www.wyprawy21.cykloid.pl :: Wyprawy Rowerowe XXI wieku

Relacje z wypraw...

Himalaje 2005 - rowerowa wyprawa do Ladakhu

Tekst i fotografie: Piotr Strzeżysz

Wreszcie na rowerze

W czwartek, 23 czerwca 2005 roku wsiadłem wreszcie na rower, kierując się w stronę doliny Spiti. Duża wilgotność powietrza sprawiała, że przejrzystość powietrza była wyjątkowo słaba, przez co dalekie zbocza i szczyty Himalajów były ledwo widoczne. Do wieczora udało mi się przejechać prawie sto kilometrów. Co mnie bardzo mile zaskoczyło to ludzka uprzejmość. Większość mijanych osób serdecznie mnie pozdrawiała, uśmiechała się, machała przyjaźnie rękoma, wołając "hello, how are you?" albo "where are you going?". Niestety, zazwyczaj na tym kończyła się znajomość angielskiego, więc czasem nawet z pomocą języka gestów trudno było się dogadać. Do tego należy dodać specyficzny ruch głową, który to po kilku dniach sam przejąłem, kręcąc nią wymownie podczas każdej konwersacji, co bynajmniej nie zwiększało szansy wzajemnego, choćby pozornego porozumienia, a prowadziło tylko do kolejnych nieporozumień.

Do miejscowości Narkanda jechałem ciągle pod górkę, potem zaczął się zjazd ale pełna kolein droga nie pozwalała na rozpędzenie roweru i przez cały zjazd byłem zmuszony mocno naciskać dźwignie hamulców. Kiedy stan drogi stał się znośniejszy, nieoczekiwanie złapałem gumę. Obok stało czterech mężczyzn, którzy podeszli bliżej i w milczeniu przyglądali się wykonywanym przeze mnie czynnościom. Pomagali przytrzymać rower kiedy pompowałem założoną już dętkę i w ogóle było bardzo śmiesznie, bowiem przez cały czas jedynym słowem jakie usłyszałem było ača towarzyszące znajomemu już tikowi głową. Pożegnałem ich uśmiechem i pomknąłem dalej drogą ciągle prowadzącą w dół doliny.

Zatrzymałem się w miasteczku Kingal, gdzie poszedłem do pierwszego znośnie wyglądającego budynku, w którym właśnie zamykano sklep spożywczy. Właściciel na szczęście rozmawiał po angielsku. Zacząłem tłumaczyć, że szukam miejsca na rozbicie namiotu, że jest już późno i do Rampur tego dnia nie dojadę. Właściciel nie tylko pokazał mi miejsce i zapewnił, że będę tam mógł bezpiecznie przenocować, ale również zabezpieczył mój rower we własnym domu. Trochę niepewnie patrzyłem jak rower znika we drzwiach razem z nieznajomym mężczyzną, ale moje obawy były zupełnie bezzasadne. Po drodze jeszcze nie raz spotykałem się ze szczerą, ludzką życzliwością, ze spontanicznie okazywaną pomocą, wtedy jednak, drugiego dnia jazdy, ciągle jeszcze byłem pełen nieufności, uprzedzeń i lęków.

Pierwszy kurczak na ostro

Namiot rozstawiłem w zapadającym zmroku co oszczędziło mi zbiegowiska towarzyszącego jego rozkładaniu (czego później jeszcze niejednokrotnie miałem doświadczyć). Obok sklepu znajdowała się dhaba, co prawda wyglądająca z daleka na zamkniętą, ale i tak udałem się w jej stronę. Podchodząc bliżej natknąłem się na dwóch młodych chłopaków, z których jeden dość dobrze mówił po angielsku. Wyjaśniłem, że jestem głodny i chciałbym gdzieś kupić coś do jedzenia, na co on odpowiedział, że to on jest właścicielem pobliskiej dhaby i zaprasza mnie na poczęstunek. Ja na to, że przecież ta dhaba jest zamknięta. Zaraz będzie otwarta specjalnie dla ciebie, odpowiedział. Niezbyt ufnie poszedłem z nim, ale rzeczywiście to co mówił, wydawało się być prawdą, bowiem miał klucze do budynku i za chwilę na ogniu pojawiły się ogromna patelnia, dwa wielkie gary i rozpoczęło się przygotowanie posiłku. Z dań które wymienił najbardziej przypadł mi do gustu kurczak. Właściciel restauracji - Sanjay, zaczął nazywać mnie swoim bratem, ale to fraternizowanie średnio przypadło mi do gustu. Byłem pewien, że tylko dlatego jest taki miły, bo oto nadarzyła się okazja do wykorzystania naiwnego turysty, czyli mnie. Kurczak został podany, ale chociaż miał nie być na ostro i tak potwornie pali gardło i przełyk. Zresztą samego mięsa było niewiele, a na grubych, drobno posiekanych kawałkach kości była prawie sama skóra z bardzo grubą warstwą przypraw. Mój "brat" wyglądał na lekko zdegustowanego, kiedy to większość tych przypraw odgryzałem i odkładałem na sąsiedni półmisek i w końcu uległ moim namowom i przyłączył się do uczty.

Po posiłku zamierzałem udać się do namiotu ale "brat" bardzo stanowczo odradzał, proponując nocleg w dhabie, na co może i bym przystał gdyby nie fakt, że nie było tu okien a ja obawiałem się komarów malarycznych. Poza tym nie byłem do końca pewien, czy pozostawienie namiotu bez opieki z częścią bagażu w środku było rzeczą rozsądną. Na moją prośbę o rachunek za jedzenie, "brat" odparł, że nie chce żadnych pieniędzy, jedynie prosi mnie abym został na noc w jego dhabie. Wiedziony dziwnymi podejrzeniami i pełen uprzedzeń co do szczerości zamierzeń mojego nowego "krewnego", stanowczo odmawiałem, co tylko wzmagało jego upór. Wreszcie całe to przekomarzanie zaczęło mnie drażnić i ton mojego głosu zdradzał co najmniej wyraźne zniecierpliwienie. Brat dał za wygraną i pozwolił mi pójść do namiotu, ale uparł się, że pójdzie ze mną. Wszystko to wydawało mi się bardzo dziwne i powoli zacząłem tracić cierpliwość. Zupełnie już gniewnym głosem powiedziałem, że jestem zmęczony i chcę się wreszcie położyć. "Brat" zaczął mnie przepraszać, mnie również zrobiło się głupio, że się tak odezwałem i już z uśmiechem powiedziałem, że rano na pewno przyjdę na śniadanie.

W nocy w namiocie było potwornie gorąco. Pomimo otwartego wejścia leżałem zlany potem i bardzo długo nie mogłem zasnąć. Nikt mnie w nocy nie niepokoił a poranne słońce szybko i skutecznie wypędziło mnie z rozgrzanego jak piec namiotu. Poszedłem po rower do otwartego już sklepu i wróciłem złożyć namiot i przygotować rower do dalszej jazdy. Czynnościom pakowania bagaży przyglądała się niemała gromadka dzieci i dorosłych.

Tak jak obiecałem, poszedłem odwiedzić "brata". Kiedy nadeszła wreszcie pora mojego odjazdu pytam ile jestem winien za jedzenie. "Brat" na to, że on nie chce żadnych pieniędzy, że to była przyjemność mnie gościć, że jestem jego bratem itp., itd. To mnie zupełnie zamurowało. Pomyślałem, że to jednak ze mną jest coś nie tak. Byłem pewien, że cała ta serdeczność była spowodowana chęcią wyłudzenia ode mnie jak największej ilości pieniędzy. Zwykłą życzliwość, serdeczność i gościnność odebrałem jako chytry podstęp. Czułem się naprawdę głupio. Pożegnaliśmy się wylewnie i ruszyłem w stronę Rampur. Słońce już mocno dawało się we znaki i ciągle bezwietrzna pogoda potęgowała tylko uczucie zmęczenia.

Odkrywania Indii ciąg dalszy

Około południa byłem w mieście, gdzie w hotelu Highway Home za dwójkę z ogromnym łóżkiem i wentylatorem zapłaciłem jedynie 100 rupii (czyli równowartość około ośmiu złotych). Pokój był dość obskurny, ale wygód i tak nie szukałem. Łazienką była zagrzybiona, cuchnąca nora o wymiarach metr na pięćdziesiąt centymetrów, z zepsutym kranem, robactwem na ścianach i wiadrem z zimną wodą. Ubikacja wyglądała podobnie, z tym że była w niej jeszcze wybita pośrodku podłogi dziura. Ponieważ Hindusi nie używają papieru toaletowego a tylko podmywają się lewą ręką, nieodłącznym wyposażeniem każdej ubikacji jest wiaderko albo kubek z wodą. W większych miastach na szczęście nie ma problemów z kupnem papieru, więc nie trzeba zabierać dużych zapasów z Polski.

Na zewnątrz temperatura 42 stopnie w cieniu, dużego samozaparcia wymagało ode mnie wyjście na miasto, ale musiałem cos zjeść i kupić zapasy butelkowanej wody. Niestety moje próby zamówienia czegoś bez pikantnych dodatków spełzły na niczym i musiałem zadowolić się porcją cholernie piekącego dhalu z ryżem, popitego ogromną ilością pepsi. Za dwa litry wody butelkowanej zapłaciłem jedyne 17 rupii, do tego odkryłem smak przepysznego soku mango, gęstego, pożywnego, z grubą warstwą owocowej pulpy. Kupiłem również trochę owoców - banany i cytryny, wszystko elegancko opakowane w gazetę. Zadzwoniłem do domu i ponarzekałem trochę mamie do słuchawki, na co mama słusznie odpowiedziała "trzeba było siedzieć w domu, a nie włóczyć się po świecie". Przynajmniej z telefonami nie ma na razie żadnych problemów. Są nawet w najmniejszych wioskach, trzeba tylko poszukać budy lub sklepu z wymalowanymi napisami STD, PCO, ISD. Płaci się po wykonaniu rozmowy. Kilkuminutowa rozmowa do Polski to wydatek rzędu kilku złotych. Spacer po mieście w piekącym słońcu nie zrobił mi zbyt dobrze, ale przynajmniej dowiedziałem się jednej istotnej rzeczy. Otóż o pozwolenie na wjazd do doliny Spiti powinienem się starać w Rekong Peo a nie w Rampur i nie powinno być żadnego problemu z jego otrzymaniem. Tak czy inaczej miałem tamtędy jechać więc właściwie było to bez znaczenia, gdzie to pozwolenie dostanę.

Nowi znajomi

W Rampur spędziłem tylko jeden dzień. Ranek powitałem ostrym bólem głowy, który wzmógł się bardziej po rozpoczęciu jazdy. Przez pierwsze kilkanaście kilometrów droga ciągle prowadziła pod górkę. Potworny upał, wszechobecny brud i rzucająca się w oczy bieda, klaksony przejeżdżających pojazdów i bardzo słaba przejrzystość powietrza nie uprzyjemniały jazdy. Około południa zatrzymałem się w miejscowości Jeorii na uzupełnienie płynów. Zupełnie wyczerpany, usiadłem w cieniu obok przydrożnego sklepu, popijając zimną wodę i zajadając ciastka. Kiedy zastanawiałem się czy nie było byłoby lepiej poczekać kilka godzin i zaprzestać jazdy w samo południe, przysiadł się do mnie sympatyczny mężczyzna ubrany w czerwony t-shirt Lacoste i charakterystyczne wełniane zielono-szare nakrycie głowy, zwane tu thepang i zaprosił do siebie na poczęstunek. W zacienionej altance jego domu było zdecydowanie przyjemniej, ale nadal nieznośnie gorąco. Poznany mężczyzna miał na imię Mohan i był nauczycielem z pobliskiej szkoły. Zjawiła się żona i troje dzieci, wszyscy zasiedliśmy za dużym stołem i zjadaliśmy śliwki. Nawet oni twierdzili, że jest wyjątkowo gorąco i że nadejście monsunu przeciąga się. Kiedy upał trochę zelżał, ruszyłem w dalszą drogę. Za Jeorii zostałem obrzucony kamieniami przez gromadkę dzieciaków. Na szczęście żaden kamień mnie nie dosięgnął, a ucierpiało tylko nieznacznie tylne koło roweru. No cóż, nie wszyscy są tak przyjaźni jak myślałem.

Niedługo potem spotkałem zupełnie inną gromadkę. Otóż zatrzymałem się aby zrobić kilka zdjęć, kiedy widzę, że z pobliskich namiotów, będących tymczasowym domem dla pracowników drogowych i ich rodzin, biegnie do mnie kilkoro dzieci. Potwornie brudni i umorusani domagali się abym zrobił im zdjęcie, wołając "one photo!, one photo!" Z ich twarzy biła taka radość i szczęście, że nie mogłem odmówić. Jedna dziewczynka zabrała mi z roweru małą zieloną żabę-maskotkę i choć zastanawiałem się przez chwilę czy jej żaby nie zostawić, to jednak w końcu, ze smutkiem ją odebrałem. Z jednej strony Kermit był mi zbyt bliski, żebym miał go ot tak zostawiać, po za tym zwiedził ze mną nie jeden kraj ale z drugiej… Ta dziewczynka pewnie nigdy w życiu podobnej żaby nie dostanie.. nawet butów nie miała...

Nocleg u gościnnych tubylców

Zaczęło się ściemniać kiedy dojechałem do Wangtu i podobnie jak dwa dni wcześniej w Kingal, tu również zamierzałem zapytać kogoś o możliwość rozbicia namiotu. Zauważywszy trzech młodych chłopaków siedzących przy drodze podjechałem bliżej i pytam o bezpieczne miejsce na nocleg. Niestety, nie dość że w niczym nie pomogli, to jeszcze chcieli ode mnie wyłudzić pieniądze. Na szczęście nie rzucali za mną kamieniami. Jakiś kilometr dalej zatrzymałem się przy ostatnich już prawie zabudowaniach i chociaż nikt nie znał angielskiego, jakoś się dogadałem i dostałem zgodę na nocleg. Sympatyczny pan o chińskich rysach twarzy proponował mi nocleg w środku budynku, ale ja wolałem rozstawić swój namiot. Czynnościom jego rozstawiania przyglądali się wszyscy domownicy razem z sąsiadami - razem kilkanaście osób. Z gestykulacji mogłem się domyślić, że sam namiot zrobił na nich duże wrażenie. Rozpinali suwaki, macali, zaglądali do środka, wymieniając uwagi w niezrozumiałym dla mnie języku. W obskurnej łazience mogłem się trochę podmyć i już zamierzałem się kłaść spać kiedy to podano mi kolację! Mile zaskoczony usiadłem przy stole i zajadałem ryż z warzywami. Oczywiście reszta siedział obok w milczeniu i przyglądała się jak jem. Choć jedzenie było wyjątkowo ostre, to kiwałem głową z uśmiechem, na co reszta odpowiadała kiwnięciem podobnym, dodając czasem słowa :"ok, good". Szkoda, że na tym kończył się ich zasób angielskiego słownictwa, bo wszyscy mieliśmy ochotę na pogawędkę no ale samym kiwaniem głową wiele wyrazić się nie da.

Ranek był wyjątkowo chłodny a szczyty gór zasnute grubą warstwą chmur. Dostałem śniadanie - čapati w jakimś sosie, no i oczywiście pyszny, gorący čaj - herbatę z mlekiem. Nie wiem czy dobrze zrobiłem, że chciałem za gościnę zapłacić, bo pan o chińskich rysach twarzy wyraźnie się obraził. Polskiej monety również nie chciał wziąć.

:: FOTOGALERIA ::

O jeden most za daleko

Ciągle jechałem w górę rzeki Sutledź, mając nadzieję dojechać tego dnia do Rekong Peo. W wiosce Karcham czekała mnie przykra niespodzianka. Podchodzi do mnie dwóch żołnierzy i mówią, że dalej nie mogę jechać, ponieważ rzeka zerwała most przed Rekong Peo i droga będzie otwarta dopiero po osiemnastej. Pozostawało mi albo czekać pięć godzin na jej otwarcie albo pojechać do położonej dwadzieścia sześć kilometrów dalej Sangli. Wybrałem dwudziestosześciokilometrowy podjazd licząc, że po drodze napotkam jakieś dhaby, miałem bowiem już bardzo mało wody i jedzenia. Niestety, przeliczyłem się. Po godzinie podjeżdżania, czy tez powinienem raczej napisać podchodzenia, jako że częściej prowadziłem rower niż na nim jechałem, miałem juz serdecznie dosyć dalszej jazdy. Zastanawiałem się, czy nie będzie lepiej zjechać do Karcham i poczekać na otwarcie drogi. Do Sangli miałem jeszcze kilkanaście kilometrów, słońce znów bardzo mocno grzało, do tego silnie wiał wiatr, a mój zapas wody prawie się skończył. Po kilku następnych kilometrach byłem bliski omdlenia. Zatrzymałem samochód. Kierowca nie miał niczego do picia, ale dowiedziałem się, że za kilkaset metrów jest mała świątynia, w której mają wodę. Rzeczywiście, za kolejnym zakrętem ukazał się zarys małego budynku, gdzie trzech świętych mężów przypalało aromatyczne zioło. Dostałem wodę, ryż z gorącym mlekiem i jakieś słodkie kamyki, którymi święci mężowie częstowali osoby z przejeżdżających samochodów, za co dostawali drobne pieniądze.

Bariera komunikacyjna

Ostatnie kilometry przed miastem jechałem już tylko z pomocą sił woli, bo siły fizyczne zupełnie mnie opuściły. Wreszcie dostrzegłem jakieś budynki. Nie była to jeszcze Sangla ale nie miało to żadnego znaczenia, liczyło się, że zaraz kupię coś do picia. Niestety, w jedynym sklepie w wiosce nie było ani butelkowanej wody ani żadnych innych napojów a ja nie miałem ochoty na drażnienie i tak już nielicho rozregulowanego przez niezdrową dietę mojego biednego żołądka. Zdecydowałem się na kupno arbuza. Siedziałem przed sklepem, łapczywie pogryzając soczysty owoc, aż tu nagle patrzę - kilka osób wychodzi ze sklepu w kawałkami arbuza, siadają niedaleko mnie i ciekawsko mi się przyglądając, zajadają swoje kawałki. Pełna symbioza! Wspólne spożywanie arbuza w wesołej gromadce wśród wzajemnych ciamkań, potakiwań głową i uśmiechów wpłynęło zdecydowanie na poprawę mojego samopoczucia.

Kiedy wróciłem do sklepu zapłacić za owoc, właściciel zapytał mnie czy nie mam ochoty jeszcze czegoś zjeść. Tak mi się przynamniej wydawało. Zostałem zaproszony do pustej, dość dużej sali, gdzie zająłem miejsce za stołem. Wypiłem szklankę ciepłej wody i czekałem na posiłek, ale kiedy po dwudziestu minutach jedzenie nie pojawiło się na stole, postanowiłem się o nie upomnieć. Zadane pytanie wyraźnie zaskoczyło właściciela. Po kilku dniach pobytu w Indiach powinienem się już przyzwyczaić, że zdania o rozbudowanej angielskiej składni spotykają się z odpowiedzią typu "heee?" albo miną lekko zdezorientowaną. Powtórzyłem więc pytanie mówiąc: "food? eat?", pomagając w zrozumieniu ruchem ręki przysuwając ją do ust. Mężczyzna wydawał się wyraźnie zażenowany i powtórzył "food, sir?" No nie, tego już było za wiele. Poza tym, wziął mój pięciusetrupiowy banknot, którym zapłaciłem za arbuza, zrozumiawszy być może, że nie chcę reszty, a ja tylko powiedziałem, żeby doliczył rachunek za obiad i wydał resztę później. Upomniałem się o resztę, co nie było łatwe, ale jakoś się udało i wkurzony wyszedłem na zewnątrz. Tam jakiś chłopak jeździł sobie w najlepsze na moim rowerze, co jednak nie szło mu zbyt sprawnie. Kiedy mnie zobaczył, skręcił w moją stronę ale miał problemy z hamowaniem i pięknie się wyłożył.

Odcięci od świata

W Sangli dowiedziałem się, że most w Karcham, którym jeszcze kilka godzin wcześniej jechałem, już nie istnieje, jak również kilka następnych w drodze do Rampur. Droga do Rampur, podobnie jak do Rekong Peo została zmyta przez masy skalne niesione przez wezbraną rzekę Sutledź. Za kilka dni podobno mają przylecieć helikoptery i będzie można się dostać do Shimli. Na kilka dni zostałem odcięty od świata.

Wycieczka do Chitkul

Następnego dnia, w poniedziałek, wybrałem się na wycieczkę do Chitkul - wioski położonej na wys.3450 m. n.p.m. Zamierzałem tam pojechać autobusem, zabierając ze sobą rower by potem móc na nim zjechać do Sangli. Niestety, autobus tego dnia do Chitkul nie kursował więc byłem zmuszony całą drogę pedałować. Często musiałem pokonywać przeszkody w postaci płynących w poprzek drogi dość szerokim nurtem strumieni. Przy jednej z takich przeszkód natknąłem się na grupę żołnierzy, którzy właśnie po drugiej stronie zakładali buty. Z ich min odczytałem, że odradzali mi pokonanie przeszkody na rowerze, ale odpowiednio się rozpędziłem i udało się. Po drugiej stronie pomyślałem, że można by tam zrobić bardzo fajną fotkę, przejechałem więc strumień z powrotem, odczepiłem jedną sakwę i dałem aparat jednemu z żołnierzy, tłumacząc o co mi chodzi. Jeden z żołnierzy wyglądający na dowódcę, wymachując karabinem (oczywiście bez żadnych złych intencji) dał mi do zrozumienia, że chce się przejechać. Do pewnego momentu nawet nieźle sobie radził, ale kiedy zaczął skręcać w naszą stronę jakoś tak niefortunnie skręcił kierownicą, że wywrócił się i upadł prosto w brudne bajoro. Zacząłem się głośno śmiać lecz szybko spoważniałem kiedy spojrzałem na miny innych żołnierzy. Udawali, że niczego nie zauważyli i wydawali się być lekko skonsternowani. Ubłocony dzielny wojak oddał mi rower a ja nie bardzo wiedząc jak się zachować, rozłożyłem ręce w przepraszającym geście mówiąc "sorry". Pożegnałem miłą gromadkę i ruszyłem dalej do Chitkul. Wioska jest pięknie położona i jest w niej dużo przyjemniej niż w Sangli. Jest tam tylko kilka budynków, żadnych hałasów i tłumów. Z kilkoma nowo poznanymi osobami zjadłem kolację pod dachem jedynej otwartej restauracji. W drogę powrotną ruszyłem późno, zbyt późno by móc zdążyć przed zmrokiem. Po około dziesięciu kilometrach złapałem gumę i pozostałe szesnaście kilometrów w zupełnych ciemnościach przebyłem pieszo prowadząc obok rower. Oczywiście tym razem strumienie musiałem przechodzić wpław, do tego nawet te niewielkie zamieniły się teraz w wezbrane potoki.

Kłopotliwy bagaż

Po trzech dniach, we środę, przyleciał helikopter, który miał zabrać pierwszą grupę turystów. Były jakieś zapisy i listy, ale żołnierz z helikoptera miał swoją listę. Zrobił się straszny rozgardiasz i część osób, która już weszła do środka musiała wyjść. Wszystko skończyło się na tym, że helikopter odleciał nikogo nie zabrawszy. O tym wszystkim dowiedziałem się wieczorem od poznanej pary Polaków, którzy stwierdzili, że jeśli jutro będzie podobnie, to pójdą na piechotę do Tapri. Rzeczywiście mieli powody do niezadowolenia, bowiem oni byli wśród tych, którzy już siedzieli w środku helikoptera. Ze względu na swoje kiepskie samopoczucie ja postanowiłem jeszcze jeden dzień odpocząć. W hotelu dowiedziałem się, że można wydostać się stąd na piechotę idąc wzdłuż rzeki od Karcham do Tapri i dalej są podobno autobusy. Jeżeli kursują autobusy, to i na rowerze będę mógł przejechać, pomyślałem.

Następnego dnia oczekiwałem z dużą grupą ludzi na lotnisku na przylot helikoptera, który pojawił się około ósmej. Od żołnierza dowiedziałem się, że owszem, może i mnie zabiorą, ale rower trzeba będzie zostawić. Na koniec dodał, że może jutro. Ja jednak nie miałem ochoty czekać, żeby się następnego dnia dowiedzieć, że może jutro a może pojutrze. Ruszyłem więc w dół do Karcham na rowerze. Po drodze odwiedziłem jeszcze świętych mężów, którym znów musiałem odmówić, kiedy zaprosili mnie do wypalenia świętej gandzi.

Przeprawa przez góry

Na dole w Karcham rzeczywiście po moście ani śladu. Spotykam żołnierzy, którzy mówią, że na piechotę nie da się dostać do Rampur bo rzeka zmyła drogę. Słucham ich z niedowierzaniem. Czyżby wszyscy ci, którzy mówili o możliwościach dostania się na piechotę do Taprii mylili się? To niby mam teraz wracać dwadzieścia sześć kilometrów do Sangli? Jadę do wioski. Tam jacyś oficjele zatrzymują mnie i pytają dokąd jadę. Mówię, że do Rampur. Śmieją się, mówiąc, że nie ma drogi. Tłumaczę, że podobno jest jakiś wiszący most i dalej można się dostać do Taprii przez Urnii na piechotę. Wyglądający na przełożonego mężczyzna mówi, że na piechotę można, ale z rowerem nie. Sytuacja robi się nieciekawa, bo ja uparcie twierdzę, że z rowerem dam radę, oni natomiast swoje, że nie wolno. Idziemy na kompromis. Mówię, że pewnie i tak wkrótce przekonam się, że droga jest nie do przejścia a chciałbym tylko pojechać kawałek dalej i zrobić parę zdjęć, szczególnie kolejce linowej. Nie wiem czy zrozumieli dokładnie, co do nich mówiłem, ale wreszcie się zgodzili i mogłem jechać dalej. Na początku nie napotkałem żadnych problemów. Asfaltowa droga prowadziła przez pierwsze kilometry po płaskim terenie, potem jednakże zaczęła się stromo wznosić i wkrótce dojechałem do jakiejś wioski. Tam tłumaczą mi na migi, że muszę zejść aż do rzeki bardzo stromą ścieżką. Nawet bez roweru miałbym problemy ze schodzeniem po tej ledwo widocznej pod gęstymi zaroślami dróżce, a co dopiero z rowerem obładowanym ponad trzydziestokologramowym bagażem. Gdyby nie pomoc trzech chłopców z wioski to może i rzeczywiście wróciłbym do Karcham a na pewno zejście zajęłoby mi niewspółmiernie więcej czasu, pochłaniając cały zapas energii, jaki mi jeszcze został na resztę dnia. Kiedy znaleźliśmy się nad rzeką i myślałem, że koszmar przedzierania się przez krzaki, korzenie i strumienie się skończył, okazało się, że trzeba iść dalej po wyjątkowo grząskim brzegu, gdzie po każdym kroku noga zapadała się po kostki w mokrym piasku. Kiedy muł się skończył, zaczęło się przechodzenie przez wielkie zwalone głazy, co musiałem robić na raty, gdyż nie byłem w stanie unieść roweru z całym bagażem. W praktyce wyglądało to tak, że przenosiłem cześć rzeczy, zostawiałem w jednym miejscu i wracałem po resztę. Jedynie upór ciągle pchał mnie do przodu i nie pozwolił zawrócić. Wreszcie z oddali zobaczyłem kolejkę a raczej coś, co wyglądało jak kolejka. Jeszcze trochę wysiłku i byłem na miejscu, gdzie mogłem przygotować się do przeprawy. Kolejką był niewielki metalowy koszyk o wymiarach ok. 60-60 cm, ciągnięty na dość cienkich stalowych linach przez ludzi znajdujących się po obu stronach rzeki. Zastanawiałem się, czy lepiej będzie "przesłać" rower beze mnie i potem sam się dać przeciągnąć, kiedy to pojawił się jakiś tutejszy mieszkaniec i ofiarował się wziąć rower na kolana. Trochę wątpiłem w to, czy aby się zmieszczą, ale kiedy zdjąłem jedno koło, kierownik i siodełko to jakoś się udało. Jeszcze chwilka i za moment składałem rower po drugiej stronie rzeki.

Nieprzejednany służbista

Zacząłem kolejny mozolny marsz aż w końcu pojawił się asfalt. Nie na długo, niestety. W pewnym miejscu rzeka podmyła brzeg i zupełnie zniszczyła drogę a przede mną piętrzyły się zwalone głazy. Co było za zakrętem nie widziałem, ale mogłem się spodziewać, ze droga będzie wyglądać podobnie. Nie zapowiadało to szybkiego marszu. Niemożliwe było przeniesienie roweru po kamieniach, więc zdjąłem część bagażu, zapakowałem jedną sakwę do plecaka i na raty zacząłem przenosić rzeczy. W praktyce było to dużo bardziej niebezpieczne, niż wydawało mi się z góry. Stawiałem ostrożnie kroki na mokrych, śliskich kamieniach, w każdej chwili ryzykując upadek do błotnistej, kipiącej, spienionej topieli. Kiedy znalazłem dobre miejsce na pozostawianie części bagażu, dostrzegłem żołnierza w towarzystwie dwóch wyrostków, stojących obok mojego roweru. Żołnierz miał minę groźną i wyglądał na bardzo zdenerwowanego. Z całego potoku słów jakie z siebie wyrzucał, zrozumiałem tylko "back, back" ale wymachując karabinem w stronę skąd przyszedłem, był aż nadto przekonujący. Chcąc nie chcąc musiałem wracać. Dalej poszliśmy razem w stronę obozu wojskowego. Po drodze myślałem, że może zechce mi pomóc w wydostaniu się stąd helikopterem, bo jakże inaczej miałbym się stąd ruszyć dalej, ale były to tylko płonne marzenia. Żołnierz ten okazał się być wyjątkowo upierdliwym i uprzykrzającym życie człowiekiem. Najpierw zaprowadził mnie pod obóz, skąd wrócił w towarzystwie kilku kolegów. Wszyscy zawzięcie i gorąco dyskutowali i choć bezdyskusyjnie temat stanowiła moja osoba, to niewiele mogłem zrozumieć odnośnie samej treści. Wreszcie nadszedł ktoś wyglądający na wyższego rangą. Dowiedziałem się, że wzdłuż rzeki z rowerem iść nie mogę i jutro powinienem wracać do Sangli, skąd zabierze mnie helikopter. Żołnierz zaprowadził mnie w miejsce, gdzie stało kilka obskurnych baraków i tam wskazał na jeden z nich mówiąc, że mogę w nim przenocować. Na moje prośby o pozwolenie rozbicia namiotu stanowczo odpowiedział "nie", z uwagi na spadające ze stromych zboczy kamienie. Właściwie to miał rację, ale nora do której mnie przyprowadził, byłaby niewygodna nawet dla psa. Nie tylko nie zmieściłby się w niej rower, ale nawet ja musiałbym spać z podkulonymi nogami na wilgotnej glinie. Postanowiłem się jak najszybciej wojaka pozbyć i uspokoiłem go uśmiechem, dodając, że miejsce jest dobre, że się tu prześpię, a jutro wrócę do Sangli. Przy pożegnaniu zapytałem jeszcze czy można tu gdzieś coś zjeść. Oczywiście, odpowiedział, kilometr stąd jest dhaba. Udałem się więc we wskazanym kierunku i wkrótce zajadałem pyszny chowmein w towarzystwie miłych chłopców z pobliskiej wioski Miroo, z których jeden okazał się być właścicielem dhaby.

Contents copyright © 2001-2009, CYKLOiD. All rights reserved.
Zawartość oraz forma Kalendarza Wypraw Rowerowych XXI wieku podlegają ochronie praw autorskich. Kalendarz...XXI wieku nie może być powielany lub prezentowany w inny sposób jak tylko na stronie macierzystej projektu, to jest http://wyprawy21.cykloid.pl/.