www.wyprawy21.cykloid.pl :: Wyprawy Rowerowe XXI wieku

Relacje z wypraw...

Himalaje 2005 - rowerowa wyprawa do Ladakhu

Tekst i fotografie: Piotr Strzeżysz

Piotr Strzeżysz

W wakacje 2005 udało mi się zrealizować samotną, rowerową wycieczkę w Himalaje, podczas której przejechałem przez kilka najwyżej położonych na świecie przejezdnych przełęczy świata, będąc prawdopodobnie pierwszym Polakiem, który na uważaną za najwyższą przełęcz drogową świata - Khardung La - wjechał na rowerze dwukrotnie z obu stron, północnej i południowej. Zapłatą za poniesiony trud i zmęczenie były niezapomniane chwile, które mogłem przeżywać po drodze, obcując z mozaiką nowych dla mnie kultur i wyznań, pośród cudownych krajobrazów przepięknych himalajskich dolin.

Upał, hałas i kurz

Kiedy o północy wyszedłem z samolotu na lotnisku w Delhi temperatura sięgała 40 stopni Celsjusza, a wilgotność była tak duża, że momentalnie cały pokryłem się potem. Na zewnątrz dworca czekał już tłum naganiaczy. To nic, że miałem rower, i tak proponowali podwiezienie do centrum. Jeden przez drugiego wykrzykiwali, że noc, że niebezpiecznie, że trudno znaleźć drogę itp. Tak naprawdę w tym, co mówili nie było wiele przesady, o czym za chwilę miałem się sam przekonać. Opisywane w przewodniku prawo dżungli panujące na indyjskich drogach nie było ani o jotę ubarwione. Choć była pierwsza w nocy, większość najprzeróżniejszych pojazdów jechała bez świateł, wszyscy niemiłosiernie trąbili, niektórzy jechali pod prąd, wielkie ciężarówki z rykiem silników i ogłuszającym dźwiękiem klaksonów wyprzedzały mnie zahaczając o sakwy, wzniecając przy tym gęste tumany kurzu i pyłu, który wciskał się w nozdrza i razem z potem pokrywał całe ciało. Gdyby nie wszechogarniający smród i zaduch, nieznośny hałas, wilgoć i upał, to może i jazda byłaby przyjemniejsza i cieszyłbym się, że oto jestem w Indiach i właśnie zaczęła się moja wymarzona wakacyjna podróż w Himalaje. Jednak po godzinie jazdy w stronę centrum, zupełnie zdezorientowany co do położenia względem wymiętoszonej mapy miasta, spocony i zmęczony, byłem w stanie dalekim od euforii.

Nocne spotkania z indyjską rzeczywistością

Wielokrotnie zatrzymywałem się, aby upewnić się co do kierunku jazdy, pytając o drogę przejeżdżających rowerzystów lub też często spotykane policyjne patrole. Policjanci byli bardzo mili i chętni do pomocy i choć ich angielski pozostawiał wiele do życzenia, to można się było dogadać. Po kolejnej godzinie jazdy dojechałem wreszcie na dworzec kolejowy. Uczucia jakich doznawałem jadąc wśród miejskich zaułków na wpół uśpionego miasta były niczym w porównaniu z tymi, jakie wywołał we mnie widok okolicy dworca. Pomimo drugiej w nocy było tam mrowie ludzi. Niektórzy spali na zakurzonej, zaśmieconej ziemi, inni siedzieli lub włóczyli się między straganami, niektórzy wołali za mną oferując najprzeróżniejsze usługi, niektórzy po prostu stali pod dworcową halą, wodząc tępo wzrokiem za lekko wystraszonym rowerzystą. Klucząc między wychudłymi ciałami ledwo przepasanymi dziurawymi szmatami, między rikszami, straganami i wałęsającymi się bezwiednie krowami, wśród hałasu z gardeł i klaksonów, wśród mieszaniny smrodu, brudu i zaduchu, znalazłem się wreszcie przy kasach biletowych. Nie zdążyłem nawet oprzeć roweru o ścianę, kiedy to znalazło się przy mnie dwóch Hindusów i pytają, gdzie chcę jechać. Mówię, że do Shimli. Oni na to, że bilety dla turystów są gdzie indziej, że tutaj nie kupię. Nie wykazując ani krzty zdrowego rozsądku, poszedłem za nimi, kierując się w stronę pobliskich straganów.

Delhi

Kara za naiwność

W wąskiej, kipiącej życiem uliczce znaleźliśmy się przed wejściem do obdrapanego budynku z wymalowanym nad drzwiami w pstrokate kolory napisem "Tourist Information Centre". Weszliśmy do ciasnego pomieszczenia, gdzie na podłodze spało czterech wychudzonych mężczyzn i dwa zabiedzone psy. Na nasz widok mężczyźni leniwie unieśli się i zaczęli rozmawiać z tymi, którzy mnie przyprowadzili. Choć na ścianie wisiał napis "Tourist Tickets & Info" czułem jakiś wewnętrzny niepokój, który pogłębił się za chwilę. Poproszono mnie o pójście na górę krętymi i wąskimi schodami, co posłusznie uczyniłem, pełen najgorszych przeczuć spoglądając na rower. Na górze zastałem pusty pokój i biurko zawalone papierzyskami, lekko unoszącymi się pod wpływem ruchu powietrza, wzniecanego przez olbrzymi, zwisający z sufitu wiatrak. Było potwornie gorąco. Przez dłuższą chwilę nikt nie przychodził i już miałem schodzić z powrotem, kiedy to usłyszałem odgłos skrzypiących schodów. Za moment w drzwiach ukazała się potężna postać hinduskiego urzędnika, który rozpostarłszy się za biurkiem, brudną chustką starł pot z czoła, rzucając mi przy tym przeciągłe spojrzenie. Stanowczym ruchem ręki odgarnął stos papierów i wyjął z szuflady jakiś folder, pytając dokąd chcę jechać. Do Shimli albo chociaż do Chandigarh, mówię. Pan urzędnik wymawia cenę 540 rupii. Bez wahania otwieram portfel i kładę na stół potrzebną gotówkę. W tym momencie pan dzwoni aby upewnić się, czy na pewno są jeszcze wolne bilety. Za chwilę przerywa rozmowę, prowadzoną w zupełnie dla mnie obcym języku i mówi, że na drugą klasę nie ma już biletów ale mogę jechać pierwszą. Pytam o cenę. 830 - odpowiada. Muszę się zastanowić, mówię. W międzyczasie wchodzą do pokoju dwaj Hindusi, którzy mnie przyprowadzili. Nie wiedzieć czemu, zupełnie nie zdziwiła mnie cena biletu, niewspółmiernie wysoka w porównaniu z tą, jak była wymieniona w przewodniku. Czułem się stłamszony przez tą niezbyt komfortową pod każdym względem sytuację. Nie po to pedałowałem przez całe miasto, by teraz nad ranem szukać noclegu i jechać pociągiem następnego dnia. Zgodziłem się więc na proponowaną cenę, na co postawny jegomość urzędowym gestem podniósł słuchawkę i wykręcił numer po raz kolejny. Za moment dowiedziałem się, że na pierwszą klasę też już nie ma biletów, co więcej, wykupione są do końca tygodnia, ale mogę jechać autobusem następnego dnia o 22.00. Z wielce zatroskaną miną mówię, że będę musiał gdzieś przenocować. Kolejny telefon. Po odłożeniu słuchawki pan urzędnik bierze kartkę i długopis i oto przede mną na papierze pojawia się napis: "room + bus = 1730 rupii". To bardzo dużo, mówię i zaczynam się rozwodzić, że mam mało pieniędzy, że studiuję itp. Kolejny telefon. Cena spada do 1320 rupii. Hindusi siedzący z tyłu mówią "very cheap, very cheap, now all rooms booked, high season". Nagle klapki z oczu mi opały i powoli, ale niezmiernie wyraźnie, z całą groteskowością sytuacji dotarło do mnie, że to miejsce, to nie jest żadne biuro turystyczne a ci ludzie, to zwykli naciągacze, którzy o drugiej nad ranem znaleźli polskiego, zdesperowanego frajera. Teraz należało tylko ostrożnie się wycofać. Dobrze, mówię, zgadzam się, tylko muszę na chwilę iść na dół i napić się wody. Wstaję i szybkim krokiem zmierzam do drzwi. Postawny Hindus coś mówi, ale już go nie słucham. Prawie zbiegam po schodach, słysząc kroki za sobą. O dziwo, rower ciągle stoi, depczę po skomlących psach, otwieram drzwi i próbuję wytaskać rower na zewnątrz. Hindusi już zbiegli na dół i chwytają za bagażnik. Trochę szamotaniny i jestem na ulicy. Tutaj już mnie nie szarpią, ale ciągle biegną za mną wykrzykując: sir!, sir! Uciekam jak przed sforą wściekłych psów. Po kilku minutach zatrzymuję się, myśląc co dalej. Perspektywa noclegu w ciemnym zaułku nie napawa mnie optymizmem. Nagle jak spod ziemi pojawia się policjant i pyta czego szukam. Nie bardzo wiedząc co mam odpowiedzieć pytam o dworzec i możliwość dostania się do Shimli. Kasa dla obcokrajowców jest otwarta od 5.00, mówi, a pociąg odjeżdża o 6.00. Była prawie 4.00, pomyślałem więc, że tę godzinę jakoś wytrzymam, jeśli nie na samym dworcu, to gdzieś w jego pobliżu.

Nieoczekiwana pomoc

Zbliżałem się już prawie do głównej hali, kiedy to zobaczyłem młodego chłopaka, z którym kilka godzin wcześniej rozmawiałem w samolocie. Co za wspaniały zbieg okoliczności! Nie tylko byłem teraz chroniony przed natarczywością naganiaczy, ale miałem wreszcie jakiś punkt zaczepienia, oparcia, w tej obcej, otaczającej mnie indyjskiej rzeczywistości. Fahd (tak miał na imię mój nowy znajomy) jechał do Kalkuty. Nie tylko pomógł kupić bilet (który kosztował jedyne 124 rupie razem z biletem na rower), ale zaprosił również na posiłek do pobliskiej restauracji-dhaby. Tam, wśród skwierczących i dymiących patelni oczekiwaliśmy na posiłek, popijając pyszną indyjską herbatę z mlekiem zwaną čajem. Mój humor i samopoczucie po przygodzie w fikcyjnym biurze turystycznym diametralnie się odmieniły. Nowi znajomi doradzili, że kiedy kanar w pociągu będzie sprawdzał bilety, to powinienem dać mu w łapę 50 rupii a wtedy on przeniesie mnie w lepsze miejsce. Punktualnie o 6.00 pociąg wjechał na peron. Ciżba przypuściła szturm do wejść. Spokojnie czekałem, aż wszyscy się wtłoczą by na koniec wtaszczyć rower do środka. W przedziale ludzie zaczęli wznosić w moją stronę gniewne okrzyki, ale nie bardzo rozumiałem o co chodzi. Dopiero po chwili zauważyłem, że zatarasowałem wejście do ubikacji. Przesunąłem trochę rower i jakoś dało się przejść, co za moment udowodniła otyła dama owinięta pomarańczowym sari. Wreszcie pociąg ruszył. Do wnętrza przez otwarte drzwi i pozbawione szyb okna wpadał ożywczy podmuch wiatru. Cyrkulację poprawiały jeszcze elektryczne wiatraki umieszczone na suficie, ale i tak było potwornie gorąco i z każdego ciała obficie spływały krople potu. Za oknem miasto budziło się do życia. Jechaliśmy przez slumsy pełne brudu i zgnilizny, których widok wywoływał we mnie jednocześnie obrzydzenie i współczucie, wzbudzał wstręt i litość, ohydę i żal. Świat potwornej nędzy widziany czasem w telewizji, ale nigdy z tak bliska.

:: FOTOGALERIA ::

W drodze do Kalki

Na kolejnych stacjach dosiadali się nowi ludzie i robiło się coraz ciaśniej i goręcej. Rower, jak można było się tego spodziewać, wzbudzał powszechne zainteresowanie. Prawie każdy, kto stał obok mnie, komentował, macał siodełko, kierownicę, zmieniał przerzutki, naciskał dźwignie hamulca, opony itd., co oczywiście nieco mnie drażniło, ale cóż miałem robić? Uśmiechałem się tylko potakując głową, próbując zrozumieć co do mnie mówią. Czasem ktoś mówił jako tako po angielsku. Na każdej stacji istny cyrk - gromady wydzierających się Hindusów, w nieopisanym gwarze oferujących jedzenie i picie, wzajemne przepychanie się wchodzących i wychodzących i coraz większy tłok. Za kolejną stacją prawie już leżę na rowerze. Można sobie wyobrazić jak wiele samozaparcia wykazywali teraz ci, którzy próbowali się dostać do ubikacji, pokonując po drodze zbitą masę ludzkich ciał, by na koniec natknąć się na największą przeszkodę, mój rower, skutecznie broniący dostępu do wychodka. Wkrótce ubikacje zostały zajęte przez kilku mężczyzn, którzy zamknęli się od środka. Dopiero wielka kłótnia wywołana histeryczną reakcją jakiejś zdesperowanej Hinduski, dosłownie stojącej na moim rowerze i części pleców, zmusiła panów do otworzenia drzwi. Kiedy Hindusi opuścili ubikację, zrobiło się tak potwornie ciasno, że zacząłem obawiać się o stan roweru, jednak kiedy po chwili pani zrobiła co trzeba (przy drzwiach otwartych) mężczyźni weszli tam z powrotem i zabarykadowali się ponownie.

Indyjska biurokracja po raz pierwszy

Wreszcie dojechaliśmy do Kalki, gdzie czekała mnie przesiadka do wąskotorowej kolejki, jadącej do Shimli. Na miejscu okazało się, że są dwa pociągi - jeden dla osób posiadających rezerwację i drugi dla reszty, czyli i dla mnie. Ten drugi miał tak wąskie drzwi wejściowe, że nie było mowy o przeciśnięciu przez nie roweru. Poszedłem więc w stronę wagonu bagażowego, ale do niego nie chciano mnie wpuścić. Jeden z bagażowych poszedł gdzieś w stronę najbliższego budynku i za chwilę powrócił z kobietą o bardzo bujnych kształtach, która to z kolei zaprowadziła mnie do niedużej budy i tam dała jakieś papiery do wypełniania. Były to kwity na bagaż, które skrupulatnie wypełniłem. Do odjazdu pierwszego pociągu pozostało pięć minut, a pani bagażowa gdzieś poszła i nie raczyła wrócić. Poszedłem więc raz jeszcze pod wagon bagażowy i wykorzystując nieobecność urzędników upchnąłem rower do środka. Wtedy to pojawiła się pani od kwitków i gniewnie wykrzykując dała mi do zrozumienia, że mam wagon opuścić. Z jej mieszaniny angielskiego i hinduskiego wywnioskowałem, że tym pociągiem jechać nie mogę i mam iść do drugiego. Na nic się zdały moje tłumaczenia, że tam się nie zmieszczę, bo są za wąskie drzwi. Może i bym w tym wagonie został, gdyby nie interwencja dwóch panów, którzy bezceremonialnie wyrzucili mój rower na peron. Złorzecząc niemiłosiernie poszedłem do drugiego pociągu, ale za mną ciągle szła pani od kwitków bezustannie coś wykrzykując. Niczego już nie rozumiałem. Przecież kwitki wypełniłem, mówię i podtykam jej pod nos. Wreszcie zjawiła się jakiś Hindus, który zaczyna mi tłumaczyć, że rower to bagaż specjalny i nie mogę przewieźć roweru w tym pociągu. Tego już było za wiele. Z prawego peronu odjechał właśnie pierwszy pociąg a do odjazdu drugiego zostało niewiele czasu. Nie bacząc na okrzyki pani od kwitków i łagodnych perswazji pomocnego skądinąd Hindusa, wtaszczyłem rower do wagonu. Zielona ze złości kobieta oddaliła się w kierunku budynku za peronem, prawdopodobnie po pomoc w wyrzuceniu niecnego chłopaka, który tak zlekceważył piastowany przez nią urząd i ośmielił się jej sprzeciwić. Nie zamierzałem jednak rezygnować. Cierpliwie czekałem na dalszy rozwój wypadków i liczyłem minuty do odjazdu pociągu, mając nadzieję, że kobieta nie zdąży już wrócić. Niestety szła w towarzystwie jakiegoś umundurowanego mężczyzny i za moment przekomarzanie rozpoczęło się od nowa. Już prawie zrezygnowałem i zamierzałem wyjść, gdy nagle pojawiła się grupa Hindusów, którzy zaczęli wchodzić do wagonu. Pani od kwitków krzyczała głośniej niż cała reszta. Zrobił się niesamowity rozgardiasz. Teraz to nawet gdybym chciał, to nie mógłbym wyjść, bo kilkunastoosobowa grupa wypełniła cały niewielki wagon. Przyszła jeszcze jakaś para turystów i pytają mnie czy mogą zostawić tu plecaki. Czyżbym wyglądał na bagażowego? - pomyślałem. Oczywiście, odpowiedziałem i upchnąłem plecaki za siebie. Hindusi zaczęli się rozkładać na podłodze, część wspięła się na półkę pod sufitem, a ci najbliżej wyjścia głośno dyskutowali z pozostawionymi na peronie panią od kwitków i jej umundurowanym towarzyszem. Pewnie gromada moich "wybawców" bezprawnie zajęła wagon bagażowy dla siebie, pomyślałem. No i na pewno nie posiadali żadnych kwitków. Wreszcie pociąg ruszył i mogłem odetchnąć z ulgą.

Niezapomniana podróż wagonem bagażowym

Według tego co napisali w przewodniku, podróż powinna trwać jeszcze dodatkową godzinę, najwyżej dwie. Gdybym wiedział, że będziemy jechać kolejne sześć godzin, nie wiem czy nie wolałbym przenocować w Kalce i wyruszyć następnego dnia. Po dwóch godzinach skończyło mi się picie i zupełnie wyschło gardło. Pociąg zatrzymywał się bardzo często i na stacjach była woda ale wiedząc, czym picie z takich ścieków mogłoby się skończyć, wolałem nie ryzykować. Było bardzo gorąco, duszno i po dwóch godzinach jazdy nie mogłem już ustać dłużej w tej samej pozycji. Moi współtowarzysze podróży także kombinowali, jakby tu się przemieścić, zyskując choćby odrobinę nowej przestrzeni dla siebie, nie stojąc jednocześnie na stopach drugiej osoby. Wreszcie pół żywy ze zmęczenia, niemiłosiernie poskręcany, skuliłem się pod rowerem, będąc przygnieciony częściowo przez koło, bagaż i jakieś stare kosze. Zasnąłem, ale obudziłem się z braku powietrza. Dosłownie nie było czym oddychać. Czułem, że jeśli zaraz nie zaczerpnę powietrza, to się uduszę. Wygrzebać się spod roweru nie było łatwo, zacząłem więc wydawać z siebie jęki. Poskutkowało. Chyba nie wyglądałem zbyt dobrze, co odczytałem z zatrwożonych twarzy współtowarzyszy. Nikt niestety nie mówił po angielsku, ale domyśliłem się z tego co pokazywali, że chcą abym wszedł pod sufit. Stąpając dosłownie po głowach i ramionach, zostałem wciągnięty przez kościste ramiona na półkę i tam mogłem się jako tako położyć. Podano mi kubek z wodą. Zapominając o ewentualnych konsekwencjach swojego czynu, wypiłem zawartość przydrożnego ścieku. Oczywiście zostało to okupione kilkudniowym rozwolnieniem, ale na szczęście żadnej ameby nie złapałem. Kiedy wysiadłem na peron na dworcu w Shimli musiałem wyglądać jak zombi. Pojawiła się para od plecaków i na mój widok bez żadnych pytań podali mi butelkę z wodą. Wypiłem kilka łyków i od razu poczułem się lepiej.

Rozczarowany naganiacz

Pojechałem w stronę centrum, szukając jednego z najtańszych wymienionych w przewodniku hoteli w mieście. Po drodze byłem oczywiście zagadywany prawie przez każdego mijanego Hindusa, czy przypadkiem nie szukam hotelu. Dość skutecznie wszystkich ignorowałem do momentu, kiedy nieopatrznie wymieniłem nazwę hotelu, którego szukałem. Hindus tak stanowczo, a jednocześnie uprzejmie zaoferował pomoc w znalezieniu owego miejsca, że choć kilkakrotnie powiedziałem dziękuję, w końcu uległem i pozwoliłem się zaprowadzić pod wskazany adres. W hotelu Vikrant dostałem pokój za 220 rupii, co stanowiło równowartość około siedemnastu złotych.Był w nim telewizor, dywanik, mała szafka nocna i duże łóżko, nad którym wisiał ogromny wentylator. Kiedy zszedłem na dół i dałem naganiaczowi pięć rupii, ten aż zbladł ze zdziwienia. No cóż, zapewne dałbym mu więcej, ale reszta banknotów jakie mi pozostały, miały nominał 500 rupii. Naganiacz zaczął coś wykrzykiwać i wymachiwać rękoma, ale boy hotelowy, który zszedł ze mną spławił go śmiechem i wymownym ruchem ręki. Chłopak pomógł wnieść bagaż, co nie było proste, bowiem schody prowadzące do hotelu były bardzo strome i wąskie. Rower został zamknięty za kłódkę w jakimś pomieszczeniu wyglądającym na magazyn a ja wróciłem do pokoju.

Wieczorny spacer i kolacja z tubylcami

Rozłożyłem się na łóżku jak kłoda, rozkoszując się przyjemnym, chłodnym powiewem powietrza, wprawionego w ruch przez wirujące nade mną skrzydła wentylatora. Wreszcie mogłem odpocząć. Z ulicy ciągle dobiegał hałas ludzkich głosów i ryk klaksonów przejeżdżających pojazdów. Z jednej strony byłem tak zmęczony, że nie miałem ochoty nigdzie się ruszać, z drugiej jednak ciekawość nowego miejsca i świata była tak duża, że zdecydowałem się na wieczorny spacer. Poza tym musiałem jeszcze coś zjeść.

Na zewnątrz było już ciemno, ale harmider i rozgardiasz był nie do zniesienia. Tłumy ludzi wszelakiej maści spieszących się we wszystkie strony, samochody i ciężarówki, riksze z ich kościstymi właścicielami, upierdliwie nagabywający mnie "hello sir, where are you going?", no i oczywiście wałęsające się leniwie "święte" krowy, zajadające papiery i skórki od bananów. Do tego z każdego rogu dochodziły mnie najróżniejsze zapachy, od drażniącego nozdrza zapachu jedzenia unoszącego się ze skwierczących patelni, po nieopisany odór z płynącego nieopodal rynsztoka; wszystko to tworzyło krajobraz dla mnie nowy i w tamtej chwili bynajmniej niezbyt zachęcający do dłuższej nocnej wędrówki. Byłem zbyt zmęczony podróżą abym miał w tym upale, smrodzie i hałasie delektować się odkrywaną właśnie nową rzeczywistością.

Wybrałem jedną z ulicznych obskurnych restauracji, by tam zjeść kolację. Czułem się trochę nieswojo, może po części dlatego, że moja obecność wzbudziła dość duże zainteresowanie wśród stołujących się osób. Była to bowiem typowa dhaba dla tamtejszych mieszkańców, z których to miejsc turyści korzystają raczej rzadko, wybierając bardziej komfortowe miejsca, gdzie przynajmniej właściciel mówi po angielsku i można dostać menu. Z braku tego ostatniego i wobec napotkanej bariery językowej zamówiłem akurat to, co gotowało się w wielkim garze. Dostałem dhal, soczewicę, niemiłosiernie ostro przyprawioną a do tego ryż i placki z mąki pieczone na blasze, czyli popularne čapati. Naokoło wszyscy jedli rękoma i przeżuwając, wlepiali we mnie uporczywe spojrzenia. Po chwili przysiedli się do mnie dwaj chłopcy obserwując każdy mój ruch i pytając co jakiś czas "ok, sir?" Choć nie czułem się komfortowo, częstym skinieniem głowy, uśmiechem i słowami "very good, ok" utwierdzałem ich w przekonaniu, że jedzenie jest pyszne i sir jest wielce z obsługi zadowolony.

Wróciłem do hotelu, umyłem w wiadrze z zimną wodą i rozłożyłem na łóżku. Ciągle oszołomiony różnorodnością wrażeń myślałem, jak bardzo zmęczył mnie ten pierwszy dzień mojej podróży, która tak naprawdę jeszcze się przecież nie zaczęła, bo dopiero z Shimli miałem dalej jechać na rowerze. Przesuwające się myśli szybko zamieniły się w senne marzenia. Zasnąłem szybko i spałem jak kamień.

Wątpliwe atrakcje

Następnego dnia w okropnym skwarze zwiedzałem Shimlę. Może gdyby nie było tak gorąco, albo nie było takiego smrodu i brudu albo byłby mniejszy hałas, to miasto wywarłoby na mnie przyjemniejsze wrażenie. Niestety pod wieczór czułem się potwornie zmęczony i to chyba bardziej psychicznie niż fizycznie. Bolała mnie głowa i do tego dopadło mnie rozwolnienie. Wymieniony w przewodniku jako główna atrakcja spacer po wyłączonej z ruchu motorowego ulicy The Ridge być może stanowi atrakcję dla niektórych, jednak ja nie dostrzegłem w nim niczego urokliwego. Atmosfera a la Krupówki w Zakopanem. Zupełnie nie bawiło mnie przepychanie się wśród tłumu ludzi, zaglądanie do sklepów z tandetą, odganianie od żebraków i bezustanne odmawianie hindusom oferującym wszelakie usługi, włączając tak oryginalne jak czyszczenie uszu. Wieczorem myślałem już tylko o jednym - uciec stąd jak najszybciej w góry, z dala od hałasu, smrodu, śmieci, wszędobylskich tłumów i nieznośnego upału.

Contents copyright © 2001-2009, CYKLOiD. All rights reserved.
Zawartość oraz forma Kalendarza Wypraw Rowerowych XXI wieku podlegają ochronie praw autorskich. Kalendarz...XXI wieku nie może być powielany lub prezentowany w inny sposób jak tylko na stronie macierzystej projektu, to jest http://wyprawy21.cykloid.pl/.