciągnęła w nieskończoność a w samym autobusie panowało prawo dżungli. Na jednym z postojów wysiadłem rozprostować kości a tu po powrocie widzę, że sakwy z siedzeń zostały zrzucone na podłogę, a na miejscu zajmowanym do tej pory przeze mnie, usadowiły się niezbyt ładnie pachnące, ale wyjątkowo kolorowo ubrane starsze panie. O nie, pomyślałem, jeszcze się jakoś wepchnę. Oczywiście zaczęły coś głośno gderać, ale jakoś się wcisnąłem i, aby załagodzić konflikt, przybrałem wielce skruszoną minę, posyłając im kilka wyjątkowo słodkich uśmiechów. W ogóle w autobusie zrobiło się niesamowicie ciasno. Gdy tylko ktoś wysiadał na jakimś przystanku, zaraz kilka osób rzucało się na jego miejsce, wśród przepychanek, szturchańców i wzajemnych inwektyw. Kiedy wydawało mi się, że już nawet mucha się do autobusu nie wciśnie, pomiędzy mnie a siedzące obok kobiety jakiś Hindus wbił jedno kolano a drugie włożył w moją na wpół otwartą sakwę, po czym zawisnął nad nami jak pająk, co wywołało straszliwe skrzyczenie kobiet i w rezultacie gwizdy pana konduktora, który gdzieś ze środka autobusu zaczął przeciskać się w naszą stronę. Po minucie wrzasków wszyscy się w miarę uspokoili, jedynie staruszki co jakiś czas stękały i rozpychały się łokciami. Musiałem dość mocno się zapierać, żeby mnie nie wypchnęły a wyjątkowo perfidnie starały się mnie z siedzenia pozbyć. Było duszno i gorąco, autobus skakał po wybojach, bardzo ostro wchodząc w zakręty, nic dziwnego, że po sześciu godzinach takiej jazdy zebrało mi się na wymioty. Na szczęście jakoś udało mi się powstrzymać a po dwóch kolejnych godzinach byliśmy w Kullu. Następnego dnia dojechałem do Manali.
W Manali bierze początek druga co do wysokości przejezdna droga na świecie. Jadąc przez prawie pięćset kilometrów z Manali do Leh przejeżdża się przez kilka cztero i pięciotysięcznych przełęczy, z których najwyższa - Tanglang - znajduje się na wysokości 5328 m. n.p.m. Według przewodnika trasę tą ciężarówki i autobusy zazwyczaj przemierzają w dwa dni. Ja jeszcze nie wiedziałem ile dni zajmie mi dojechanie do Leh i ile trudu i samozaparcia będzie to kosztować.
Około południa rozpocząłem 52-kilometrowy podjazd na przełęcz Rohtang. Kręta i stroma droga pięła się wieloma zakrętami ku przełęczy, wśród rzadkich sosnowych lasów, porastających strome górskie zbocza. Po kilku godzinach jazdy wyraźnie popsuła się pogoda i w czasie gdy jadłem późny posiłek w przydrożnej dhabie, zaczął siąpić drobny deszcz. Było około osiemnastej kiedy schowałem się pod skalnym okapem, z nadzieją, że wkrótce się przejaśni. Niestety, nadzieje były płonne i po godzinie nic nie wskazywało na poprawę pogody. Chcąc nie chcąc, musiałem jechać dalej. Rozpadało się na dobre i zapewne zostałbym pod jakąś, dającą schronienie przed deszczem skałą, gdyby nie to, że byłem tak blisko wioski Marhi. Bardzo gęsta mgła i zapadający zmrok zredukowały widoczność do kilkunastu metrów, tak więc najpierw usłyszałem hałas a potem zobaczyłem wyłaniające się z mgły światła. Myśląc, że to już wioska, skręciłem w tamtą stronę. Były to jednak tylko duże namioty, przerobione na restauracje i przy okazji miejsca do spania dla tych, którzy przyjechali tutaj z innych części Indii aby zarobić trochę na turystach. W namiocie, do którego wszedłem, zobaczyłem kilkoro młodych ludzi, tańczących w rytm indyjskiego disco. Zapytałem, czy będę mógł tu zostać na noc, na co jeden z młodych chłopców wziął mnie za rękę i zaprowadził do ustronnego, przyjemnego kąta, gdzie mogłem rozłożyć swoje rzeczy. Ty spać tutaj, powiedział. Mogłem się wreszcie przebrać, zjeść ciepły posiłek i napić gorącego čaju. Na zewnątrz rozpętała się prawdziwa ulewa. Impreza w sąsiednim namiocie trwała na całego, ale ja byłem zbyt zmęczony, żeby brać w niej udział. Zostałem poczęstowany ryżową wódką, którą chętnie wypiłem, ale za dobrze się po niej nie czułem. Zresztą, wysokość na jakiej się znajdowałem pewnie też przyczyniła się do tego, że po zjedzeniu kolacji poczułem dziwne zawroty głowy. Wstałem z wygodnego posłania lecz nie mogłem ustać na nogach, czułem się jakbym właśnie zszedł z karuzeli. Zrobiłem dwa kroki, ale się przewróciłem i nie miałem siły wstać, potwornie kręciło mi się w głowie. Zostałem wyciągnięty na zewnątrz, gdzie zwróciłem wszystkie strawione i niestrawione resztki. Zaciągnięto mnie z powrotem do łóżka, przykryto kocem i co jakiś czas zaglądano czy wszystko ze mną w porządku. Za pół godziny musiałem znów wyjść na zewnątrz, i potem jeszcze raz W nocy czułem się fatalnie. Dotkliwy i przejmujący ból głowy nie pozwalał mi zasnąć, poza tym ciągle czułem się jak na rozkołysanym statku. Chwytały mnie mdłości, ale nie byłem w stanie podnieść się o własnych siłach, z ledwością mogłem przekręcić się na drugi bok. Prawdopodobnie były to objawy choroby wysokościowej, które na szczęście ustąpiły następnego dnia.
Całą noc padał rzęsisty deszcz i na zewnątrz coraz mocniej wiało. Z niepokojem patrzyłem na lekko przymocowany foliowy dach, który odkształcał się na wszystkie strony pod wpływem coraz silniejszych podmuchów wiatru. Chłopcy mieszkający w tych namiotach byli na tyle mili, że pozwolili mi zostać aż pogoda się poprawi. Na śniadanie dostałem čaj i tosty a na obiad momo, czyli pierogi nadziewane jakimiś warzywami. Zagrzebałem się w swój śpiwór i próbowałem jak najmniej zawadzać. W namiocie, w którym spałem mieszkały dwie rodziny, razem dziewięć osób. Wszyscy bardzo serdeczni i uprzejmi ale tylko jedna osoba znała jako tako angielski, więc komunikacja była dość utrudniona.
Ranek następnego dnia nie przyniósł żadnej poprawy. Około południa minęło czterdzieści godzin od czasu, kiedy zaczęło padać. Kiedyś przecież musi wyjrzeć słońce, pocieszałem się w myślach, ale humor miałem nietęgi. Trochę się zżyłem z całą gromadką lecz i tak czułem się nieswojo, siedząc tam już tyle godzin i wyjadając zapasy. Chłopak, który najlepiej mówił po angielsku miał na imię Szerpa i ciągle mnie zagadywał, próbując się jak najwięcej dowiedzieć o Polsce i w ogóle o innych krajach, o czym naprawdę miał nikłe pojęcie. Ot, zwykli, prości ludzie, którzy w skrajnie trudnych warunkach próbują zarobić trochę rupii na zimę. Ale choć blade mieli pojęcie o tym, gdzie leży mój kraj i jak wygląda, to mogłem im tylko pozazdrościć wewnętrznego ciepła, radości i umiejętności cieszenia się z najprostszych rzeczy. Czasem gorąca herbata, dobre słowo, wszystko bez pośpiechu, z uśmiechem. Każdy miał tam swoje miejsce, każdy starał się pomóc w przygotowaniu posiłku, sprzątaniu, zmywaniu. Kilkakrotnie chciałem jakoś pomóc i coś zrobić ale w odpowiedzi słyszałem tylko rest, Peter, relax. Wszystkie problemy sprowadziły się do zaspokojenia podstawowych potrzeb: snu, jedzenia, ciepła, czynności fizjologicznych bez jakichkolwiek zasad poszanowania higieny. Ich plany, marzenia? Być szczęśliwym, zarobić trochę rupii, kupić ciepłe ubranie na zimę, wychować zdrowe dzieci, wrócić do do domu...
W ciągu dnia wielokrotnie wychodziliśmy na zewnątrz łatać rozrywany foliowy dach i mocować na nowo wyrywane maszty od namiotu, który to coraz bardziej przeciekał. W środku czuło się przejmującą wilgoć i dokuczliwe zimno. Szczególnie dzieci wyglądały na wyjątkowo zmarznięte, zagrzebane w dziurawe koce i szmaty. Ja w swoim puchowym śpiworze aż tak bardzo nie marzłem, ale przez unoszącą się w powietrzu wilgoć i mnie również było coraz zimniej. Wszyscy tam czekaliśmy na słońce i z tego czekania zrobił się jakiś rytuał, który zbliżał do siebie, tak że w pewnym momencie naprawdę czułem się jak jeden z nich na tonącym statku, któremu wkrótce groziło zatopienie. Około dwudziestej wiejący wiatr przywiał z zewnątrz czyjeś przytłumione okrzyki. Okazało się, że sąsiedni namiot został zupełnie zniszczony. Do naszego namiotu przyszła część osób, zrobiło się ciaśniej, ale wcale nie cieplej. Za godzinę postanowiono, że kobiety i dzieci przejdą do Marhi, bo naszemu namiotowi groziło w nocy podtopienie przez niebezpiecznie wezbrany strumień, który to zamienił się w rwącą rzeczkę i płynął już w odległości metra od namiotu. Przyszło również kilku mężczyzn z krótkofalówkami i wszyscy wyglądali na mocno podenerwowanych. Jeden z nich spisał moje dane z paszportu i podawał komuś przez krótkofalówkę. Podobno zmyło drogę do Manali, tak więc mój powrót do miasta był teraz wykluczony.
Przez całą noc prawie nie spałem a niepokój wszystkich udzielił się również mnie. Szerma jak zwykle próbował mnie uspokoić mówiąc, relax, Peter, relax, ale swojego stanu nie nazwałbym zrelaksowanym. Największym problemem była, podchodząca coraz bliżej namiotu, woda z rwącego strumienia. Wiatr przybrał na sile i wkrótce przeszedł w zawieruchę. Około trzeciej nad ranem rozpaliliśmy w środku ognisko, od czego zrobiło się trochę cieplej, ale zaczęło się gromadzić coraz więcej dymu i musieliśmy wkrótce ognisko zagasić.
Rano wreszcie zaczęło mniej padać lecz ja myślałem już tylko o jednym - żeby jak najszybciej zjechać do Manali. Przed południem przyjechał jeep i razem z kilkoma chłopcami, między innymi z Shermą, zjechałem do miasta. Droga na odcinku, który został podmyty przez lawinę błotną została na tyle naprawiona, że jeep mógł się jakoś zmieścić. Kiedy znaleźliśmy się w Manali, padał już tylko lekki kapuśniaczek. Powoli dotarło do mnie, że oto zakończyła się dla mnie próba dojechania do Leh na rowerze. Patrząc na rozpogadzające się niebo, zrozumiałem jednak, że popełniłem duży błąd, decydując się na zjazd do miasta. Przecież przyjechałem do Indii głownie po to, żeby zdobyć przełęcz Khardung i tak łatwo się poddałem? Cały wysiłek włożony w podjazd kilka dni temu miałby spełznąć na niczym?
Na dole pożegnałem się ze wszystkimi i ruszyłem w dół. Nie ujechałem jednak może jednego kilometra kiedy to nagle postanowiłem, że wracam na górę. Rozpocząłem więc podjazd po raz drugi, wcześniej jeszcze zrobiwszy porządne zapasy jedzenia. Niestety, i tym razem nie miałem szczęścia. Po kilku godzinach jazdy niebo znów zasnuło się chmurami i zaczął siąpić drobny deszczyk. Nad przełęczą zaczęły gromadzić się ciemne chmury i pogoda zaczęła się gwałtownie psuć. Nie pozostawało mi nic innego, jak po przejechaniu dwudziestukilku kilometrów zjechać do Manali i poszukać miejsca na nocleg. Góry okazały się wyjątkowo niełaskawe.
Następnego ranka obudziłem się o 5.30 ze zdecydowanym postanowieniem wjechania na przełęcz Rohtang, bez względu na pogodę. Na szczęście dla mnie niebo było bezchmurne i jedynie daleko na południu widać było kłębiaste chmury. Około ósmej rozpocząłem po raz trzeci wjazd na przełęcz Rohtang. O czternastej byłem znów w obozie moich hinduskich znajomych. Cóż to była za różnica widzieć ich namioty w tak pięknym słońcu! Na przełęczy byłem dopiero około dwudziestej, kiedy już zaczęło się porządnie ściemniać. Widoki na drugą stronę fantastyczne a to był przecież dopiero początek mojej drogi do Leh. Z wysokości 3 980 m. n.p.m., czekał mnie karkołomny zjazd w zupełnych już ciemnościach do Gramphu.
Rano cudowna pogoda, na niebie ani jednej chmurki. Zebrałem się sprawnie i szybko i zjechałem do pobliskiego Khoksar, gdzie w dhabie zjadłem pyszne čapati z ziemniakami, wielgachny omlet i dwa jogurty. Musiałem też okazać paszport na posterunku policji.
Za Keylong niespodzianka. Jadąca w stronę miasta para na motocyklu zatrzymuje się i siedząca z tyłu dziewczyna przekazuje mi z przejęciem informację, że kilka kilometrów dalej droga jest zablokowana i nawet z rowerem nie dam rady przejechać. Podziękowałem, myśląc sobie ile to już razy Hindusi próbowali mnie przekonać, że drogi nie ma, a jakoś ciągle jadę do przodu. Zawrócę, jak sam zobaczę, pomyślałem. Po drodze jeszcze dwukrotnie informowano mnie o przeszkodzie. Z daleka nie wyglądało to dobrze. Rumowisko zwalonych głazów zatarasowało zupełnie drogę a powyżej wystające kawałki skały wyglądały, jakby za moment miały powiększyć pokaźny już kopiec. Na szczęście nie dojechali jeszcze żadni żołnierze, ani oficjele, bo z pewnością by mnie nie przepuścili. A tak, ostrożnie, udało mi się przejść na drugą stronę.
Następnego dnia do późnego popołudnia nie wyprzedził mnie żaden samochód, co znaczyło, że droga jeszcze nie była odblokowana. Spokojnym tempem zmierzałem do Darcha, kiedy to nagle wyprzedził mnie rowerzysta! Był to Anglik o imieniu Cass, który razem ze swoją dziewczyną organizował komercyjną wycieczkę w Himalaje i już czwarty raz jechał tą samą drogą jako przewodnik dla ośmioosobowej grupy rowerzystów. Przed Darchą zaczęły nas wyprzedzać motocykle, samochody i na koniec korowody ciężarówek. Zupełnie zapomniałem o tym, że w Darcha jest punkt kontrolny, na którym trzeba pokazać paszport i wizę, więc kiedy dojechaliśmy na miejsce, była tam już kilkukilometrowa kolejka. Oczywiście na rowerach udało się trochę przecisnąć do przodu, ale i tak musieliśmy odstać kilka godzin, zanim dostaliśmy pozwolenie na dalszą jazdę. Nocleg spędziliśmy w cudownej górskiej scenerii, rozbijając namioty nad małym jeziorkiem w Patsio, na wysokości 3 810 m. n.p.m.
Następny dzień wspominam jako jeden z najbardziej wyczerpujących. Podjazd na przełęcz Baralacha, leżącą na wysokości 4 892 m. n.p.m., okazał się niebywale męczący. Pogoda była piękna, słońce świeciło intensywnie i mocno piekło skórę. Po stromo nachylonej, kamienistej drodze, którą spływały strumienie, częściej prowadziłem rower, niż na nim jechałem. Miałem niewielkie trudności z oddychaniem, ale myślałem, że będzie gorzej. Droga za przełęczą była bardzo wyboista, pełna kamieni, kolein i szeroko rozlanych potoków, które pod wieczór zawsze niosą więcej wody ze stopionego w ciągu dnia śniegu.
W Sarchu, na wysokości 4 250 m. n.p.m., spędziłem około trzech godzin, zanim znów wsiadłem na rower. Zrobiłem porządne zapasy - ciastka, chowmein, wodę i napoje. Przez około trzydzieści kilometrów za Sarchu był doskonały asfalt. Mając wiatr w plecy i jadąc ciągle w dół doliny mogłem bardzo szybko pokonać ten odcinek i podjechać pod tzw. Gala Loops - serpentyny ciągnące się na odcinku kilkunastu kilometrów. Czekał mnie prawie dwudziestokilometrowy podjazd, ale moje nadzieje, że potem będzie lżej, okazały się złudne, bowiem podjazd ciągnął się dalej, tyle że był już pozbawiony karkołomnych zakrętów.
Przełęcz, którą wreszcie zdobyłem, stanowiła dla mnie wielką niespodziankę. Widziałem co prawda na mapie, że przełęcze są dwie, ale nie spodziewałem się, że po pokonaniu jednej leżącej na wysokości ponad pięciu tysięcy metrów, będę musiał zjechać kilkaset metrów i za moment pokonywać kolejną, leżącą na podobnej wysokości. Pierwszą z przełęczy była Nuchli i kiedy zacząłem z niej zjeżdżać, moim oczom ukazała się szeroko dolina, za którą w oddali na sąsiednim zboczu ujrzałem wijącą się linię, po której poruszały się mikroskopijnej wielkości punkciki. Widok był zupełnie dołujący i odebrał mi resztę sił. Czyli teraz, kiedy myślałem już tylko o odpoczynku w ciepłym namiocie, miałem zjeżdżać do doliny i za moment z powrotem wspinać się na kolejną przełęcz? Niestety nie pozostawało mi nic innego, jak jechać naprzód. Ostatnie kilkaset metrów pod kolejną przełęczą, Lachalang, nie miałem już siły jechać i prowadziłem rower. Na przełęczy ubrałem się we wszystkie ciepłe ubrania jakie miałem ze sobą a i tak nie było mi zbyt ciepło. Świadomość, że właśnie pobiłem swój kolejny rekord wysokości, będąc na 5 065 m. n.p.m., trochę poprawiała nastrój. Zjazd był równie koszmarny jak podjazd, bowiem droga ze zwałami kamieni i szerokimi, płynącymi po niej strumieniami przypominała bardziej górski szlak, niż drogę przejezdną dla jakiegokolwiek pojazdu.
Contents copyright © 2001-2009, CYKLOiD. All rights reserved.
Zawartość oraz forma Kalendarza Wypraw Rowerowych XXI wieku podlegają ochronie praw autorskich. Kalendarz...XXI wieku nie może być powielany lub prezentowany w inny sposób jak tylko na stronie macierzystej projektu, to jest http://wyprawy21.cykloid.pl/.