www.wyprawy21.cykloid.pl :: Wyprawy Rowerowe XXI wieku

Relacje z wypraw...

Korona Ziemi Rowerem
etap II - Mt.McKinley

Tekst i fotografie: Marek Klonowski

relacja nr 7 - 14 września 2005 :: Gryfino

No i jestem już w słonecznym Gryfinie. Pozostaje tylko napisać parę słów o drodze powrotnej. Nie mogę się tylko zdecydować na muzykę, jaka sobie włączyć...

Po powrocie z parku Katami (gdzie straciłem namiot) pozostaje tylko pożegnać się z ludźmi, wysłać mój ciężki sprzęt wspinaczkowy, 20 godzin filmu do domu i kupić nowy namiot. Po paru dniach jestem gotów i stoję na drodze z zamiarem opuszczenia Alaski. Moja pierwsza jazda to dwie dziewczyny "hipiwanem" i namawiają mnie na kolejny festiwal "bluegrass", który w sumie jest mi po drodze. Tam spotykam Gite, kobietę która 25 lat mieszkała z dala od cywilizacji na północy Alaski, wiec odwiedzam ja też i jej 3 synów. Wreszcie 1 lipca w samo południe stoję na drodze. Po dwóch dniach dojeżdżam 40 mil od granicy z Kanadą.

Znów jestem na słynnej "Alaska highway". Wiem, że z następnym kierowca przejadę najmniej kolejne 2 dni i kierowcy to wiedzą więc jest to najcięższe miejsce na łapanie okazji. Po nocy i około 6 godzinach następnego dnia zatrzymuje się młody koleś, (który o dziwo jedzie w przeciwną stronę). Okazuje się ze utknął na Alasce bez prawa jazdy i nie ma jak wrócić do domu (długa historia zresztą). W rezultacie prowadzę jego auto 4 dni przez Kanadę i takim sposobem znajduje się w stanie Waszyngton. Nie powiem już o tych godzinach spędzonych na obydwu granicach, bo to dość ciężko wytłumaczyć zarówno jego historie jak i moją. Jednak udaje się. Rozstajemy się po 4 dniach morderczej jazdy, (bo zapomniałem napisać że kolega był dość rozrywkowy i w dodatku obchodził 21 urodziny).

W małym miasteczku Port Townsend, próbuje lokalnego browaru i poznaje byłego żołnierza który 6 lat mieszka na żaglówce i ani razu jeszcze nie pływał. Obiecałem mu, więc że pożeglujemy jego łodzią następnego dnia. Wyszło na to, że żeglowaliśmy sobie dwa następne dni z wielką uciechą dla obydwu.

Poczułem jednak, że muszę ruszyć się trochę. Wybrałem się więc na 6 dniowy wypad do "Olimpic National Park", który był 40 mil dalej. Mój pierwszy park nie na Alasce okazał się bardzo ciepły, zwłaszcza w jednym z niewielu pozostałych na świecie lasów deszczowych, w którym mimo cienia od wielkich drzew cieplej jest niż na słońcu za lasem. Do tego, w parku zaskakuje duża ilość zwierząt i mała ilość ludzi. Najwyższa góra parku ma niecałe 7000 stóp.

Po "odsapnięciu" od aut i ludzi wracam na drogę i kieruje się na południe. Czas na moje pierwsze spotkanie z zimnym Oceanem Spokojnym i serferami. I tak sunę na południe przez kolejne parę dni. W planie mam dojechać do Kalifornii północnej i odbić na wschód przez Nevadę. Los jednak chce inaczej. Zatrzymuje się Kelly który jest swego rodzaju wynalazcą. Obecnie pracuje nad solą z dodatkiem czegoś i wprowadza to na rynek. W każdym bądź razie bardzo mnie polubił i spędziłem z nim następne dwa dni. Popróbowałem trochę kalifornijskich win, których Kelly jest koneserem i pierwszy raz w życiu jadłem mięso z lamy. Później zadzwonił do swojej przyjaciółki spod San Francisco, że musi mnie przejąć. No i w sumie patrząc na moja kilkumiesięczną tułaczkę i piękno oceanu spokojnego zostałem kilka kolejnych dni w małej miejscowości o brzmiącej nazwie "Half Moon Bay". Poznałem trochę młodzieży, trochę też pochodziłem po okolicznych górkach, powylegiwałem się na plaży, nie odmawiałem sobie kąpieli w oceanie, wyciągnąłem chłopaków na piwo na środek "Golden Gate Bridge" i tak zleciało. W rezultacie postanowiłem przejechać do Nowego Jorku pociągiem. Było to bardzo dobre rozwiązanie, bo bym się chyba usmażył po drodze jadąc na stopa. Więc jechałem sobie 4 dni pociągiem, początkowo przez przepiękne tereny zachodu, pustynie i góry skaliste, kanionem Kolorado, a później nudne równiny wschodu.

Wysiadłem na ostatniej stacji przed Nowym Jorkiem. Po 4 dniach w klimatyzowanym pociągu zlałem się potem w ciągu 40 sek. Kolejnego dnia pojechałem do Dana odebrać rower. Później załadowałem się na ostatnią prawie stacje nowojorskiej kolejki i w południe znalazłem się w środku Manhatannu. Los chciał, że mój brat od 10 dni mieszka gdzieś na południowym Brooklynie, więc miałem gdzie spać i zostawić cały sprzęt. Zostało mi 4 dni na doświadczanie Nowego Jorku. Wybrałem oczywiście nocne "zwiedzanie" i nie będę już tu opisywał szczegółów, ale ani się zorientowałem a zasuwam już rowerem na JFK, co okazuje się jedną z bardziej morderczych jazd w moim życiu (zresztą jak kiedyś ktoś próbował dojechać na jeden z terminali rowerem, to wie o czym mówię). Lot leci szybko, bo cała drogę próbuje nadrobić kilkumiesięczny brak filmów. W Warszawie jestem pod wieczór.

Wyjeżdżam za miasto to jest już ciemno. Pierwszą rzeczą, jaką kupuję jest szczeciński kawior (czyli paprykarz szczeciński), chleb i browarek. I jest to moja uczta życia. Jestem tak wykończony po ostatnich 6 dniach, że już nie wiem czy spać czy spać, bo myślę tylko o tym żeby gdzieś przespać z 20 godzin. Rano organizm się buntuje i budzę się z lejącą się krwią z nosa. Jednak za taką niesubordynację karam swój organizm 175 kilometrami w ciężkim upale. Wypijam około 12 litrów płynów i już mi lepiej. Kolacja podobna jak poprzedniego wieczora z tym wyjątkiem że jest pasztet i jeden browar więcej. Kolejnego dnia dojeżdżam o Suwałk (Suwałek he he oni niecierpią jak tak się pisze) gdzie wesele Adriana i Maliny następnego dnia miało się odbyć. Spotykam się z cala chmarą chłopaków z szalonego życia studenckiego i zapominam już o Alasce i stanach. Zapominam o wszystkim oprócz jednej osoby... Agatko kiedy ja cię zobaczę wreszcie?

Na koniec ostatnia piękna polska przygoda. Wracając z Ełku do Szczecina koleją znika czarodziejsko mój portfel (bez specjalnej zawartości zresztą). Nie ukrywam że spałem jak zabity... Ze Szczecina muszę pedałować o 5 rano (bo w portfelu był bilet), ale za nagrodę mam wspaniały wschód słońca i spotkanie z Fibim nad Odrą (który to odbywając swój codzienny poranny spacer nie mógł uwierzyć własnym oczom i węchowi). Nie będę już tu opisywał szczegółów, ale jego fafel ciągle leży tuż przy mojej nodze a gdy mówię "idziemy" iskierka mu się w oku zapala z nadzieją na dobrą zabawę. Biorę więc smycz, maszerujemy radośnie za most, znajdujemy "patyczka" i leci ... Dobrze że już wróciłem...

Pozdrawiam wszystkich serdecznie, mam nadzieje ze relacje i zdjęcia nie nudziły na śmierć...

Wszystkiego dobrego - Marek z Gryfina

(p.s. Fibi mówi żebym też pozdrowił od niego hał hał )

Kolejną porcję fotek znajdziecie na http://www.infogryfino.pl/klonos/powrot/ (strona nieaktywna)

Wyprawę sponsorowali

DOMREL Sp. z o.o. :: MegaSport :: Zwei plus zwei :: FLIEGEL :: SKLEPY MIĘSNE - Gryfino :: Merida :: Cumulus :: a8.pl :: FotoEverest :: broń.pl :: Yeti :: CROSSO

Contents copyright © 2001-2009, CYKLOiD. All rights reserved.
Zawartość oraz forma Kalendarza Wypraw Rowerowych XXI wieku podlegają ochronie praw autorskich. Kalendarz...XXI wieku nie może być powielany lub prezentowany w inny sposób jak tylko na stronie macierzystej projektu, to jest http://wyprawy21.cykloid.pl/.